Podobało się? dodaj kanał RSS do swojego czytnika.

36 Responses to “Rysiek wali chmurę i ma dobrą nawijkę”

  1. btd Says:

    Hah, a jak ja mówię że Stallman pieprzy to się oburzają.

    Nic dodać nic ująć Opi.

  2. Bin Says:

    btd: Populiści swojego człowieka nie wydadzą :D

    Stallmana trzeba traktować z przymrużeniem oka - ma swoje wizje z którymi można się zgodzić (Nie żywimy rodzin programistów, nie lubimy monopolistów, nie lubimy chmur) ale są raczej niewykonalne. Stallman pewnie nie zauważył że reszta świata to niestety w większości nie są matematyczni/informatyczni geniusze i nauczenie sekretarki obsługi patch/diff a co gorsza jakiegoś Węża, C czy innego gada może być problemem. DUŻYM problemem.
    Jako spokojny obywatel wolę aby dzięki chmurom można było złapać tych którzy nadal myślą że sieć to miejsce dla anonimów(i wykorzystują to niewłaściwie).

  3. LeszekT Says:

    Świetne podsumowanie. Właśnie to jest problem - ruch GNU stał się ruchem religijnym, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czekać tylko dekretu o nieomylności papieża, przepraszam - Stallmana. Sam jadę od kilku lat linux-only, ale bez przesady - otwartość protokołów mi wystarcza.

  4. Dominik Koza Says:

    Ale dżihad nie nadejdzie? Diuna pozostanie pustynią?

  5. r. Says:

    Rysio stanowczo zbyt długo nosił kapelutek z folii aluminiowej :) Ciekawe, czy Rysio sam sobie robi wszystko od podstaw (łącznie z folią na słynne, antyRFID-owe kapelutki)…

    Owszem, ma jakąś rację, że Twoje dane umieszczone gdzieś mogą być narażone na wykorzystanie przez właściciela ,,gdziesia”. Ale to kwestia zaufania do podmiotu.

    Całe to GNU, nie dość że zalatuje religią, to jeszcze jest o pożyczaniu, nie o dawaniu. Dam Ci swój kod, ale warunkiem, że mi go oddasz. Albo daj mi swój kod, a ja uczynię go naszym. Ale tylko naszym: nie ich, nie jego, wyłącznie naszym. I na naszych zasadach. Niektórzy uważają, że wirusowość powoduje, że kod nie zostanie przez kogoś rozwinięty i w takiej postaci zamknięty (co przecie nie oznacza zniknięcie wszystkich, dotychczasowych wersji). Ale dzięki temu nie trafia w wiele miejsc, gdzie mógłby trafić. GNUGeeki nabijają się, że MS musiał ,,ukraść” stos TCP/IP z BSD. Ale mógł to zrobić. A dzięki temu Windows ma jaki taki stos, zamiast kolejnego wymysłu swoich product/project-managerów i marketoidów. Naprawde wolne licencje umożliwiają rozprzestrzenianie się dobrego softu: wystarczy popatrzeć na OpenSSH, które znajdziemy niemal wszędzie. Gdyby OpenSSH było na GNU-wirusie, nie rozpowszechniłoby się tak.

    Z drugiej strony niektóre GNUGeeki nie widzą nic zdrożnego w zawirusowywaniu kodu, w którym jest napisane ,,kod jest na licencji X i tej licencji nie wolno Ci z niego usunąć”, bo przecie każdy może użyć tego kodu (jakby użyć oznaczało, zrobić z nim wszystko). Zatem GNUGeeki nie widzą nic zdrożnego w ,,uwspólnianiu na siłę”, ale nie godzi się na zamykanie. Rozdwojenie jaźni?

  6. Shot Says:

    @opi: Stallman nie pisze o tym, żeby nie korzystać z serwerów (więc spora część kontrargumentów jest nie na temat), tylko że korzystanie z zamkniętych usług nie różni się od korzystania z zamkniętych aplikacji. Z Excela też dane możesz sobie wyeksportować do CSV.

    Różnica jak między Twitterem i Identicą, i jak między Launchpadem teraz i za rok.

