Wpierw cię ignorują, potem z tobą walczą, na końcu wygrywasz. Później trafiasz w główny strumień popkultury.
Znany cytat wypowiedziany przez znaną osobę.
Kiedy zaczynałem z komputerami, było to hobby dla ludzi z brodami aspirujących do gęstszych bród oraz młodzików takich jak ja, czekających aż zapuszczą swoją. Jeżeli chodzi o publiczny odbiór, byliśmy gdzieś pomiędzy filatelistami a użytkownikami CB-radio. Nikt nie przejmował się tym, co robimy, my nie przejmowaliśmy się światem.
Nie było bariery wiekowej, nie było uprzedzeń religijnych i nie było kobiet. Dziś trochę tęsknię za starymi, dobrymi czasami.1 Człowiek mógł poczuć się jak bohater bardzo taniej powieści sensacyjnej.
Wspinałem się po schodach w starej kamienicy, stukałem w drewniane drzwi. Po jakimś czasie otwierała mi Stara Kobieta (zbliżała się niebezpiecznie do trzydziestki) i spoglądała na mnie z mieszaniną niechęci i zmęczenia. Przepuszczała mnie do małego pokoju, gdzie na podłodze bawiła się dwójka dzieci, a w kącie przygarbiony siedział jej mąż, odkrywający wtedy tajniki asemblera 6502. Prasa branżowa na biurku, czasem nawet ksero przemyconego gdzieś z Niemiec miesięcznika o komputerach Commodore i rozmowy o fantastycznych niuansach programowania.
Patrząc z perspektywy czasu, mogę sobie wyobrazić, jak czuła się Stara Kobieta, która musiała znosić to, że jej mąż, ojciec dwójki dzieci – starsza dziewczyna była chyba cztery lata młodsza ode mnie – spędza wolny czas nad klawiszami w towarzystwie szczyla, który grywa w piłkę z chłopakami z parteru.
Dialogi z koleżankami w pracy musiały być dla niej bolesnym doświadczeniem. “Mój mąż kupił Poloneza”. “Podłączą nam telefon w przyszłym roku”. “Tak, a mój mąż siedzi z jakimś dzieciakiem i podskakują z radości, bo w lewym rogu ekranu wyskoczyło im ‘A’”.2
Jej nieszczęście polegało na tym, że nie miała w słowniku dobrego słowa, które opisuje dokładnie to, kim był jej facet. Mogła powiedzieć “entuzjasta” albo “hobbista”, mogła użyć dużo pojemniejszego terminu “totalny pojeb”. Nie mówiło się wtedy do kogoś per geek.3
Lata płynęły, komputery przeniosły się z banków i biurek “totalnych pojebów” do domów zwykłych ludzi. Nagle ten dziwny facet w okularach, z tłustymi włosami, ubrany we flanelową koszulę w kratę stał się nieocenionym źródłem dyskietek z grami i pomocną dłonią w instalacji karty graficznej Virge 3D, który miał wyjątkowo kłopotliwe w instalacji sterowniki do Windows 3.11 for Workgroups.
Staliśmy się potrzebni. Jak facet, który przepycha twój kibel zapchany wyjątkowo udanym produktem jelita. Faceci przepychający kibel mieli jednak przewagę: w większości lepiej pachnieli.
Przewijamy o dziesięć lat do przodu.
Nasza powolna praca polegająca na podkopywaniu społeczeństwa opartego na wiedzy opłaciła się. Wszyscy mają komputer, telefon z własnym systemem operacyjnym, lodówkę z portem USB do aktualizacji oprogramowania. Świat został zdany na naszą łaskę i niełaskę. Potworzyliśmy miejsca pracy, które są przykrywką do rozgrywania naszej małej gry. “Programista” i “administrator” to lepsze nazwy dla tego co robimy niż “młodszy Adolf Hitler aplikacji webowych” lub “Józef Stalin ds. systemów UNIX-owych”. Wywołują mniej komentarzy.
Z niewiedzy i strachu rodzi się kult. Młody narybek dostosował się do świata. Tak narodził się komputerowy diabeł 2.0, z zaokrąglonymi rogami.

Konsumenci rozrywki popularnej poznawali nas powoli. W latach osiemdziesiątych stereotypowy nerd był zwykle pomocnikiem Przebojowych Młodzieńców w jednej z wielu nakręconych wtedy komedii, które rozgrywały się na terenach uniwersytetu.
Nie dało się już wyprowadzić dyrektora z równowagi psując zamki w drzwiach lub nosząc nieprzepisową fryzurę. Nową drogą do komicznego spełnienia byłą wyrzutnia kobiecej bielizny, a kto lepiej wie o trygonometrii, elektronice i tych wszystkich rzeczach, o których nie dowiesz się z dna butelki Bud Light niż uzbrojony w pisaki i okulary sklejone taśmą klejącą, noszący muchę mól książkowy?
