Obchodziliśmy niedawno święto ciętej dyni i gumowych masek. To dobry czas, żeby porozmawiać o umieraniu. Nie śmierci kulturowej, nie śmierci w wymiarze metafizycznym, nawet nie o samym fakcie gnicia. Porozmawiajmy o tym, co się dzieje, kiedy wyciągniesz nogi, a jesteś jednym z nas, szczęśliwców – kowalem własnego losu, samozatrudnionym ekspertem, wolną lancą, szybkim jak strzała blogerem.
W oczach świata składasz się ze starszego i młodszego bitu, z cyfrowych pierdnięć w światłowód, jesteś trochę domeną wpisaną w system nazw, odrobinę – profilową fotką. Dla większości z was ja nie jestem niczym więcej, wy nie jesteście niczym więcej dla mnie.
Zanim przyjdą futuryści i podłączą nasze martwe głowy do Internetu, w którym przyjdzie nam śmigać po wsze czasy, musimy jakoś zmierzyć się z faktem, że nigdy wcześniej nasze zejście nie dezintegrowało tylu naszych utworów. Jako wychowanek komputerów powierzyłem wszystkie myśli, wspomnienia, całą pracę zawodową, swoje hobby kawałkom metalu, w których kręcą się magnetyczne krążki. Nie ma listów do kobiet, które kochałem. Są e-maile, które znikną wraz z pierwszym nieopłaconym rachunkiem mojego operatora. Żaden bawidamek w przyszłości nie przeczyta antologii moich listów, by poznać surowe piękno kontaktów międzyludzkich na przełomie tysiąclecia.
Byliśmy tacy dumni, że Internet pozwolił nam wszystkim stać się autorami dzieł, tymczasem za trzydzieści lat okaże się, że przejedzie nas walec głównego nurtu kultury. Wypromowaliśmy sposób przekazu, który wymaga nieustannego karmienia monetami, a nawet nakarmiony może się obalić chromą nogą tej czy innej firmy.
Porzućmy jednak ten wątek. Wątek długiego życia, podczas którego możecie się przygotować, stać się kimś na tyle ważnym, żeby te okruszki życia nie zostały sprzątnięte. Możecie zginąć spektakularnie i niespodziewanie: zadławicie się papierosem, zostaniecie postrzeleni na konferencji, komuś z balkonu spadnie działo argonowe i rozłupie wasz łeb. Co wtedy? Czy któryś z przyjaciół może opłacić Waszą domenę? Napisać ostatnią notkę? Zgrać kopię zdjęć? Co z tymi wszystkimi książkami, filmami i muzyką, które kupiliście? Te DRM-owe na podpałkę, a te bez? Jedyny przypadek, w którym można podzielić między wszystkich tak, że każdy otrzyma komplet.
Jaką politykę obsługi sztywnych klientów ma Twój operator? Czy można wypłakać u Googla nowelkę, którą pisałeś przed śmiercią, schowaną „na sieci” w brzuszku Docsów?
No i rzecz równie ważna. Może najważniejsza, bo to od niej rozpocząłem dumanie nad kwestią śmiertelności w czasach e-wszystkiego. Jest duża szansa, że jesteś jednym z tych kowbojów Internetu. Opiekujesz się sygnaturami elektronicznego bydła twoich klientów. Gdybym teraz skoczył przez okno, pociągnąłbym z sobą kilka firm. Nie dlatego, że spadłbym na ich parking ubrany w kamizelkę z trotylem; w moich rękach witalne są części ich infrastruktury. Przykładowo: dziennie produkuje się około 4GiB różnych backupów, które trafiają do mojego prywatnego kuferka. Wszystkie są zaszyfrowane przy użyciu klucza GPG. Nawet gdyby ktoś wyrwał dysk z mojego laptopa, to wszystkie kopie bezpieczeństwa nie zdadzą się na wiele.