    @r.: „Dam Ci swój kod, ale warunkiem, że mi go oddasz” – nie. Dam Ci swój kod, ale pod warunkiem, że jeśli komuś dalej dasz binarki, to ze źródłami. Możesz na nim zarabiać, ale go nie zamykaj. Sam nic od Ciebie nie żądam (chyba, że będziesz chciał mi dać poprawione binarki).

  7. Emil Oppeln-Bronikowski Says:

    @Shot dobrze, jaka jest różnica między zamkniętym GMailem vs. otwartym Skłirlmajlem prócz faktu, że jeden z nich liże kule? Obsługują e-maile tak samo. Evolution Calendar obsługuje Google Calendar. I vice versa.

    Może ja już jestem za wygodny, ale stawianie wszystkiego “na swoim komputerze” nie brzmi zabawnie. Ważne dane są zabezpieczone, moje e-maile z listy dyskusyjnych i lista terminów koncertów, sparingów i wydań anime nie musi być chroniona przez dwa firewalle i komputer odłączony od prądu.

  8. Obijwan Dzedaj Ffatman Jogurt Says:

    Powiada, bogiem jest nie Stallman, moj pies.

  9. Shot Says:

    @opi: Mniej więcej taka, jak robienie arkuszy kalkulacyjnych w Excelu vs. w OpenOffice – dane możesz sobie eksportować, ale wszystko co dodane (wyszukiwanie w mailach, filtr antyspamowy) masz zamknięte i nic z tym nie zrobisz.

    Albo się zgadzasz, że „Excel be, OpenOffice gut” (i wtedy analogicznie dość oczywiste powinno być „GMail be, RoundCube gut”), albo wychodzisz od początku z założenia, że rzeczy proste w użyciu i wypolerowane są wygodne, ale wtedy nie rozumiem, czemu akurat teraz wypowiedź Stallmana miałaby cokolwiek zmieniać w Twoim stosunku do niego. :)

  10. r. Says:

    Shot: a dlaczego nie zamykaj? Powtarzam, gdyby np. OpenSSH było na GNUwirusie, nie spotkałbyś go w Solku (nawet jeśli wyszło im z tego pokraczne SunSSH), w routerach i switchach Cisco, sprzęcie Junipera (którego cały OS jest pochodną FreeBSD), console-switchach Avocenta, iDRACU (Dell), iLO (HP), firewallach Nokii i tysiącu innych rzeczy. Dzięki temu, że parę firm mogło wziąć oprogramowanie, przerobić go na swoją modłę i wbudować w swoje produkty bez konieczności zawirusowania swojego kodu, dziś nie musimy używać telnetu do łączenia się z tymi urządzeniami. GNUwirus utrudnia rozpowszechnianie się dobrego kodu wszędzie tam, gdzie ten kod mógłby być potrzebny. GNUwirus zakłada, że zrobienie czegokolwiek z kodem oznacza, że zmiany muszą być również na GNUwirusie. A to już jest właśnie owo pożyczanie.

  11. Shot Says:

    @r.: „a dlaczego nie zamykaj?” – bo nie chcę. Wydawało mi się, że chodzi o wybór – jeśli chcę, żeby użytkownicy mojego kodu mogli go poprawiać, to wymagam, by mieli do niego dostęp.

    Rozumiem zalety MIT/BSD/public domain/etc., ale nie pokusiłbym się o zakład, że to przeważyło o standaryzacji SSH. Nie rozumiem, co jest dobrego dla FreeBSD/NetBSD w tym, że Apple wziął sobie ich kod i zrobił na nim własnościowe jądro – natomiast widzę dużo dobrego w tym, że KHTML był na LGPL-u, i po wzięciu go sobie do Safari Apple wszystkie poprawki publikuje (bo musi).

    Skąd wiesz, że Solaris/Cisco/Juniper itp. nie wzięliby *GPL-owego SSH?

