Przed chwilą rozległa się dobrze znana (użytkownikom Windowsa) melodyjka. Tim-dim-dim-DIM. Otworzyłem oczy i pomyślałem do siebie:
Nie mogę jeszcze zainstalować Ubuntu 8.04 na poważnie. Aktualizacja laptopa to bardzo poważny krok i z pewnością poczeka na długi weekend. Na szczęście odpaliłem jakiś czas temu komputer, który kiedyś zakupiłem do biura, podwójnym szczęściem jest, że posiada on system Windows — więc będę mógł spróbować jak zachowuje się nowy instalator Ubuntu.
Co jest takiego cudownego w nowym instalatorze? Podobno pozwala instalować Ubuntu z Windowsa w sposób bezpieczny dla neofitów. Plikopartycja, żadnych GRUB-ów i tym podobne. No to nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić płyty.
Po zamontowaniu płyty ukazuje się nam proste menu wyboru (w naszym języku, plus za to) pozwalające nam odpalić LiveCD, zainstalować Ubuntu “wewnątrz” Windowsa (co przetestujemy) i skorzystać z dostępnych na sieci informacji o systemie.
Po wybraniu instalacji w systemie Windows pojawia się okno pozwalające wybrać podstawowe parametry instalacji. Docelową partycję, nazwę użytkownika, język, rozmiar plikopartycji i środowisko graficzne. Kolejny wielki plus za dobranie rozsądnych ustawień na start. W combo-boksie dostępne są tylko partycje z wystarczającą ilością miejsca na instalację, język i login pobierane są z systemu Windows. Można spokojnie zapaść na syndrom ‘Next’ i niczego nie zepsuć.

Na razie jestem pod wrażeniem. Czy wciśnięcie “Zainstaluj” nie popsuje tego listu miłosnego? Dowiedz się więcej wysyłając SMS-a z hasłem…

Kopiowanie danych trwało około trzech minut po czym instalator poprosił o wykonanie resetu celem wprowadzenia końcowych zmian. Pozwoliłem mu się zresetować. Po przejściu przez BIOS komputer wyświetlił boot-manager dostępny standardowo w Windowsie, z dodatkową opcją “Ubuntu” — wybrałem ją — po chwili przywitał mnie podkład i maleńkie okienko z paskiem postępu.
Więc to jednak nie był koniec. ;-) Po resecie Ubuntu rozpoczyna proces nieinteraktywnej instalacji. Partycjonuje dyski, instaluje pakiety, ściąga poprawki (bardzo dobre, zawsze startujesz z połatanego systemu) i słowniki/tłumaczenia dla Twojej wersji językowej. Całość zajęła około dwudziestu minut lub pół kawy w dużym kubku.
Oczywiście, pomyliłem się. GRUB jest. Więcej, teraz jest bootmanager Windowsa, który uruchamia GRUB-a, który wczytuje kernel. Myślałem, że będzie to jakoś inaczej rozwiązane, ale nie będę narzekał, póki działa.
Po zainstalowaniu system zresetował się, a ja znów kazałem mu wrócić do Ubuntu. Pierwszy zgrzyt splash wygląda jak PRL po LSD. Szary i małe kolorowe paski. No nic, zobaczymy. Dotarłem do GDM-a1 — podałem nazwę użytkownika, hasło, zagrał sampel, ekran zrobił się czarny.
“Analog? Digital? Analog? Digital? Analog? GDM!”
Eee. Co się stało. Kolejna próba, kolejny zwis. Próbuję przełączyć się na TTY2 — nic z tego, efekt podobny do bootsplasha. Oczywście winne są sterowniki do grafiki, tylko nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Przełączam sesję na tryb awaryjny GNOME i o dziwo loguje się bez problemu. Właśnie zainstalowałem binarne sterowniki do ATI i dam się zresetwać systemowi. Za chwilę dalszy ciąg programu.
(Wstaw irytującą melyjkę jak na infolinii)
Splashowi się nie poprawiło. System ruszy poprawnie z binarnymi sterownikami do ATI. Jako miły dodatego automatycznie włączyła się kompozycja 3D z kilkoma niezbyt uciążliwymi efektami.3
No, ale to nie miało być o Ubuntu, tylko o instalacji Ubuntu nowym instalatorem.
Plusy:
Minusy:
Linuksa używam ponad siedem lat. Gdyby we wszystkich elementach interakcji z użytkownikiem przeszedł podobny rozwój, jak ma to miejsce w procesie instalacji, to dawno zdetronizowałby Windowsa. Na szczęście nie zdetronizował i jeszcze chwilę mogę pocieszyć się ostatnimi promieniami słoneczka elitaryzmu. Instaler taki jak ten to pełne zaćmienie słońca (patrzeć przez zadymioną szybkę)
Dotarłeś do końca. Czas na nową przygodę.
