Bronikowski.com - Emil Oppeln-Bronikowski: Kod & Słowa

Skip navigation

Bronikowski.com G+

Wszyscy powieszeni w galerii

Posted in Pan ma teraz relaks | 4 Comments

Ostatnie dwa dni pomagałem w przygotowywaniu instalacji artystycznej potrzebnej mojej przyjaciółce do obrony pracy dyplomowej. Dziś miałem okazję nadziać się przemykające się po korytarzach gromadki profesorów, którym przypadło zadanie przepytania dyplomowych petentów z „co autor miał na myśli” i „ile sztuki w sztuce”. Zawsze zastanawia mnie, co można powiedzieć o kolekcji fotografii wykonanych szerokokątnym obiektywem.

Kiedy ktoś pyta mnie o motywy wyprodukowania kawałku tekstu lub zdjęcia zwykle wymieniam „fajne”: fajne kolory były, fajny pomysł miałem, było fajnie. Kiedy słucham studenta, odpowiadającego na pytanie o swoje dzieło mam wrażenie, że odpowiedź „zrobiłem, bo mi się podobało” jest praktycznie przyznaniem się do amatorstwa, a może nawet umysłowej cepelii. Jak to? A gdzie dramat ludzkości na przełomie wieku? Galopujący dysonans przecięty czarnym ostrzem monochromatycznej fotografii?

Aleksandra Korszuń

Nie słucham nigdy zbyt długo, cierpię na schorzenie, które można opisać jako cyniczna empatia. Czuję wewnętrzne konwulsje słuchając umysłowego galopu artysty, to moja empatyczna część. Ta cyniczna widzi, że to taki teatr pozorów: pytania są tak samo bez sensu, jak i odpowiedzi. I znów przełączam się na empatię: czuję, że wszyscy robimy się tu w chuja.

Jestem sceptyczny co do procesu tworzenia, który sugeruje takie odpytywanie. Nikt nie myśli: wykonam pięćset, może sześćset kroków, a kiedy usiądę na ławce, to będzie spacer do parku. Przespacerowałem się w ramach protestu przeciwko zanikającej zieleni miejskiej, co łatwo odczytać z faktu, że siedzę w parku i palę fajkę.

Bez wątpienia wszystko ma swoją myśl założycielską. Nie jest to zwykle coś wybitnego, coś, co jest gotowe do podania wprost z mikrofali. Raczej kawałek pomysłu, który rzucasz na stół i okładasz swoim artystycznym narzędziem tak długo, aż przez przypadek lub w wyniku „skradzenia” dostateczniej ilości dobrych, już wykonanych, pomysłów masz coś swojego. Teraz możesz do tego dopisać mit i już masz sztukę, a nie hobby!

Przykładowo, moja poprzednia notka o pamięci. Emil staje w obliczu przemijającego życia, które jest odmierzane przez cyfrowe serwisy archiwizujące bezlitośnie jego porażki. A tak na serio: idąc do domu, zapisałem to „zdanie”.

Notatka z Keep

Ktoś pomyśli, że jestem niesprawiedliwy wobec sztuki. To samo myślałem kiedyś na zajęciach z plastyki. To był tydzień, czy może miesiąc, pierwszych prób wyłożenia ekoświadomości młodym ludziom, którzy nie mogą dawać mniejszego faka. Praca miała mieć oczywiście temat związany ze zmianami w ekosytemie. Spędziłem dobre 40 minut, walcząc z najbardziej żałosnym zestawem farbek, które składały się głównie z kurzu i wody. Pracowałem uczciwie, a siedzący obok mnie przyjaciel gadał coś o masturbacji albo Terminatorze. Może o obu rzeczach naraz. Kiedy pani plastyczka rzuciła „proszę pokazać prace”, Marcin umoczył pędzel w czarnej farbie i w przeciągu dziesięciu sekund narysował słońce, razem z oczkami i buzią, która była wykrzywiona.

– To oddasz? – zapytałem.
– Jasne, wkurwione słońce – odpowiedział.

Stał za mną w kolejce do oceny. Trzymałem mój malunek, który ze względu na ilość wody, miał kształ blachy falistej i równie dobrze komunikował ekologiczne zagrożenia. Dostałem trzy plus. Podszedł Marcin i usłyszałem:

„Cóż za ekspresyjne dzieło, nie myślałem, że potrafisz patrzyć tak perspektywicznie, Marcinie. Ciemne słońce niszczy naszą planetę, niejako w geście zemsty! Piątka!”