  12. Valwit Says:

    Wszytsko pieknie i wygodnie, ale jak gmail padnie to fakt ze mozesz sobie wyeksportowac maile z niego to ci sie przyda tak jak zeszloroczny snieg. do czasu az naprawia nie masz maili i koniec.

  13. Emil Oppeln-Bronikowski Says:

    @Valwit a czym to się różni od mojego domowego serwera, czy też home.pl? Prócz tego, że domowy serwer musiałbym sam naprawić.

  14. CoSTa Says:

    Stosunek do technologii powinno określać się ilością fajnych rzeczy, które można by zrobić owej technologii nie stosując. Jeśli zamiast męczyć sterownik by wyświetlił mi trójwymiarowy obraz mogę zrobić “pstryk” i zrobi mi to podłączona do telewizora konsola sześć razy szybciej, osiem razy bardziej zrozumiale i pięćdziesiąt razy wygodniej - I choose Matrix. Za stary jestem na nieoglądanie fajnych dup i wgapianie się w monitor w imię koszerności.Ba, gotów jestem zapłacić za zabieranie mi pierdół z pola uwagi.

    Opi, to się nazywa “proces starzenia” ewentualnie “stałe i sensowne dochody” :)

  15. Valwit Says:

    jak zdechnie ci komp w domu to i tak nie mozesz pracowac. chmura czy nie. odpadaja za to ewetualne problemy z siecia, odpadaja problemy po stronie uslugodawcy, odpada problem z prywatnoscia.

    calosc i tak sie zamyka w tym ze marketing wymyslil nowego buzza.
    http://www.thewebpitch.com/microsoft/steve-ballmers-keynote-in-london/

  16. r. Says:

    Shot: Solaris moze by wziął, bo nie osadza go w swoim kodzie. Ale wszyscy ci, którzy prawdopodobnie osadzają OpenSSH z firmware swoich urządzeń, nigdy nie poszliby na zawirusowanie swojego softu (bo zmusiłoby to ich do udostępnienia jego źródeł). Czyli dalej byśmy się komunikowali ze switchami/routerami i innymi urządzeniami za pomocą telnetu. Ostatecznie w IPSecu (co zalatuje łapaniem się lewą ręką za prawe ucho, pod wybranym kolanem).

    Czy licencja BSD czy też MIT zabrania wprowadzania zmian do softu? Nie. I nie wirusuje softu, którego wirusować nie chcemy. Zatem pozwala się rozprzestrzeniać dobremu oprogramowaniu.

  17. Shot Says:

    @r.: „Ale wszyscy ci, którzy prawdopodobnie osadzają OpenSSH z firmware swoich urządzeń, nigdy nie poszliby na zawirusowanie swojego softu (bo zmusiłoby to ich do udostępnienia jego źródeł).” – może poczytaj, czym się różni GPL od LGPL.

  18. r. Says:

    Po co? LGPL to proteza. BSD/ISC/MIT jest dobra. Krótka, nie potrzeba do niej stada prawników i nie wirusuje softu.

  19. Shot Says:

    @r.: Po co masz poczytać? Bo sugerujesz, że biblioteka wydana na LGPL wymaga udostępnienia źródeł oprogramowania, które ją wykorzystuje, co jest bzdurą. OpenSSH wydany na LGPL-u mógłby być spokojnie wykorzystywany przez zamknięte oprogramowanie switchów i routerów.

    Po co używać *GPL? Jądra FreeBSD i NetBSD są na BSD – Apple wzięło i zamknęło (bo mogło). KHTML jest na LGPL-u – Apple wzięło i się dzieli poprawkami (bo musi). Na moje oko druga z tych sytuacji jest gorsza tylko dla Apple’a (jak widać – nie na tyle, żeby pisać własny renderer do HTML-a), a lepsza dla sporej części (w tym dla mnie) „reszty światka”.

  20. mat Says:

    stallman jak to stallman, zawsze był skrajnie nastawiony do komercji. prawdę mówiąc nie widzę większej różnicy między jego buntem kiedyś i teraz. tylko nazwy się pozmieniały. kiedyś był zamknięty system operacyjny/oprogramowanie a teraz chmura.