Zza rogu zaatakował “Tron” i “Gry wojenne”, dające widowni przedsmak bohaterów uzbrojonych w klawiaturę. Zły programista uwalnia dinozaury w “Parku Jurajskim”, a ubrany na czarno profesor matematyki podrywa kobiety na teorię chaosu. Usta młodej Angeliny Jolie (i chyba reszta), muzyka The Prodigy i bohaterska walka dobrze ubranych i ekscentrycznych młodzieńców rozpala do czerwoności umysły przyszłych administratorów. Jak dziś pamiętam artykuł Bonzaja/Plastic, który w tekście zatytułowanym “Jebać” wymieniał rzeczy, które go niezmiernie irytują (“baby atakujące parasolem w tramwaju”) skąd pochodzi następujące zdanie:
Jebać tego gościa, co przed zajęciami pisze na tablicy “Hack the planet!”
Potem kosmici zginęli z ręki, czy raczej dyskietki gościa, co napisał wirusa na komputerze Apple i wgrał go do systemu statku-matki najeźdźców, a Neo razem z jego dziewczyną odzianą w lateks strzelał z karabinu maszynowego biegając po ścianach.
Świat wiedział, że nie ma z nami żartów. No, przynajmniej ta część świata, która wyrabia sobie światopogląd oglądając mały i duży ekran. Czyli większość.
Na tajnym spotkaniu zapadła decyzja, że trzeba trochę złagodzić obraz nerdów, bo mamy problemy z pozwoleniami na broń, kiedy w rubrykę zawód wpisujemy jedno z zajęć uchodzących za związane z technologią.
Ostatnie dwa lata to droga od sukcesu do sukcesu dla dwóch seriali telewizyjnych, których głównymi postaciami są właśnie typowi techniczni/naukowcy.

IT Crowd to produkcja anglików. Akcja dzieje się w typowej korporacji, zasiedlonej przez piękne kobiety z górnych pięter, które nie potrafią odróżnić tranzystora P-N-P od N-P-N oraz ekspresu do kawy od oprogramowania antywirusowego.
W piwnicach firmy czają się pracownicy działu IT. Ignorujący telefony od zrozpaczonych współpracowników, którym Spinacz zajumał żmudnie wklepywany raport. Randkujący od przypadku. I ich szefowa, przyjęta z łapanki paniusia, kompletna ignorantka w temacie rzeczy, którymi zajmuje się dział, którym zarządza. A przynajmniej powinna.
Trzy niestety dość krótkie sezony. Wizualna lektura dla każdego, kto kiedykolwiek musiał powiedzieć przez telefon “Próbował Pan wyłączyć i włączyć go ponownie?” w ramach obowiązków zawodowych.

The Big Bang Theory kręcą Amerykanie. Tym razem komputery są tematem pobocznym, bo główni bohaterowie to fizycy-teoretycy. Zestaw typowych cech dziwaków, jakimi są trudność w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi spoza swojego kręgu społecznego, obsesyjność, bluzganie żargonem technicznym i blond-sąsiadka miały dać świetny materiał na komedię. Niestety, Amerykanie mają napisane w konstytucji, że każdy film musi mieć wątek miłosny4 i musimy znosić słabe podrywy, gdy moglibyśmy słuchać więcej monologów ulubionego bohatera wszystkich widzów: Sheldona.
Po dwóch sezonach serial zaczyna zjadać własny ogon i jeżeli reżyser się nie ogarnie to pozostanie mu dodanie z trzech rodzin i podpięcie się do nurtu “Mody na sukces”.
Jeżeli jesteś młodym człowiekiem i szukasz wyróżnika, który pozwoli Ci przyłączyć się do jakiejś grupy, której sztandarem będziesz mógł powiewać, to powinieneś się zastanowić, czy bycie nerdem się opłaca. Jesteśmy już opakowani, ometkowani i gotowi do spożycia przez kulturę masową. Bycie nerdem to ścieżka kariery jak bycie maklerem. Czerwone szelki czy prostokątne okulary z szkłami bez właściwości korekcyjnych, biała koszula czy koszulka ze sprytnym sloganem.
Na pomysł tego tekstu (który miał być tematem mojego podcastu, numer -2, ale ludzie współpracujący są kompletnie zajęci) wpadłem skacząc po blożkach. Zatrzymałem się na jakimś “szafowym”, gdzie modne kobiety przebierają się w ubrania zakupione na ciuchach lub w modnych sklepach i robią sobie fotki. Jedna z kolekcji nawiązywała do skeczu z TBBT, “Rock, paper, scissors, lizard, Spock”. Pomyślałem: nawiązanie do Spocka na blożku o modzie? Przeszliśmy tak daleko, że widzimy swoje plecy.
« Pudełko administratora: iotop, multitail | Marta obrączkuje Piotra »
Dotarłeś do końca. Czas na nową przygodę.
Eri pokonuje korporacje ołówkiem. Czerski, Piotr dziwi się światu. Waglowski prawi o prawie. Maciej występuje w roli służbisty ateistyczno-sceptystycznej religii. Patryk maca się z technologią. Gadżety, piwnice i trywialne informacje w tę stronę.
Są też tacy, którzy gadają. O filmach, grach, scepty-cyźmie, japońskich bajeczkach.