Może noszę tę zadrę zbyt długo w sercu. Może sztuka to totalna bzdura.

Pamięć absosmutna

Posted in Pan ma teraz relaks | 6 Comments

Im bardziej przyszłość staje się naszą teraźniejszością, tym mniej przeszłość zostaje w cieniu historii. Brzmi jak bełkot, prawda? To moja hipoteza, którą wydumałem, robiąc ostatnio porządki na dysku laptopa.

Emil sprzed 25 lat istnieje głównie w podaniach i na kilku zdjęciach uwieczniającego go jako uczestnika zdarzeń. Emil sprzed dziesięciu lat zostawił już lepiej widoczny odcisk. Kilka rzeczy, które budował, działają do dziś. Różne serwisy archiwizujące zawartość Internetu pozwalają wydłubać jakieś doskonale suche teksty.

Emil sprzed roku, około popołudnia, szedł sobie w kierunku Castoramy, witając pierwszy prawdziwie wiosenny dzień 2013. Mogę nie tylko sprawdzić jego „każdy krok”, ale nawet zerknąć na to, co widział.

śniek

Wracając do sprzątania na dysku, ważyłem poszczególne foldery w Dropboksie. Katalog Camera Upload, którego chyba nigdy wcześniej nie otwierałem, ważył kilka giga. Zerknąłem do środka, wybrałem pierwsze zdjęcie z brzegu i zacząłem rytmicznie naciskać spację.

Impreza za imprezą, wyjazd za wyjazdem, przeprowadzki biura, spotkania i rozstania. Uwiecznione, poukładane, z metadanymi wskazującymi długości i szerokości geograficzne. Wiele rzeczy, których nie warto pamiętać, kilka, które wolałbym zapomnieć.

Nie tylko zdjęcia i mapy powodują, że mogę postawić znak równości między wczoraj a dwa lata temu. Każdy serwis internetowy buduje sobie awatar na moje podobieństwo i stara się, abym pamiętał.

„Cześć, jestem kolejnym śmieciowym e-mailem z LinkedIn. Chcesz się może zakumplować z tym gościem, co robiłeś biznes, który tak spektakularnie się wyjebał? Nie? Przypomnę Ci pojutrze!”.

„Możesz znać także: Była dziewczyna, chłopak byłej dziewczyny, uciążliwy kolega z dawnych lat, który ciągle stara się zaprosić cię na piwo, mimo że nie masz mu nic do powiedzenia”.

W dyskusji o prywatności pojawia się czasem opinia, że należałoby dać obywatelowi opcje do „bycia zapomnianym”. I jest to bardzo słuszna koncepcja, mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałyby moje cyfrowe wspomnienia, gdyby przez całe moje nastoletnie życie każdy mógł strzelić mi fotkę, nagrać klip, a każda sprzeczka została zarchiwizowana w brzuszku Faceboga.

Nic nie stoi też na przeszkodzie, żebym wyłączył synchronizację zdjęć, żebym wyłączył usługi lokalizacyjne na telefonie, kasował z kontaktów ludzi, z którymi nie mam zamiaru się już stykać. Przynajmniej nic racjonalnego. Irracjonalny facet w mojej głowie mówi, że „w przyszłości się może przydać” i obaj wiemy, że to kłamstwo, ale na tyle dobre, że mogę w nie uwierzyć.

Idealnie zachowana historia zabija nostalgię. Pamiętasz, jak w przeszłości byłeś szczuplejszy, ładniejszy, pisałeś bardziej ambitny kod i mniej piłeś? No, fotografie i repozytorium kodu mówią co innego.

W rysunkach satyrycznych często używana jest postać, która otoczona armią butelek „pije, by zapomnieć”. Postuluję zmianę puenty: „Pije, bo pamięta.”

Krótki róg

Posted in Pan ma teraz relaks | 8 Comments

drogaDlugaJest

Nosiłem się z zamiarem napisania wielkiego tekstu o piłce nożnej. Ilekroć wracałem do tego pomysłu, z notatnika przyglądały mi się litery, które układały się w wielkie „nie uda się raczej”. I raczej się nie udało. Nie umiem skompresować tej wiedzy – jakże zbytecznej – otwierając truizmem o popularności sportu wynikającej z niewielkiej ilości sprzętu potrzebnego do jego uprawiania (podpowiem: starczy piłka), wplatając w to opis holenderskiego futbolu totalnego, przecinając studium socjologicznym o stadionowym chuligaństwie, i kończąc – no, nawet w notatkach nie dobrnąłem do zakończenia.

