Seriale telewizyjne? Komputer. Filmy? Komputer. Muzyka? Komputer i przenośny odtwarzacz. Listy? Komputer. Wszystko zdigitalizowane. Są oczywiście linie oporu. Moja Babcia nadal ogląda “Modę na sukces” przy pomocy telewizora o mniejszej przekątnej ekranu niż mój monitor, miłośnicy trzasków bronią swoich rozpłaszczonych kawałków winylu jak niepodległości i nie przetłumaczysz im, że żyją w błędzie. Opór przed życiem w cyfrowej rzeczywistości stawiają głównie ludzie starsi, którzy nie potrafią zrozumieć elektronicznych wyścigów zbrojeń i ci, którzy zajmują jakąś ideologiczną pozycję, gdzie przykazaniem wiary jest zdanie “analogowo jest lepiej”.1
Ostatnim medium, którego nie konsumuje się globalnie przy pomocy krzemu, jest słowo pisane. Książki, dokładniej. Bez względu na to jak wygodne jest Twoje krzesło, jak idealny jest Twój monitor i jak bardzo wytrzymały jesteś na ból pleców, czytanie z ekranu komputera czy też “spryćfonu”2 jest doświadczeniem kruszącym naszą niezachwianą wiarę w przewagę komputerów nad wszystkim innym.
Producenci zauważyli, że czytanie jest nieodłączną częścią życia większości radykalnych gadżeciarzy. Po pierwsze musimy czytać od cholery nowinek, bo być do tyłu to wstyd w naszym klanie, po drugie musimy czytać góry dokumentacji technicznej, książek o tym, jak lepiej wypaść na s/Blipie/Twitterze, żeby zarobić kupę kasy, którą możemy wydać na bateryjne ustrojstwa, po trzecie, jesteśmy dużo mądrzejsi niż przeciętny mieszkaniec naszej planety, dlatego czytamy też dla frajdy.
Na rynku zaczęły się pojawiać pierwsze czytniki dokumentów elektronicznych, zwane po anglosasku e-books readers. Tak jak w przypadku pierwszych PDA, zegarków z telefonem i samolotów, społeczność konsumentów wydała piska zachwytu, by natychmiast zapomnieć o produktach, które zupełnie nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań.3
No dobra, podsumowując ten głupi wstęp, dostałem czytniczek książeczek i powiem, co ja o tym wszystkim myślę.

Czytnik iLiad posiada wyświetlacz o rozmiarach 124x152mm, szesnaście odcieni szarości, rozdzielczość 768×1024 w 160DPI, procesor XScale taktowany 400Mhz, 64 MiB pamięci RAM, 256MiB pamięci masowej. Dostępne są złącza kart CF i MMC, port USB, złącze RJ-45 i WiFi B/G. Waży mniej niż pół kilo i jest czarny. Urządzenie napędza Linux i własnościowe rozwiązania producenta. “Na papierze”4 urządzenie wygląda wręcz genialnie.
Przegrałem większość plików PDF będących w mojej kolekcji i włożyłem kluczyk w port USB. Dwa wciśnięcia później przeglądałem pierwszy dokument. Po trzech minutach odłożyłem czytnik, podszedłem do stojącego na biurku mikrofonu i zakrzyknąłem “Szkoooooda, że Państwo tego nie widzą”. Bo rzeczywiście czytać o eInk to jedno, a zobaczyć taki wyświetlacz w działaniu to coś zupełnie innego. Dobrze poskładany PDF (czyli w większości nie te, które są dostępne (czy może od dziś: były dostępne) na The Pirate Bay) wygląda jak wydrukowany na laserowej drukarce.
Największe wrażenie wywarła na mnie krótka lektura na balkonie, w pełnym świetle. Każdy, kto próbował czytać z ekranu LCD (matowy czy błyszczący, bez różnicy) wie, że to praktycznie niemożliwe. eInk, który nie ma własnego podświetlania, wygląda jeszcze lepiej. Nie ma jednak róży bez nawozu. Odświeżanie ekranu jest widoczne i wywołuje u ludzi, którym demonstrowałem działanie, negatywne emocje. I agresję. I że ich Mak tak nie muli, jak przekłada strony. Uczucie irytacji na odświeżający się tekst mija, kiedy zamiast demonstrować kilka dokumentów na szybko zaczynamy na serio czytać. Jeżeli przeszkadza ci chwilowy brak tekstu na wyświetlaczu to wiem jak bardzo frustruje cię, że nie możesz czytać podczas przekładania strony analogowej książki.