June 26th, 2009 at 13:17
Zajebisty tekst, masz tutaj komcia ;-)
I jeszcze brakuje tylko pozerów geek/nerd a będę zabijał klawiaturą.
June 26th, 2009 at 13:20
A fak! No tak, Twój podcast… Kajam się i w piersi walę aże huczy :/
Smaczna czytanka i pożywna nad wyraz. Moja lubi Twoja kuchnia… Bardzo.
June 26th, 2009 at 14:05
Świetny tekst zasługujący na dużego browara. BTW, gdzie Bonzaj napisał ten tekst? Jakiś diskmag czy cuś?
June 26th, 2009 at 14:35
Zmarnowałem życie… :)
June 26th, 2009 at 14:39
Podsumowanie mojego życia w pigułce. Fuck. Orginalność w tej dziedzinie życia – awykonalna. Tekst świetny, chociaż zmusza do rozważań zmiany profesji. W gruncie rzeczy, taka opcja prowadziłaby do zmiany stylu życia… Olać. Kod czeka…
June 26th, 2009 at 15:17
@Suda
Na początku “kariery” demoscenowej chcieliśmy w Plastic wydać maga. Mieliśmy worek megaidiotycznych tekstów napisanych przez Bonzaja, Areczka, Zaykę i moi. Niestety, nigdy nie miałem czasu (a na początku skilla) żeby to zakodować. Część moich tekstów (nigdy nie czytaj, są okropne) poszła do Antydresiarza Taski. I chyba do Excella Mawi. Potem Bonzaj oddał całość jakiemuś magowi, którego nazwy nie pamiętam za cholerę.
Zobaczę go za jakiś czas (ślub jego) to się zapytam, może ma? ;-)
@Xyzzy
Jeszcze nie całkiem zmarnowane, nadal nad tym pracuję.
@offtza
I tak jesteś chujem. :->
@CoSTa
Noł słet z podcastem. Odcinek -3 był tragiczny, -2 miał być trochę lepszy, ale na teraz zrobiliśmy tak, że nic nie będzie. Nie będzie przestępczości, nie będzie bezrobocia, nie będzie podcastów. Nic nie będzie.
June 26th, 2009 at 15:35
zjebałeś – miało być niczego nie będzie
June 26th, 2009 at 15:38
@yanoo
Fakt. Żeby klasyka zjebać. Pokajam się.
June 26th, 2009 at 23:58
@btd
To przygotowywuj klawiature.
Bycie graczem (preludium do geeka) jest ostatnio bardzo modne.
To juz nie jest 14 letni chłopak w piwnicy matki, podniecający się pikselowymi cyckami Lary.
Teraz graczem jest byc fajnie. Wii. Nintendo DS, PSP.
Kiedyś niby też były Game Boye, no ale jak były one postrzegane?
“W co grasz?” “W pokemony” “….”
Milion dodatków do Simsów. Trzecia część.
Spójrzmy nawet na poziom obecnych gier. Fallout 3? Prosze. RPGi?
Idź zabij, jesteś herosem, uratuj świat (w sumie zawsze tak było, ale jakoś ciekawiej).
Może ma to swoje plusy, gracze troche “awansuja” w drabinie społecznej.
Ale ma to niestey odbicie w obecnym poziomie gier. Który jest, krótko mowiac, średni.
Tak mnie naszło, bo czytajac pierwszy paragraf myslalem ze bedzie o własnie nedrach 2.0, ale w pod tym ‘negatywnym’ kątem – jako obecnym trendzie w społeczeństwie.
June 27th, 2009 at 19:04
“Nie będzie niczego”, zjebywacze klasyków. Nie macie jeszcze jakichś klasyków do zjebania?
June 28th, 2009 at 06:10
@Opi
Dupa tam a nie był tragiczny. Był zajebisty a tragiczne było czytanie z kartki. Takie rzeczy robi się pojemnościowym w zadymionym studio i ze słyszalnym w tle “pssst” otwieranej kolejnej butelki i “zzap” zapalniczki.
Eeeech, mieć małe studio i swobodny do niego dostęp… Marzenie!
June 28th, 2009 at 13:11
No tak, Angelina. No tak, IT Crowd. No tak, zapomniałem obejrzeć TBBT. I kolejne rzecz pomagająca w prokrastynacji.
June 28th, 2009 at 20:43
TBBT imo ssie. tak jak Angelina by mogla :)
July 1st, 2009 at 17:54
Eeech, jak bym nie spał po nocach, to też bym takie fajne teksty pisał.
Pisałbym, c’nie? :)
July 7th, 2009 at 21:21
[...] ja, patrzac na tamte zdjecia, nie moglam oprzec sie wrazeniu, ze wiele prawdy jest w stwierdzeniu klasyka, ze “Nie ma czegoś takiego jak stare, dobre czasy. To tylko nasza zjebana optyka.” nie [...]
July 8th, 2009 at 17:47
[...] ja, patrzac na tamte zdjecia, nie moglam oprzec sie wrazeniu, ze wiele prawdy jest w stwierdzeniu klasyka, ze “Nie ma czegoś takiego jak stare, dobre czasy. To tylko nasza zjebana optyka.” nie [...]