Mogę jednak napisać o jednym.

Większość z nas zaczyna karierę piłkarską od aklamacji dowolnego placu, którego nachylenie nie przekracza „TIR by nie podjechał zimą”. Po aklamacji dzielicie się na dwie drużyny, a w tych drużynach na role. Jak wszyscy neofici padacie ofiarą narracji sukcesu. Aby uzyskać prawdopodobny skład takiego kolektywu należy policzyć uczestników, usunąć z tak uzyskanego zbioru jednego, a potem nazwać ich wszystkich napastnikami. Napastnik, szpica, snajper, dziesiątka. Każdy chce być dziesiątką, Messim, Pele, Ronaldo, twarzą z okładki, katem drużyny przeciwnej. Tą jedną osobą, którą wyjęliśmy poza nawias, jest bramkarz.

Bramkarza bardzo często rekrutuje się z nizin koleżeńskich. Ktoś za gruby, za brzydki, za chudy, ktoś, kto nie ma dobrych jeansów i jest raczej na doczepkę. Czasem, w sytuacji gdy wszyscy napastnicy-bramkostrzelcy zajmują zbliżoną pozycję w grupie wprowadzany jest system rotacyjny: co gol nowa ofiara.

Zostałem bramkarzem raczej w wyniku tego pierwszego. Miałem za to ukrytego asa w rękawie: zawsze chciałem być bramkarzem.

Chciałem być bramkarzem, bo nikt nie chciał być bramkarzem. Dla kogoś, kto unika konfliktów taka opcja wydaje się być manną z nieba. Byłoby jednak niesprawiedliwe, gdybym pominął wkład dziadka, który opowiadał mi o chłopakach z okolicy, którzy „stali na budzie”. O Młynarczyku, o Tomaszewskim. No i Genzo Wakabayashi.

Nie pamiętam szczególnie tych pierwszych meczy. Jestem pewien, że nie wiedziałem, co robię. Jednak robienie czegoś źle z olbrzymim uporem powoduje, że stajesz się lepszy. Po latach dochodzę do wniosku, że właśnie ten brak lęku przed kompromitacją w obliczu nowego był kiedyś moim zbawieniem.

Czym jest bycie bramkarzem? Najbrutalniej ujmując jesteś zawodnikiem, którego jedynym celem jest zablokowanie skórzanej kuli zanim przekroczy ona swoim całym obwodem linię narysowaną za prostokątem o wymiarach 7 metrów i 32 centymetry szerokości na 2 metry 44 centymetry wysokości. Musisz to robić zdecydowanie i starać się jak najmniej przy tym ucierpieć.

Jedno i drugie jest niemożliwe.

opi_hitBycie bramkarzem ma wbudowany fatalizm. Nie jest pytaniem, czy ktoś cię pokona, tylko kiedy. I jak wielka będzie przy tym twoja wina. Ten stary żart o saperze, który myli się tylko raz, zupełnie się nie przekłada. Podczas meczu możesz pomylić się nie raz, często katastrofalnie w skutkach. A im bardziej się mylisz, tym bardziej się wkurwiasz. A im bardziej się wkurwiasz, tym bardziej się dekoncentrujesz. I popełniasz kolejne błędy.

Nadchodzi jednak moment, kiedy to wszystko zaczyna nabierać sensu. Dla mnie tym momentem była pierwsza parada. Nie był to jakiś wybitnie mocny strzał i nie leciał daleko ode mnie. Pomyślałem do siebie „TERAZ!” i przewróciłem się w kierunku piłki z wyciągniętą ręką. Lecąc zamknąłem oczy. Piłka, jak to ma w zwyczaju, po napotkaniu ręki ubranej w najmodniejsze rękawiczki budowlane skradzione ojcu odbiła się i spokojnie wytoczyła na rzut rożny. Otrzepałem się i napotkałem wzrok kolegów z drużyny. Ktoś powiedział: Zrobiłeś to jak prawdziwy bramkarz!

Jak prawdziwy bramkarz!

Do dziś czuję, że to jedyny komplement składający się z słów „jesteś jak prawdziwy X”, który mogę przyjąć bez cynizmu. Wprowadziłem na nasze boisko Nową Jakość: bycie piłkołapem nie było już tylko zajęciem dla leszczy. Bycie bramkarzem znaczyło, że odbijasz piłkę w powietrzu!

