Przylazł do mnie po raz kolejny taki link. Dwa razy przylazł przez RSS, raz przylazł e-mailem. I pewnie ktoś jeszcze mi wspomniał. Link prowadzi do artykułu zakończonego opowiadaniem o skrzypku, co grał ludziom i o tym, że ludzie go nie kochali. Co wskazuje na nasze ostateczne zdziczenie, upadek kultury, nieokiełznany konsumizm i triumf cywilizacji śmieci, czy też śmierci.
Grał im pięknie, grał im na drogim instrumencie. A oni, że tak zacytuję zrozpaczonego bohatera — “[...] nawet nie odstawiali od ucha komórki”.
Uważam się za człowieka kulturalnego. Byłem z własnej woli w budynku teatru, nawet raz na przedstawieniu, dostałem kiedyś darmowe bilety do Opery i poszedłem, czytam na kiblu i nie sikam w McDonald’s. Można śmiało stwierdzić, że jestem w czubie reprezentantów kultury w Polsce. Mimo to, grający na ulicy skrzypek mnie nie interesuje. Nawet gdyby miał dwie głowy i jedna byłaby rudowłosą azjatycką ateistką z ciągotami do czerwonego wina i horrorów klasy B. Bo widzi Pan, Panie autorze tekstu i Panie Zrozpaczony Muzyku, ja jestem na ulicy w najbardziej trywialnym celu. Przemieszczam się z punktu A do punktu B, omijając psie gówna, ulotki szkół języków i skrzypków.
Ludzie wracający do domu po pracy w kopalni zegarków nie zatrzymają się, aby rozważyć szczególnie udane allegro. Ludzie umawiający się właśnie na randkę przez telefon komórkowy nie przystaną rozważyć historii skrzypiec. Piesi nie mają nawet narzędzi do oceny jakości muzyki granej dla nich. Osoby, którzy tego nie rozumieją, określam zwrotem “Janek jest bardzo utalentowany i bardzo głupi”.
Eksperymenty takie służą tylko i wyłącznie jako obciążnik do reportaży w gazetach. Są obliczone na gilgotanie naszej lewicowej wrażliwości, żebyśmy znad zakładki z E-Faktem mogli poczuć się częścią grupy, którą martwi stan kultury. Lepszym eksperymentem byłoby wynajęcie jakiejś dobrej salki, gdzie można w spokoju posłuchać recitalu i rzucenie informacji na jedno z lokalnych forów. Problem w tym, że “eksperyment” (bo to z prawdziwym eksperymentem nie ma nic wspólnego) został przygotowany pod tezę, którą autor ułożył sobie w głowie.
Jeżeli fakt olewania kolejnego grajka w plątaninie ulic miasta ma świadczyć o kondycji kultury, to ja mam lepszą teorię. Inni klienci nocnego punktu doładowań alkoholu i tytoniu nie witają się ze mną, wchodzącego wprost z deszczu w objęcia ciepłego i oświetlonego sklepu, nie potrząsają mi prawicą i nie śmieją się jowialnie. Znaczy, że duch przyjaźni i miłości też przepadł.
Albo na wszystko jest miejsce. Albo mam słuchawki. I nie słyszę skrzypków czy też uprzejmie pijanych współkolejkowiczów.
« Jak rsync Twoje dane zapisywał na zdalnych serwerach | Lato »
Dotarłeś do końca. Czas na nową przygodę.
Eri pokonuje korporacje ołówkiem. Czerski, Piotr dziwi się światu. Waglowski prawi o prawie. Maciej występuje w roli służbisty ateistyczno-sceptystycznej religii. Patryk maca się z technologią. Gadżety, piwnice i trywialne informacje w tę stronę.
Są też tacy, którzy gadają. O filmach, grach, scepty-cyźmie, japońskich bajeczkach.
October 21st, 2009 at 15:14
Pozwolę się zgodzić i nie zgodzić jednocześnie. Zgoda – w tym że utwory skrzypcowe nie są łatwe w odbiorze i w pośpiechu dnia codziennego mogą być nieodbieralne. Ale ja zwróciłem uwagę na coś innego – piszesz to nawet ty:
“Przemieszczam się z punktu A do punktu B, omijając psie gówna, ulotki szkół języków i skrzypków.”
I to jest pewien problem. Bo nie zwracamy uwagi nie tylko na muzyków ale i na przemoc, szczającego pijaka, brudne mury itp. Miasto przestało być przestrzenią wspólną, która nas interesuje. Stało się przeszkodą w dotarciu z A do B…
Ale może to tylko jesienno-zimowo-wiosenno-letnia moja mała depresja :)
October 21st, 2009 at 15:22
@LeszekT
No, jest delikatna różnica między przemocą a muzykami grającymi tu i tam. Na przemoc to jednak reaguję. Zwykle, też nie jestem superbohaterem. Ale to na inne opowiadanie. Natomiast nie można oczekiwać żeby reagował na wszystkie bodźce przychodzące z otoczenia.
Dużo łażę i zwykle odbywa się to w stanie półsnu. Marzę i knuję sobie w głowie, muzyka gra, nogi zapewniają transport.
A swoje miasto kocham, mimo że jest to miłość trudna. I też bym chciał żeby było wspólną przestrzenią. Problem w tym, że przeszkadzają Oni, czyli wszyscy inni. A oni myślą tak samo o mnie. Czasem nie mogę się dogadać z przyjacielem w mieszkaniu. Wizja wspólnej idei siedmiuset tysięcy ludzi na przestrzeni wielu kilometrów kwadratowych to utopia.
Albo to moja jesienno-zimowo-wiosenno-letnia cyniczna postawa. :-)
October 22nd, 2009 at 09:16
Czytałem ten artykuł przez jakąś tam zupke.
Faktycznie napisany był dość sugestywnym językiem – “o kurcze jaka nasza cywilizacja jest biedna bo nikt nie poznaje się na geniuszu skrzypka ze Stradivariusem”
(swoją drogą ciekawe jak dobrze było go słychać przy wejściu do metra gdzie zazwyczaj stoją przekupki, ludzie śpieszą się żeby zdążyć na czas i głośno rozmawiają. W ogóle w mnóstwo sposób można było sobie przyjemnie przy tym ‘eksperymencie’ pomanipulować).
Wydaje mi się to troche podobne do tego ‘eksperymentu’ wg. którego statystycznie średni Polak w ciągu roku nie czyta ani jednej książki – coś mi od zawsze w nim śmierdzi.
October 22nd, 2009 at 21:36
Był wczoraj w Warszawie, bilety po ca. 200 złotych.
O ironio.