  21. Shot Says:

    @mat: s/komercji/własności – Stallman nie jest przeciwko zarabianiu na kodzie, on walczy z jego zamykaniem. *GPL nie jest sprzeczne z komercją, sam od ponad trzech lat zarabiam pisząc kod na AGPL-u.

  22. r. Says:

    Shot: Jądro BSD/I też wywodziło się z tego samego korzenia, co Free/NetBSD. A mimo to właściciel BSD/I wniósł sporo poprawek do FreeBSD bez pomocy GNUwirusa. I odwrotnie, jeśli jakaś firma nie będzie chciała dać poprawek, to żaden GNUwirus jej nie zmusi, najwyżej nie oprze swojego produktu na zawirusowanym.

    Całe to zamykanie brzmi trochę jak bajka o żelaznym wilku. To że ktoś weźmie kod na BSD, przerobi go i nie udostępni swoich źródeł nie oznacza, że kod pierwotny zniknie z powierzchni ziemi. Nie, nie zniknie i może sobie żyć dalej. Byle tylko zachowano warunki licencji i copyright.

    Apple wzięło kod jądra FreeBSD (swoją szosą z którejś ze starych linii) i pożeniło z Machem. Czy coś złego się z tego powodu stało? Nie. FreeBSD nie zniknęło, a MOX ma dobre podstawy.

    Stallman zaś jest zwolennikiem uwspólniania na siłę. Co powoduje, że w pewnych miejscach dobry kod nie ma szans się pojawić.

  23. r. Says:

    Shot: i jeszcze jedno. Nie będę czytał LGNUwirusa, tak samo, jak nie interesuje mnie zawartość GNUWirusa w wersji trzeciej, czwartej, piątej i fafnastej. Nie jestem ich zwolennikiem: licencja ma być prosta, ma nie sprawiać problemów w zrozumieniu jej niuansów i ma nie wymagać prawnika. Ani BSD, ani MIT, ani ISC nie hamują rozwoju oprogramowania i umożliwiają jego nieskrępowany przepływ, również do świata komercji.

  24. mat Says:

    @shot: oczywiscie masz racje, ale mysle, ze wszyscy tu wiedza o co chodzi kiedy uzywam skrotu myslowego komercja :)

  25. Shot Says:

    @r.: „I odwrotnie, jeśli jakaś firma nie będzie chciała dać poprawek, to żaden GNUwirus jej nie zmusi, najwyżej nie oprze swojego produktu na zawirusowanym” – moim zdaniem casus Apple’a dowodzi, że wręcz przeciwnie: poprawek do jądra nie muszą publikować, to nie publikują; poprawki do WebKita muszą, to publikują (i najwyraźniej woleli wziąć KHTML-a na LGPL-u, niż pisać coś samemu albo licencjonować Tridenta). Przykład BSD/OS jest o tyle słaby, że ani BSDi, ani Wind River Systems nie potrafiły go uratować, i można pokusić się o tezę, że publikowanie poprawek, których publikować nie trzeba, mogło być decyzją dość słabą z biznesowego punktu widzenia.

    „Stallman zaś jest zwolennikiem uwspólniania na siłę. Co powoduje, że w pewnych miejscach dobry kod nie ma szans się pojawić.” – ale co jest w tym złego? Co jest dobrego w „niekrępowanym przepływie oprogramowania do świata komercji”? Bo ja nie widzę żadnych zalet (a już na pewno nie dla mnie jako programisty) w tym, że zamknięte oprogramowanie ma w środku lepszy kod.

    „Nie będę czytał LGNUwirusa, tak samo, jak nie interesuje mnie zawartość GNUWirusa w wersji trzeciej” – no, to trochę utrudnia merytoryczną dyskusję o tych licencjach…

  26. r. Says:

    Shot: Co jest dobrego w tym przepływie? Skoro jako programista nie widzisz korzyści z tego, że np. do wielu urządzeń można się zalogować w bezpieczny sposób, to może wczuj się w rolę ich administratora czy użytkownika (np. tego użytkownika MOX-a, który nie musi się już użerać z jądrem klasycznego MacOS-a). Wbrew pozorom zyskuje na tym nie tylko producent oprogramowania. Na rozpowszechnianiu się dobrego oprogramowania zyskują też użytkownicy.