Nigdy nie zaszedłem daleko w mojej sportowej karierze. Nie urosłem na tyle żeby być efektywny1, nie byłem wystarczająco utalentowany, no i ostatecznie bitwę o mój czas wygrał komputer. Nigdy jednak nie zapomnę urywków meczy.

Kiedy wybiega na ciebie zawodnik przeciwnej drużyny, twoja obrona właśnie odkrywa, że to nie był najlepszy czas na dłubanie w nosie, a ty masz tylko te ułamki sekund na decyzję i piętnaście metrów kwadratowych obramowanej dziury do zakrycia. Więc biegniesz jak idiota, starając się wcisnąć pod buty napastnika tylko po to, żeby zobaczyć, jak unosi nogę do strzału. Piłka trafia cię jak pocisk i rykoszetem spada pod nogi drugiego z przeciwników, który podążył za atakiem. Pół pełznąc, pół idąc, na czworaka starasz się dopaść piłkę przed nim.

Zdeprymowany zawodnik, widząc nawiedzonego wariata pełznącego w stronę piłki, strzela z całych sił i chybia. Kładziesz się wtedy twarzą do ziemi i wdychając pełne płuca piasku myślisz do siebie: „kurwa, ale się udało”.

I chwile mniej chwalebne. Kiedy biegniesz po linii, mając w głowie potencjalną interwencję i nagle ktoś posyła piłkę w drugą stronę. Jesteś przegrany. Martwy. Prawdopodobnie strzelą ci też gola. Stanąłeś na „wykroku”, cały ciężar twojego ciała spoczywa na nodze, która nie jest teraz potrzebna do interwencji. Nigdy nie zdążysz na czas. Obserwujesz mijającą cię piłkę i łudzisz się, że jej adresat spieprzy tak jak ty. Ale nie. Strzela. Skurwysyn strzela piętką. Miał wystarczająco czasu, żeby się ogolić i zjeść obiad.

Najgorzej jednak dostać piłkę „za kołnierz”. Wybiegłeś przed pole bramkowe, chcąc przeciąć podanie, i nagle znajdujesz się w sytuacji, gdzie strzelec ma wystarczająco czasu, żeby posłać piłkę parabolą. Piłka minie cię w najwyższym punkcie i spadnie do bramki. I choćbyś nawet spektakularnie wybił się w powietrze, wyciągnął się jak struna i rozczapierzył palce, to piłka cię minie. Możesz też spróbować obrócić się i zacząć biec w kierunku gola, ale wygląda to komicznie i prawie nigdy nie działa.

Bycie bramkarzem jest jak bycie człowiekiem. Wszystkie twoje błędy zostaną wytknięte z nawiązką, wszystkie sukcesy będą uznane za „robiłeś, co do ciebie należy”, część porażek sprokurowali ci leniwi koledzy, a prawdziwa chwała przypada nielicznym.

Lepiej zostańcie napastnikami.

Tekst poszedł bez kurekty. Do tego nie działa mi połowa klawiszy i spędziłem część nocy czekając aż będę mógł napisać ‘t’ lub ‘h’. Frustrujące. Korektę przyjmuję drogą elektroniczną, aKorekta baj Kya + Shot. Za wszystkie przecinki i leterówki przepraszam z całego serca. Jeżeli lubicie historie z boiska to możecie rzucić okiem na inną notkę, Lato.

  1. choć mam o tym ciekawą anegdotę, którą może opowiem innym razem []

Jedni pchają, inni ciągną

Posted in µGeek | 7 Comments

Rozważmy hipotetyczną sytuację: chcemy się napić z kolegą. Sytuacja ta jest hipotetyczna dla części z Was, dla innych to czwartek, 11:30. Mamy dwa scenariusze.

Scenariusz pierwszy

Wsiadasz w komunikację miejską, pokonujesz n przystanków. Wysiadasz. Wchodzisz na klatkę i łomocesz do drzwi. Kolega otwiera, a na pytanie o wspólne picie mówi, że jeszcze od wczoraj mu nie zeszło. Wracasz więc do domu, rzucasz palto i czekasz cały kwadrans. Zakładasz palto i wsiadasz w komunikację miejską. Wysiadasz, klatka, a kolega nadal to samo. Jaki debil.

Wracasz, wstawiasz wodę, zjadasz torebkę Sagi i wpijasz duszkiem wrzątek. Kierowca komunikacji miejskiej kiwa Ci głową i pyta, czy tam, gdzie zwykle. Tam. Tym razem nikt nie odpowiada. Jedziesz do szpitala na płukanie żołądka po herbacie Saga. Wsiadasz w komunikacje miejską, siedzący obok Syzyf kręci głową z dezaprobatą.