Ten tekst wyszedł troszkę zbyt kpiarsko jak na temat, który chciałem poruszyć. Zawsze jest ten pierwszy raz, kiedy położysz produkcyjną bazę, potkniesz się o kabel, prawie wszystko jest pierwszy raz, a nauczyć się unikać podobnych błędów macie szansę dopiero, gdy popełnicie je po raz trzeci lub siedemnasty. Umiera się tylko raz, dlatego trzeba się do tego przygotować z wyprzedzeniem. Zróbcie sobie, moi admini, moi programiści, moi technologiczni spece od wszystkiego, rachunek sumienia. Usuńcie się z równania i zobaczcie, co znika razem z wami.
gdzies ostatnio czytalem jakas rozprawe o tym jak rozne firmy cloudowe postepuja po smierci klienta, i ogolnie wniosek byl taki ze rodzina z papierkiem typu akt zgonu i zaswiadczeni o spadku jest w stanie dane wyciagnac w wiekszosci przypadkow, ale lepiej gdzies offlinowo zostawic loginy i hasla na ostatni z wypadkow.
a imho jak ktos maile trzyma w chmurze to sam sobie winny. imap jest juz chyba pelnoletni, nie?
dane z fejsbuniow , blipow, twitterow czy g+ tez mozna wyciagnac jak komus zalezy, jakis automat tez mozna zrobic. tylko po co?
Kpiarski ton pozwala przebrnąć przez tekst szybko i bezboleśnie co nie jest bez znaczenia w dobie niemożności utrzymania uwagi dłużej niz 20 sekund to raz. Problem też już kiedyś roztrząsałem, jako, że jeżdzę na motocyklu to widmo rozciapania się na masce tira jest mi bliższe niż działo argonowe na głowie. Tylko.. co z tego wynika? Sugerujesz jakieś rozwiązanie? Tajny, zamykany na dużą tradycyjną offline’ową kłódkę kuferek ze wszystkimi hasłami ukryty w piwnicy, z kluczem zawieszonym w kopercie i z mapą w starym pirackim stylu oraz napisem “OTWORZYĆ W RAZIE MOJEJ ŚMIERCI”. Bo trzymanie tego wszystkiego online to jak bieganie po Bronxie z koszulką “I hate niggah” dość prosty sposób na znalezienie się na pierwszym miejscu rankingu “Niebezpiecznik.pl” na największe wpadki w zakresie bezpieczeństwa wieku. Oczywiscie gdyby taki ranking istniał.
ja rowiazalem to karta pamieci (kiedys floppek) na ktorej trzymam istotne hasla loginy i dokumenty, calosc jest zaszyfrowana tak ze sama karta nic nie da, potrzebny klucz
Nie dalej niż tydzień temu LinkedIn proponował mi zaendorsowanie znajomego. Sęk w tym, że zmarłego w 2008.
Dlatego wszystkie ważne hasła i loginy w Keepass plus master password zostawiony w zamkniętej kopercie do otwarcia i użycia (z instrukcjami) przez towarzyszkę życia.
Do tego regularne backupy danych na dysk sieciowy w domu, do którego ma ona dostęp (zdjęcia i inne takie).
Instytucję mnie nie obchodzą (jeśli opierasz się o jednego dostawcę, na dodatek jednoosobowego, to znaczy że zasługujesz na fakap spowodowany jego zniknięciem), natomiast chciałbym żeby dało się odzyskać jakiś kontent naprodukowany przeze mnie w międzyczasie.
Kiedy moja córka założyła sobie konto na facebooku, do domu wprowadziła się świnia. Taka co to trzeba rozwalić, żeby zajrzeć. Wydawało jej się (świni) z początku, że będzie zbierać kasę, ale nie. Każdy, na papierku wpisuje tam datę, domenę, login, hasło (albo datę, numer karty, pin), albo…
Niekoniecznie na wypadek zgonu. Na wypadek wszelki.
Zastanawiam się nad tym tematem średnio raz dziennie.
Mnie czasem zastanawia, jak gromadzić w jednym miejscu wszystkie komcie inne takie produkcje porozrzucane po sieci. A temat odejścia i spadku cyfrowego – gdzieś już ktoś poruszał. Parę razy się nad tym zastanawiałem, ale rozwiązań brak.
Może to pomysł na biznes? ;P
Usuńcie się z równania i zobaczcie, co znika razem z wami.
Dla tych, którzy pałają “niezwykle negatywnym optymizmem życia” pozostaje jeszcze sprawdzić czy to aby wszystko co może wraz z nimi zniknąć, czy też może światu można wyrwać jeszcze wiecej…
@zibi “Może to pomysł na biznes?”
Znajomy startupowiec kiedyś próbował, ale albo miał za słabą siłę przebicia, albo zrobił to za wcześnie ;)
@Yanoo Twoj znajomy nazywa sie Piotr Tymochowicz a ten nieudany start-up to Solaris Gate?
Pingback: Cyfrowe umieranie w pięknym słowie
Pingback: Co po nas zostanie. Niewiele lub za dużo | Zaraz wracam.