Od piątku przeczytałem prawie dwie książki, mały stosik dokumentacji i trzy komiksy. Mogę tylko narzekać na to, że dzięki fizycznemu podobieństwu do książki nie mogę za długo czytać w łóżku, bo nigdy nie udało mi się znaleźć wygodnej pozycji. Gdybym przerwał recenzję w tym momencie, moglibyście pomyśleć, że taki e-book reader jest najlepszym wynalazkiem od czasu seksu i muzyki. Niestety.
To jest tak, idziecie na mecz swojej ulubionej drużyny. Jest piękny, sobotni dzień. Mecz odbywa się przy świetnej oprawie kibiców, a wasi strzelają siedem bramek w derbach. I wszystko byłoby super, gdyby to nie był baraż o utrzymanie się w B-klasie. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?
Wpierw podsumowanie: oprogramowanie jest chujowe. Chujowe, nie złe. Złe oprogramowanie wchodzi czasem w drogę. Chujowe snuje się po systemie z misją “co by tu jeszcze spieprzyć”. No więc mamy dwa porty na karty flash. Nie działają. Nie wiem, czy karta jest w złym formacie, czy może port jest sprzętowo uwalony. System nie raczy się odezwać i mnie poinformować. Dalej mamy WiFi. WiFi podobno służy do aktualizacji oprogramowania i synchronizacji z lokalnym katalogiem Samby, na którym trzymamy nasze dokumenty. Zgadliście: nie ma takiego zaklęcia, kombinacji klawiszy, bluźnierstwa i modyfikacji smb.conf, które ożywiłoby tę funkcję. Ale mamy USB, tak? USB działa, oczywiście, w jedną stronę. Możesz wetknąć w nie USB-Key czy też kartę SD przez przelotkę. Podłączenie do komputera skutkuje dokładnie niczym. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po krzemie, który napędza Linux. Po bliższej inspekcji zasilacza okazało się… że ma on wtyczki USB i RJ-45. Tak, podłączamy urządzenie do komputera przez zasilacz (który musi być podłączony do prądu), do tego dorzucamy okropny kawałek oprogramowania zawierający “sterownik” i międzymordzie umożliwiające zarządzanie treścią na wewnętrznym dysku iLiada.

Działa jak wygląda, wygląda jak działa.
Zapomnijcie o wsparciu dla OS X, zapomnijcie o Linuksie.
Zwolennicy komputerów z nagryzionym owocem mają w jednym rację: kupując urządzenie przeznaczone dla Kowalskiego nie można spieprzyć nawet jednego detalu. Co z tego, że mam w ręku zabawkę uzbrojoną w tę całą technologię, skoro przegranie nowej książki zajmuje mi do 10 minut (reset do Windowsa, odmontowanie jednego z dysków w serwerze, bo tylko tam mam odpowiedni kabel USB, odłączenie laptopa, podłączenie zasilacza, podłączenie zasilacza od iLiada, odpalenie oprogramowania, przeklikanie się przez okropny system menu, rozmontowanie konstrukcji, podłączenie dysku do serwera, zamontowanie dysku, reset). Zwykle po takiej zabawie jestem zbyt zmęczony i zirytowany, by czytać.

Jedną z najczęściej reklamowanych funkcji produktu iReksa jest możliwość robienia notatek w czytanych dokumentach. Urocze to. Mogę dorysowywać wąsy wszystkim postaciom z komiksów. Najmniej reklamowaną funkcją jest brak metody rozsądnego skalowania dokumentu. O ile da się od biedy przeżyć dokumenty stricte tekstowe, to kłaki idzie wyrywać przy publikacjach gazetowo-tygodnikowych. Strona PDF, która jest poskładana pod kątem wydruku, wyświetla się na całym obszarze wyświetlacza. Kartka A4 w 160DPI przy 124mm jest nadal czytelna, ale szybciej do końca wyłysieję, niż będę ślepił w takie pchełki. Przy zwłoczności technologii w której wykonano wyświetlacz, nie ma co marzyć o manualnym powiększaniu i przesuwani fragmentów.