Dwa dni później kolega otwiera ci i zaprasza szerokim gestem. Wypijasz kolejkę i wsiadasz po kwadransie w komunikację miejską.

Scenariusz drugi

Wsiadasz w komunikację miejską, pokonujesz n przystanków. Wysiadasz. Wchodzisz na klatkę i łomocesz do drzwi. Kolega otwiera, a na pytanie o wspólne picie mówi, że jeszcze od wczoraj mu nie zeszło. Mówisz

– To weź zadzwoń jak ogarniesz, OK?
– Dobra

Kolega dzwoni i jedziesz się napić.

Pierwszy scenariusz ssał, nie tylko jako sposób na życie, ale także jako metodologia. W podobny sposób zachowuje się wiele aplikacji klienckich.

  1. Odczekaj interwał
  2. Sprawdź, czy jest nowa poczta
  3. Jest? Jeśli jest, zapisz. Nie? Idziesz na start, nie otrzymujesz $200.

W drugi przypadku mówimy o Push. Pewnie zauważyliście, że Wasz mądrytelefon albo tablet piszczy niecierpliwie natychmiast po otrzymaniu wiadomości? To dlatego, że serwer po otrzymaniu informacji, które są dla konkretnego klienta informuje go o tym fakcie. Nie ma więc interwału pomiędzy przychodzącą wiadomością, a „świadomością” klienta o tym fakcie.

Gdybyście projektowali jakąś prostą aplikację, gdzie jest wyraźny podział między częścią serwującą dane, a klientem możecie wprowadzić proste modyfikacje, które pozwolą Wam uniknąć tej całej komunikacji publicznej via TCP/IP.

Serwer powinien móc zapisać ścieżkę „do oddzwonienia” dla konkretnego klienta. Kiedy pojawia się nowa informacja, serwer opakowuje nowe dane i przesyła je do klienta, który może natychmiast zareagować. Przykładowy dialog:

– Klient: Dzień dobry, to moje dane autoryzacyjne
– Serwer: OK, widzę. Czego?
– K: Jak pojawi się coś dla mnie to zapamiętaj, że masz to wysłać na http://bronikowski.com/flaszka/
S: Pamiętam. Idź już.

A potem:

– S: O, są nowe informacje o flaszkach, których wg dostępnych logów nie słałem do klienta. Gdzie to słać? A, tam.
– K: O, dane!

Notkę napisałem głównie żeby się zawstydzić, bo znów zaprojektowałem coś, co robi Pull. Jestem leniwym i durnym draniem, ale to już wiedzieliście.

16 do zajezdni

Posted in Pan ma teraz relaks | Leave a comment

Wsiadam. Jedzie do domu. Przystanek przy białym kościele. Dwóch pijanych zrywa się do wyjścia. Trzeci siedzi. Próbują go przekonać, że jego dom jest geograficznie usytuowany w przeciwną stronę do ruchu tramwaju.

Negocjacje trwają. Po dwóch minutach wreszcie udaje się przekonać najbardziej zawianego, wysiadają a my ruszamy. Propsy dla motorniczego za cierpliwość.

Przystanek przy MNC. Tylimi drzwiami się gramoli się kolejna parka. Ten mniejszy szybciej, ten większy wolniej. Kiedy większy osiąga ostatni stopień grawitacja wygrywa i zaczyna wypadać przez drzwi, głową do tyłu.
Jego kompan łapie go za marynarę, a ja rzucam się ze środka tramwaju i wciągam go za rękę.

Uratowany ewidentnie uważa tę interwencję za zniewagę i chce się bić. Mówię, że nie mam czasu (wysiadam za dwa przystanki). Siedzący przede mną facet uśmiecha się i wymieniamy jakieś niezobowiązujące uwagi na temat przypierdolenia potylicą o przystanek.

Dobijam do mojego przystanku, razem ze mną wysiada rozmówca. Podchodzi do mnie, klepie mnie po plecach i mówi:

- Masz refleks!
- No, trochę mam.
- Pewnie grałeś w ping-ponga.

A Ty (prze)siej: imapfilter

Posted in µGeek | Leave a comment

Co jest najlepszą rzeczą na świecie? Zgnieść swoich wrogów, zobaczyć ich u Twoich stóp i Inbox Zero. – Konan z księgowości

Uwielbiam e-maile. Czytać, ale przede wszystkim pisać. Dla poczty elektronicznej byłbym w stanie poświęcić wszystkie inne usługi.