    Wbrew pozorom moja niechęć do licencji zawiłych, długich, nudnych i wymagających prawnika do rozgryzania jej niuansów, jest ważnym głosem w tej dyskusji.

  27. Shot Says:

    @r.: Pytanie, czy problemy tych administratorów i użytkowników nie wynikają z tego, że to oprogramowanie jest zamknięte – z moich doświadczeń wynika, że jak już na jakimś sprzęcie działa otwarty system, to całość jest stabilniejsza niż konkurencja oparta na rozwiązaniach zamkniętych i ma większe możliwości (choćby przypadek Linksysów WRT54G). Z moich doświadczeń użytkownicy dużo bardziej zyskują na rozpowszechnianiu się oprogramowania otwartego (choćby bardzo pozytywne doświadczenia mojej rodziny po zmianie systemu z Windows na Ubuntu) niż na lepszym oprogramowaniu zamkniętym.

    Jeśli chodzi o kod, który piszę, to nie widzę powodu, żeby ktoś zbijał na nim kasę/zdobywał pozycję na rynku X/wykuwał swój sukces/etc. „jadąc na gapę” i nie dzieląc się poprawkami do czegoś, czego nie musiał sam napisać i za co nie zapłacił mi ani grosza. Jeśli chodzi o oprogramowanie pisane przez innych – doskonale rozumiem ideały wydawania go na BSD (i bardzo popieram, przede wszystkim na gruncie ideowym), ale nie mam nic przeciwko wydawaniu kodu na *GPL, bo to ma, moim zdaniem, zalety jeszcze większe.

  28. r. Says:

    Shot: otwartość, prawdę mówiąc, jest gwarancją niczego. Długo jeszcze będę pamiętał aktualizację dziesiątek maszyn po tym, jak jeden debianista pobawił się Valgrindem. Dwa lata później wszyscy użytkownicy Debiana na gwałt podciągali OpenSSL i OpenSSH.

  29. Shot Says:

    Dziura w debianowym OpenSSH była żenująca, to prawda – ale to moim zdaniem raczej nie błąd w modelu rozwoju oprogramowania, tylko ewidentna wpadka QA Debiana i pochodnych. Microsoft regularnie wypuszcza poprawki „krytycznych błędów” w Windows, systemy linuksowe raz na dwa-trzy tygodnie mają jakieś poprawki bezpieczeństwa, OS X podobnie.

    Błąd w OpenSSH był bardziej niewygodny od dziesiątek innych głównie dlatego, że trzeba było przegenerować część kluczy i je na nowo zautoryzować; dziesiątki maszyn i tak trzeba regularnie aktualizować.

    No i – nigdzie nie twierdziłem, że otwartość cokolwiek gwarantuje, tylko że w praktyce systemy otwarte (i urządzenia je wykorzystujące) działają lepiej i mniej z nimi problemów z punktu widzenia użytkownika.

  30. r. Says:

    Shot: słynna otwartość miała gwarantować łatwość audytowania, testowania (słynne ,,release often, release early”, co się często sprowadza do ,,release crap”) i szybkość usuwania błędów. Tymczasem babol w debianistycznym OpenSSL-u (dziura była w OpenSSL-u, OpenSSH ucierpiało ze względu na słabe klucze) gnił, o ile dobrze pamiętam, *dwa lata*.

    To nie otwartość jest ważna tylko fachowość programistów i sensowny model rozwoju oprogramowania. I nie mam tu na myśli otwartości źródeł, a stworzenie (a właściwie to chyba wdrożenie) prawidłowego cyklu życia softu i stosowanie się doń. Modne dziś wśród gików agile, extreme i inne shitty software development wcale temu nie sprzyjają. Tworzenie softu to nie tylko pisanie, to również projekt, prawidłowe testowanie i tworzenie dokumentacji.

    Licencja nie ma wielkiego wpływu na jakość kodu, tylko projektanci, koderzy i testerzy.