No więc?
Osobiście nigdy nie kupiłbym czytnika iLiad firmy iRex. Czy kupię czytnik innej firmy? To właściwie przesądzone, przy ilości informacji, które konsumuję, tak rozrywkowo jak i zawodowo. Gadżet z eInkiem wydaje się być w przyszłości nieodłącznym wyposażeniem każdej toalety. iLiad jest po prostu jednym z tych produktów, które rozwijający rynek musi wydać. Przy cenie sięgającej prawie 600 Euro zakup go traktuję w kategoriach nieszkodliwego uzależnienia od nowinek. W tej chwili na rynku znajdują się dwa inne czytniki, o których czytałem dużo dobrego: Kindle i Sony e-book reader. Jeżeli naprawdę musisz.
Już zupełnie na koniec: w Polsce nie ma wielu legalnych źródeł elektronicznej prozy. Podobnie jak w przypadku pierwszych podrygów cyfrowych wydawców muzyki, sklepy oferują wszystko przybite DRM-em do podłogi, żebyś przypadkiem nie pożyczył gazety czy książki. Przejdzie im za jakiś czas.

« Filmy: inaczej | Marnując miejsce: demoscenowa muzyka w .mp3 »
Dotarłeś do końca. Czas na nową przygodę.
Eri pokonuje korporacje ołówkiem. Czerski, Piotr dziwi się światu. Waglowski prawi o prawie. Maciej występuje w roli służbisty ateistyczno-sceptystycznej religii. Patryk maca się z technologią. Gadżety, piwnice i trywialne informacje w tę stronę.
Są też tacy, którzy gadają. O filmach, grach, scepty-cyźmie, japońskich bajeczkach.
August 25th, 2009 at 23:22
Jako posiadacz urządzenia z drugiej strony barykady (Sony), dorzucę tutaj:
* prędkość odświeżania ekranu *naprawdę* nie jest istotna. No chyba że jest >3s. Przy czytaniu nie robi to żadnej różnicy.
* mało które urządzenie ma wyszukiwanie, a przydaje się ta funkcja.
* jeżeli zamierzasz czytać na takim urządzeniu literaturę techniczną, cokolwiek o ekranie <8" możesz z góry odrzucić.
* eInk jest świetny, ale do poczytania w nocy/ciemności będziesz potrzebował ekstra oświetlenia.
Co do sklepów – Sony aktywnie promuje swój sklep, gdzie ma być bez DRMa. W stanach będą lekko zaDRMowane "wypożyczenia" z bibliotek (dzisiaj ogłosili! :). No i ponoć Mobipocket idzie trywialnie oddrmować…
August 25th, 2009 at 23:54
Jako posiadacz tego co Yacoob dodam że oprogramowanie sonowskiego Readera można olać: Reader jest widoczny jako mass storage, slot SD i MS to osobne urządzenia mass storage, drag&drop i gotowe. Nie wiem jak w dziwnych systemach typu MacOS, ale w AmigaOS, MorphOS, Windows i Linux działa. W tle też sobie śmiga pingwinek + dodatki, soft do PDF jest Adobowski. Problemy ze skalowaniem podobne, i jak Yacoob pisze: dokumentacja techniczna to jednak nie to. Książki i komiksy jak najbardziej, choć wyświetlacz fizycznie mniejszy, przy tej samej rozdziałce: 90.6 x 12.24 mm. PDF który jest robiony pod te wymiary działa jednak na tyle fajnie że właśnie tego formatu używam. Przeładowanie strony zajmuje mniej niż 2 sekundy, akurat tyle ile potrzebuję żeby wcisnąć i spojrzeć na góre wyświetlacza. Boli to jednak przy „kartkowaniu”. Minusy w porównaniu z Reksiem: jak wspomniałem mniejszy wyświetlacz, brak Ethernetu i WiFi (jest USB, osobny port do ładowania, bo ładowanie przez port USB czytnika nie pozwala czytać – ot, Sony -, sloty SDHC