“Baba z wozu, koniom lżej”1 mruknął do siebie wycierając zakrwawiony nóż o róg swojej flanelowej koszuli. Rozejrzał się ostrożnie i wyszedł z zaułka.
Tego samego dnia tańczył z kobietami o wątpliwej cnocie, zataczając się i bełkocąc, wlewając sobie co i rusz nową porcję smakującego anyżkiem alkoholu. Głód jest najlepszym kucharzem. Nie było w nim obawy, nie było w nim żalu, bo głodny kija się nie boi. Hulaj dusza, piekła nie ma.
Przyjechali na sygnale wezwani przez jednego z mieszkańców pobliskiego budynku. Byli źli, byli na nocnej zmianie, wyrwano ich przed pierwszą kawą. Ominęli tłum gapiów i popatrzyli na ludzkiego manekina z rozrzuconymi kończynami i brązoworudymi śladami na ubraniu. “Patrz” — powiedział pierwszy — “Góra urodziła mysz”. Bo trup w tym mieście policjantów dawno przestał ruszać. Przed pierwszą kawą taki zakuty człowiek nie wychyla strzałki na mierniku sprawiedliwości dalej, niż przejście na czerwonym świetle.
Drugi z policjantów przyklęknął obok ofiary i zaklął jak szewc. “Przyjdzie nam szukać igły w stogu siana” — pomyślał do siebie. Nikt nie jest bardziej głuchy i ślepy niż ludzie mieszkający w tej okolicy. Każdy ma swoje alibi i wie, że brudy pierze się w domu.
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Jemu dał kaca i świadomość. Jedno i drugie było wyjątkowo bolesne — pocił się więc i drżał myśląc, że ucieczka jest zawsze haniebna, ale czasem zbawienna. Umarłego płaczem nie wskrzesi, wstał więc i ruszył ku drzwiom używając ściany jak psa przewodnika.
Z deszczu pod rynnę, z nory na słońce.
Mijały dni. Spędził je upijając się jak świnia, bo dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi. Co się odwlecze to nie uciecze. Któregoś dnia wpadł na policyjny patrol.
Czasy były inne i nikt nie wierzył, że sprawiedliwość bez dobroci okrucieństwem jest. Starotestamentowo oko za oko, sznur za nóż. Dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz.
Urodził się – ochrzcili, podrósł – ożenili, umarł – pochowali i na grobie napisali, że był błazen.
Podobało się? dodaj kanał RSS do swojego czytnika.
October 2nd, 2008 at 17:16
Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem, gdy róże płoną.
October 2nd, 2008 at 21:17
Blablane blenie, Krzychu po piwie, artykuł po ziele trzy kroć wypalone i znamię odbite na skórze wszakże ciekawe i nie wiem o czym gdy piwo wypije to się zastanowię nad sensem owego, co by na niedomyślnego nie ujść drodzy panowie.. ;]
October 3rd, 2008 at 05:48
O cholera, świetny tekst Opi. Ależ masz swobodę w pisaniu…
October 3rd, 2008 at 08:01
Aha, dalej nie wiem, z fazowany tekst, jakiś ktosiek uleżał się na zawsze gdzieś w okolicach twojej drogi? Czy to jakiś film, czy książka? Może ma mi się to kojarzyć z “małym chino” (sezon drugi Dextera odc. 1 i 2)?
ps. Oko za oko jest w przed Jezusowym testamencie, a w tym drugim jest mowa o policzkach. :)
October 4th, 2008 at 16:41
Ja niestety też nie comprende. A powinienem?
October 5th, 2008 at 06:28
@3v11: w skrócie “Weźmy polskie przysłowia i uczyńmy je jedynymi dialogami”