Dawno nie pracowałem fizycznie. Praca fizyczna indukuje nostalgię związaną z czasami, gdy nie chciało się nosić teczki, więc nosiło się woreczki. Podczas gipsowania sufitu uknułem sobie, że podzielę się kilkoma historiami związanymi z budowlanką.
Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami, a z pewnością za ulicą jedną i drugą, w mieście Łodzi budowała się hurtownia materiałów budowlanych. Wielka to była hala. Powiedziałbym nawet “zajebista” gdybym był bardziej bezpośredni.
No więc była zajebista, a klientem był Holender. Budowaliśmy więc holendrowi halę po polsku, czyli ospale i po części na wstecznym biegu. Wsteczny bieg wrzucano, gdy wczoraj za mocno jechaliśmy na czwórce po piwie Książ (nie pijcie, nigdy).
Klient był człowiekiem dość miłym, choć zupełnie niezrozumiałym dla reszty kadry. Bo byle prostak przyjedzie do naszego kraju i spodziewa się, że jak powie “konkrit” to wszyscy mu wytłumaczą co pod betonem leży, czemu styropian, czemu wystaje i w ogóle. Ogólnie: detale.
Jako jedyny władałem językiem barbarzyńców pożerających baraninę w sosie miętowym, spędzałem więc dużo czasu chodząc za klientem i tłumacząc mu dlaczego grabie stoją oparte o ścianę (bardzo go to irytowało).
Kiedy już z z ziemi wyrosła konstrukcja ze stali i betonu (socrealizm, panie) Pan na włościach zamówił elektryków, którzy jak wiadomo zajmują się tymi rzeczami, które źle podłączone powodują rozwodnienie krwi i miganie komór.
Wspominałem, że hala była wielka? Nie tylko szeroka, ale i wysoka. Wysoka. Przyjechali więc elektrycy, ocenili odległość przy pomocy najdoskonalszego przyrządu jaki był pod ręką — ludzkiego oka. Zamówili rusztowanie.
Holender poprosił mnie abym mu pomógł w negocjacjach. Porzuciłem więc ogrzewanie podłogowe i pobiegłem.
Wchodzimy. Wzrok Holendra pada na rusztowanie. Potem podążając za każdym szczeblem trafia na koniec rusztowania. Rusztowania, które nie sięgnęło sufitu. Ponieważ rusztowanie nie sięgnęło sufitu, można było zrobić dwie rzeczy:
Elektrycy wybrali drugą opcję i postawili na rusztowaniu szkolną ławkę. Szkolna ławka podniosła trochę zasięg, ale nie dość. Pomyśleli elektrycy. Na ławce wylądowały deski, na deskach postawiono drabinę. Z drabiny fatalnie się podłącza lampy, kto robił, ten wie. W ostatni szczebel drabiny wetknięto znów deski. Konstrukcja, której nie powstydziłby się żaden cyrk. Na szczycie balansowało dwóch elektryków. Płacono im od wykonanej pracy, nie od godziny.
Wchodzimy więc. A on patrzy. Patrzy, patrzy. Twarz mu się zmienia w maskę. Powoli odwraca się w moją stronę, a cygaro, które zawsze palił, zwisa z kącika ust. Widocznie przykleiło się na ślinę toczącą się mu z ust. Jak w greckiej tragedii uniósł rękę wskazując konstrukcje i ludzi zawieszonych pomiędzy wyłącznikiem nadprądowym z cewką wydmuchową, transformatorem, dławikiem i pewną śmiercią.
“Why? What? Hell, they… Uh?”
Wzruszyłem ramionami. Jego mózg przetłumaczył to na “That’s how we roll, bitch!”. Zamknął oczy. Elektrycy skończyli, zburzyli budowlę i poszliśmy pić wino do lasku obok.
Grawitacja to coś, co przytrafia się innym
Dotarłeś do końca. Czas na nową przygodę.
Eri pokonuje korporacje ołówkiem. Czerski, Piotr dziwi się światu. Waglowski prawi o prawie. Maciej występuje w roli służbisty ateistyczno-sceptystycznej religii. Patryk maca się z technologią. Piwnice i trywialne informacje w tę stronę. Vontrompka, czyli komentarz psychodeliczny.
Są też tacy, którzy gadają. O filmach, scepty-cyźmie, japońskich bajeczkach. Nie zapomnij też, że trzeba rozumieć popularną naukę.
December 19th, 2008 at 00:22
Uśmiałem się, dzięki :)
Ale, ale – też kiedyś robiłem fizycznie (kto nie robił, ten nie zna życia, czy jakoś tak). Z polskiego epizodu pamiętam niewiele, ale w Niemczech remontowałem burdel. Dokładnie. Turecki.
December 19th, 2008 at 00:24
Bo Polak potrafi!
Naprawdę, najwięksi magicy z jakimi miałem kontakt to budowlańcy/goście od wykończeniówki.
Copperfield to przy nich tandetny oszust karciany.
December 19th, 2008 at 10:44
Przednie :)
Ze sztuczek panów fizycznych: Najemnym pracownikiem w zakładzie kartonażu i tektury będąc, miałem ja i znajomi robole za zadanie ładowanie tirów po brzegi odpadem tekturowym na miejscu dojazdu ważonym. Zadanie dodatkowe: ładować trza było tekturę suchą, czyli o jakieś 1000% lżejszą, niż tektura mokra, która na miejsce dojazdu dojechać miała w wyżej wymienionym stanie. Dopchnąć też trza było co się zowie, by miało co nasiąkać. W środku lata, w największym upale, tektura ładowała się za pomocą między innymi moich ramion mocarnych sucha. Tego samego dnia, w tych samych warunkach pogodowych na miejsce docierała mokrusieńka i ciężka, że bardziej nie można. Zaprawdę powiadam Wam – chuj z ekwilibrystyką na drabinach czy innymi pogromcami Copperfielda. Wywołanie miejscowych ulew to jest dopiero boska moc! Albowiem Polak potrafi…
December 19th, 2008 at 19:03
Idealny cykl wpisów przed świętami! Przed każdą biesiadą “u cioci na imieninach” czy inszej wigilijnej wieczerzy.
December 19th, 2008 at 23:28
@Radek
To sarkazm? Bo mam dziś wyłączone czujniki. ;-)
December 21st, 2008 at 12:22
@ Emil
Nie, wprost przeciwnie :) Na każdej rodzinnej biesiadzie, z tej czy innej okazji, takie historie pojawić się muszą. No i mają one swój specyficzny… urok.
December 21st, 2008 at 12:23
@Radek
Ach. Nie uczęszczam na “rodzinne biesiady” więc wydawało mi się, że to szpila. ;)
December 14th, 2010 at 21:39
Great information. Your news has become one of my daily websites to visit. I will add this news to my new information.