i MS (opcji kopiowania z kart do pamieci i pomiędzy jednak brak, wyjście audio (mp3 i AAC) i to by bylo tyle), nie ma mozliwosci rysowania bo ekran nie jest dotykowy – co z kolei wśród soniaczy jest plusem bo warstwa dotykowa ekranu niemiło wpływa na kontrast. Plusem jest względna popularnośc i co za tym idzie dostępność „modów” softowych: od podmiany ikonek, dopisania danych pesonalnych, przez dodanie zegara na dole strony i statystyk prędkości czytania po różne gierki. Bateria starcza na kilka książek, ładuje średnio co 6 tygodni, jednak nie zszedłem poniżej 1/3 wskażnika. Podsumowywując: czekałem na ten czytnik kilka lat i jedyne czego żałuje to że tak długo :)
ps: w .ie cena PRS-505 jest w okolicach 220 EUR (+- 10)
August 26th, 2009 at 00:51
Bedzie multitouch jak w iPhonie (zoom) i glupia dioda do podswietlenia podczas czytania w nocy to kupie. No i oczywiscie sync z OSX ;)
August 26th, 2009 at 02:48
arti:
nie ten typ ekranu zeby palcować po tym, a podświetlenie to właśnie to co jest bez sensu bo od tego oczy bolą, oświetlenie lepsze. zdecydowanie lepiej czyta mi się z zewnętrznym oświetleniem, jak organiczną ksiazke :) sa nakladki na ekran podswietlane z boku (googlnij za Sony PRS-ACL1), mi to nie pasi, wole zwykła lampke a mobilnie mam “mighty bright duet” ktore to przydaje sie do wielu rzeczy :)
August 26th, 2009 at 07:15
No nie wiem… Chyba jednak analogowa kniga u mnie górą. Nowinki nowinkami ale za dużo pieprzenia się z tym. Knigę otwieram i jazda!
August 26th, 2009 at 08:04
Bardzo fajna sprawa, ale chyba poczekam na rozwój sytuacji na rynku, czyli lepsze i tańsze egzemplarze.
Jednak sama idea i przydatność – super.
August 26th, 2009 at 08:47
Interesujące jak zrobili wyświetlacz LCD, który jest czytelny i jak jest ciemno i jak jest jasno.
Taki patent mam na wyswietlaczu w betince, ale on jest podswietlany.
A propos “Co z tego, że mam w ręku zabawkę uzbrojoną w tę całą technologię, skoro przegranie nowej książki zajmuje mi do 10 minut [...] Zwykle po takiej zabawie jestem zbyt zmęczony i zirytowany, by czytać.” – wlasnie dla tego nie cierpie iTunes oraz wszelakiej masci ajGadżetów (http://miniurl.pl/i-pod)
August 26th, 2009 at 08:47
cholera. napisalem dla tego :)
August 26th, 2009 at 09:27
Ach, jakże mnie korci żeby sobie coś takiego kupić. Ale jak tak czytam Twoje utyskiwania, to może ostrożnie zaczekam na rozwój sytuacji. Jakoś tak niedługo ma być pokazany czytnik, który będzie konkurował z Kindle (Barns&Noble za tym stoi) – ma mieć ekran zrobiony w nowej technologii, super cienki.
August 26th, 2009 at 09:28
Bajdełej – zdjęcia pełna profeska.
August 26th, 2009 at 11:15
radxcell:
nie zrobili, to nie jest LCD. Zerknij na E_Ink i Electronic_paper w wiki
August 26th, 2009 at 22:19
Valwit: thx, I will
August 27th, 2009 at 10:12
Na Boga, Emilu, FUNKCJĘ, nie funkcjonalność! Na jakichś śmieciarskich stronach mogę tolerować to słowo, ale nie u Ciebie ;-)
August 27th, 2009 at 10:43
@Cosi bogowie wynagrodzą. Eri mi mówiła żebym poprawił w drafice, pewnie udało mi się zapomnieć.
December 22nd, 2009 at 00:34
[...] iLiad e-book reader: szklanka do połowy pusta. [...]