Eri pokonuje korporacje ołówkiem. Czerski, Piotr dziwi się światu. Waglowski prawi o prawie. Maciej występuje w roli służbisty ateistyczno-sceptystycznej religii. Patryk maca się z technologią. Gadżety, piwnice i trywialne informacje w tę stronę.
Są też tacy, którzy gadają. O filmach, grach, scepty-cyźmie, japońskich bajeczkach.
April 25th, 2008 at 07:27
Kul. Mogliby zrobić coś bootującego się z płyty dla EFI. Anyway, przy najbliższym przeskoku na Leoparda wytnę kilka giga na Ubuntu właśnie. Nie mam pojęcia co mnie tak ciągnie do tej dystrybucji ale ciągnie jak cholera :).
BTW – pół dużego kubka w 20 minet? Opi, kawę należy spożywać GORĄCĄ. W przypadku schłodzenia – wylać i czynność powtórzyć.
April 25th, 2008 at 07:34
@CoSTa: chcesz mnie obrazić? Zalewam kawę takim wrzątkiem, że przez kilka minut nie da się mordy zamoczyć. Jak się domyślasz, zrobiłem sobie kawy na czas oglądania progressbara.
Każdy kto widział, jaką kawę piję wie, że to nie są żarty.
April 26th, 2008 at 23:25
Ach, pozwolę sobie napisać coś ciut dłuższego, najwyżej zostanie odrzucone.
Do dziś byłem ideologicznym zwolennikiem Ubuntu. Ale po procesie aktualizacji do Herona i różnych tego implikacjach, chyba zaczynam rozważać zmianę “barw klubowych”.
Otóż zaczęło się od tego, że update-manager crashował (bez żadnego sensownego komunikatu, bo po co?) po rozpakowaniu i zweryfikowaniu ściągniętej paczki ze skryptem aktualizacyjnym. Okazało się, że po prostu skrypt nie może się odpalić, bo /tmp montuję z noexec (o czym nie pamiętałem) – a ja zastanawiałem się, co mam nie tak z GnuPG, bo ostatni komunikat w konsoli mówił właśnie o autentykacji. Zmieniłem fstaba, przemontowałem /tmp, updater zagrał i zabuczał, że potrzebuje >800M w /var. Dobra, /var/cache/apt na /home, symlink, super – dał się oszukać, zrobił swoje.
Do tego momentu byłem niezrażony – umiem odróżnić własne błędy/niedopatrzenia od skaz systemu. Niedługą chwilę później byłem już rozczarowany. Bo o ile na ubuntuforums już od tygodni howto “jak zainstalować jądro hardy’ego” było lekarstwem (out of the box!) na niedziałający suspend, to mi ta miła funkcjonalność (a dokładnie wybudzenie z suspendu) nie działa pod Heronem tak, jak nie działała pod Gibbonem.
Oczywiście fajnie jest mieć Fx3 i nie musieć ręcznie przeładowywać modułów od wiatraka i wifi po hibernacji. Ale jakoś to mało.
Ale na koniec tego marnego dnia coś podkusiło mnie, żeby sprawdzić, z jakim serwerem NTP jestem zsynchronizowany. W time-adminie przycisk “Odblokuj”. WTF, chwila klikania, mamy sprawcę: policykit. Ja się pytam, co to jest (retoryczne), dlaczego nie można się po ludzku dalej uwierzytelniać hasłem, co było zamiast tego w starej wersji i jak się tego pozbyć? Nie wydaje mi się to rozwiązanie user-friendly, bo interfejs aplikacji jest (na pierwsze trzy rzuty oka) nieintuicyjny, niezrozumiały i chyba zbugowany.
A ten przycisk w time-adminie zawiesza okienko na dłuższą chwilę, po czym mówi, że “Nastąpił niespodziewany błąd”. Brzmi znajomo?
Jak tak dalej pójdzie, i ten system zacznie żyć poza moją kontrolą, chyba się przechrzczę i zostanę irytującym elitarystą od Gentoo.
April 26th, 2008 at 23:43
@uziel: a może Arch? ;)
April 27th, 2008 at 09:16
Co do wybudzania z uśpienia – u mnie wybudza się tylko gdy albo jest podłączony do prądu, albo gdy po wybudzeniu choć na chwilę mu się tego prądu zapoda ;)
April 29th, 2008 at 09:24
Mam w tej chwili u siebie Windows Vista na partycji zaszyfrowanej TrueCrypt’em z boot loaderem TrueCrypt. Nie wiecie moze jak zachowa sie instalacja Ubuntu wewnatrz Windows przy takim schemacie?
April 29th, 2008 at 09:29
@Nicodem: Przykro mi, ale nie mam zielonego pojęcia, Visty ani TrueCrypta. Szybkie googlnięcie też nie dało odpowiedzi. Jeżeli możesz, wbij się na irc.freenode.org i zapytaj na #ubuntu — tam z pewnością ktoś ma podobny setup.