  31. maquina Says:

    @r: Mogę wiedzieć na jakiej podstawie “Modne dziś wśród gików agile, extreme i inne shitty software development wcale temu nie sprzyjają.” Bo - a tak mi się przynajmniej wydaje - agile ma zwolenników wśród poważnych producentów oprogramowania, szczególnie tych bliżej Kaliforni.

  32. r. Says:

    Maquina: od bycia zwolennikiem do produkcji dobrego, dobrze udokumentowanego oprogramowania jest daleka droga. Żeby daleko nie sięgać, mój pracodawca jest odbiorcą oprogramowania od pewnej małej firmy, w której też jeden koduje, a dwóch mu patrzy przez ramię i bawią się w inne ciekawe sprawy. Przysyłają coś często (z naciskiem na coś), zaś dokumentacja leży: projekt techniczny zazwyczaj jest ulotką o kant dupy rozbić.

    Efekt? Wiele iteracji, zanim coś zacznie jako tako działać. Wiele poprawek, bo panowie nie testują za mocno (a czasami wręcz wcale, bo przychodzi coś, co albo się nie instaluje poprawnie, albo nie działa). Słaba dokumentacja, o którą trzeba ciągle walczyć, a my nie pracujemy i nie będziemy pracować na zasadzie ,,jeden z nas zamieszka u dostawcy i uruchomi”. Szkoda tylko, że taki jeden z nich słabo się mieści w Disaster Recovery Plan.

    A teraz kolejna firma właśnie pragnie nam ożenić swój produkt w podobny sposób (do testówki nie przysłali praktycznie żadnej sensownej dokumentacji instalacyjnej, tylko kazali się kontaktować z ichnim administratorem). I co? Jak mnie szlag trafi i przyjdzie na moje miejsce ktoś, kto gówno wie o produkcie, a będzie musiał go nagle przeinstalować (np. w ośrodku zapasowym), to będzie dzwonił do dostawcy (co do którego może nawet nie wiedzieć, kto zacz)?

    Także niech sobie modne startupy stosują modne techniki programowania, bylem był dalej od tego. Zresztą więcej o agile: http://42.pl/u/16rG_agile_w_kalafiorni

  33. Shot Says:

    W sensie – metodyka jest zła, bo nie umiecie sobie dobrać sensownej „małej firmy” i tolerujecie partaczy?

  34. Shot Says:

    (A jeśli wczytać się w podlinkowanego bloga, to tam totalnie spieprzyli zarządzanie, więc trudno na tej podstawie cokolwiek o metodyce mówić.)

  35. r. Says:

    Uwaga, to nie są moje pomysły:

    Extreme:

    –8<–

    Iteracyjność

    Program tworzy się w iteracjach (krótkie, przyrostowe kroki programistyczne) - i co ważniejsze - planuje tylko następną iterację. Efektem każdej iteracji (kilka tygodni) powinna być wersja programu spełniającą założenia dla danej iteracji. Następnie planuje się co zrobić dalej.

    Odpowiada to zasadzie Open Source: “release early, release often” (wczesne i częste wydania).

    Nie projektować z góry

    Nie można z góry przewidzieć, jaka architektura będzie najlepsza dla danego problemu. Dlatego należy ją tworzyć w miarę rozszerzania programu.

    Stały kontakt z klientem

    Specyfikacje są prawie zawsze wieloznaczne, dziurawe i sprzeczne ze sobą. Tak więc należy mieć stały kontakt z tym, dla kogo to oprogramowanie jest tworzone (klient zamawiający program, czy też użytkownicy końcowi). Jeśli kontakt jest dobry, można się nawet obyć bez specyfikacji.

    –8<–

    To jest dobra metodyka? Brak specyfikacji oznacza, że klient często otrzymuje coś innego, niż zamawiał. A że zamawiał coś, co zazwyczaj ma współpracować z dziesiątkami innych cosiów, wychodzi z tego rozwiązanie, które nie bardzo chce dobrze kooperować z resztą systemów. Ciekawi mnie też, jak np. dokonać oceny rozwiązania i zaplanować audyt, skoro specyfikacja jest szczątkowa bądź nieistniejąca, a co do terminu wykonania wiadomo, że będzie i na pewno będzie z później, niż zaplanowano? Jak eksploatować produkt, którego specyfikacja i dokumentacja są proszku? W szczególności jak się to wszystko ma do sytuacji, kiedy kluczowa/e osboba/y dla projektu staje/ą się niedostępna/e z przeróżnych powodów?

    Z release often, release early wynika jeszcze jedna rzecz: więcej pracy ma klient, który musi co chwilę instalować nowe wersje i robić to, za co płaci dostawcy: testować przeróżne fazy produktu, zamiast tej finalnej.

    Agile:

    –8<–

    Metody przeznaczone są głównie dla małych zespołów wytwórczych gdzie istnieje możliwość łatwej komunikacji (rozmowy i dyskusje całego zespołu), dzięki czemu nie ma potrzeby tworzenia dużej ilości dokumentacji. Pozwala to na łatwiejsze zrozumienie zagadnienia oraz zminimalizowanie ryzyka w projektach o krótkim czasie wykonania, ale za to wymaga dobrze zgranego i stałego zespołu

    –8<–

    Jak się np. tworzy procedury DRP na podstawie nieistniejącej dokumentacji? Bierze się przedstawiciela firmy X i wkłada się go do zbioru istniejących dokumentów? Czy leje sikiem prostym na cały interes i zakłada, że w razie fuckupu jakoś to będzie?

    Problem w tym, że te wszystkie idee są jak komunizm. Na pozór szczytne, tylko pomijają wpływ czynnika ludzkiego: lenistwa, niekompetencji, spryciarstwa. Więcej, one wręcz zakładają chodzenie na skróty. Skróty, które może dla koderów są zbawienne, ale dla odbiorców już niekoniecznie.

    Shot, mam wrażenie że doskonale sobie bujasz w swoim wyimaginowanym, programistycznym świecie, ale czasami trzeba zejść na ziemię i spotkać się z twardą rzeczywistością.

  36. Shot Says:

    „Brak specyfikacji oznacza, że klient często otrzymuje coś innego, niż zamawiał” – metodyka zakłada, że na bieżąco wiadomo, czy dostaje to, czego chciał. Z moich doświadczeń klient rzadko zamawia to, czego chce (patrz klasyczny komiks z huśtawką…), i generalnie jest bardziej zadowolony gdy dostaje to, czego chciał, a nie to, co zamawiał.

    „Metody przeznaczone są głównie dla małych zespołów wytwórczych gdzie istnieje możliwość łatwej komunikacji” – to chyba dość kluczowe założenie; zapodawanie tych metodyk w korpo pełnej dronów przychodzących tam tylko zarobić kasę to pomysł odważny, ale chyba jednak dość szaleńczy.

    „Problem w tym, że te wszystkie idee są jak komunizm. Na pozór szczytne, tylko pomijają wpływ czynnika ludzkiego: lenistwa, niekompetencji, spryciarstwa” – sensowny dobór pracowników to cholernie trudne zadanie. Ale zatrudnianie i tolerowanie leni, niekompetentnych i spryciarzy to marsz ku klęsce, który może być co najwyżej opóźniony przez dobór innej metodyki i molochowatość korporacji.

    „Shot, mam wrażenie że doskonale sobie bujasz w swoim wyimaginowanym, programistycznym świecie” – you must be new here (of course I do). ;) A serio – nam (przy CiviCRM-ie) takie naiwno-idealistyczne podejście się sprawdza.

    „…ale czasami trzeba zejść na ziemię i spotkać się z twardą rzeczywistością” – doświadczenie sugeruje, że często najlepiej dobrze się zastanowić, włożyć trochę pracy i szturchnąć rzeczywistość tak, żeby choć trochę dostosowała się do idei. Rozkładanie rąk i mówienie „nic nie poradzę, ludzie som gupi” to wyjście kuszące, ale chyba jednak porażka z założenia.

Leave a Reply