Jakiś czas temu jechałem gdzieś pociągiem i wdałem się w konwersację o przedstawieniu teatralnym Terminator II, który używa wyimków ze sztuk Szekspira do opowiedzenia znanej wszystkim historii o gołym robocie w barze dla motocyklistów. Debatowałem z amerykańskim Koreańczykiem z Bostonu. Za każdym razem wyobrażałem sobie jak te dane zapieprzają po dnie Oceanu, te wszystkie EHLO i RCPT TO. Robię się niepoprawnie romantyczny wobec technologii, która zbliża ludzi i pozwala im się kłócić o trywialne popkulturowe rzeczy.

Do dziś mam w szpargałach swój pierwszy e-mail, który wysłałem do autora gry Fundation, Paula Burkey’a.

Ponieważ tak wysoko cenię sobie moją skrzynkę prowadzę nieustanną walkę o jej godność i cześć.

Ostatnio ostatecznie porzuciłem Gmaila jako operatora mojej prywatnej skrzynki1. Zmiany w UI, a przede wszystkim zmiany w edytorze wiadomości nie pozwoliły mi zostać. To jak uczyć się całe życie kaligrafii i otrzymać kredkę świecową złamaną w ¾ długości i papier toaletowy do robienia notatek.

To zrodziło jeden problem: filtrowanie wiadomości.

Skrzynka u Googla rozwiązywała problem. Ustawiasz filtry i bez względu na sposób dostępu do e-maili (IMAP, czy też aplikacja) wszystko było „na miejscu”. Zwykłe konta pocztowe nie posiadają takiej funkcjonalności, a przy liczbie urządzeń na których czytam pocztę konfigurowanie wszystkich klientów byłoby robotą głupiego. Na szczęście rozwiązałem ten problem już jakiś czas temu: imapfilter to małe narzędzie napisane w Lua, które pozwala na „zdalne” filtrowanie kont pocztowych. Z małym, nerdowskim twistem.

Gdybym popatrzył w Wasze filtry to pewnie trafiłbym na większość w formacie:

„Jeżeli nadawcą jest X przesuń do Y”

To oczywiście sprawdza się doskonale dla ludzi, którzy nie biorą swojej poczty tak serio, jak ja. Na ten przykład przeczytane wiadomości zalegające w skrzynce są mi obrzydliwe. Tak samo jak wybieranie ich jak rodzynków z ciasta i zanoszenie do folderu z archiwum. I tu wchodzi nerdowski twist, plik konfiguracyjny imapfilter to po prostu kawałek kodu w Lua. To praktycznie taki DSL do filtrowania wiadomości.

current_year = os.date("%Y")
target_archives = "Archives." .. current_year
private.INBOX:select_all()
old = private.INBOX:is_seen() * private.INBOX:is_older(1)
old:move_messages(private[target_archives])

„Hej, znajdź mi wiadomości w Inboksie, które są przeczytane i starsze niż z dziś, rzuć je do Archives.2013 jeśli jest 2013, dzięki ziom.”

Czy macie święte soboty? Ja mam. W sobotę mam tylko jeden tryb, „pierdolę, nie robię”. Wskaźnik nieprzeczytanych e-maili spędza mi jednak sen z powiek. Na szczęście:

day_of_week = os.date("%w")
if day_of_week == 6 then
gtfo = work.INBOX:is_unseen()
gtfo:move_messages(work['GTFO'])
end

Macie klienta, który pisze do Was na niewłaściwy adres? Jeżeli oba konta są zdefiniowane w konfiguracji możecie przesunąć e-mail pomiędzy skrzynkami. Jedyne ograniczenie cudów, których możecie dokonać ze swoją skrzynką to wasza wyobraźnia i znajomość Lua.

Tak, to znaczy, że nie ma limitów.

Wraz z pakietem imapfilter przychodzi konfiguracja, którą można bez problemu zaadaptować na swoje potrzeby. Jeżeli macie tak jak ja i spędzacie dużo czasu rozwiązując problemy, które nie istnieją poza waszymi głowami to macie zabawę, na przynajmniej jeden dzień. Jeżeli uważacie, że nie ma nic głupszego niż spalać godziny życia na budowanie systemów filtrowania poczty, które dałyby pierwszą erekcję panu Rube to potraktuj to jako krótką przygodę z Lua.

Dokąd stąd?

  1. mam dwa adresy e-mail, jeden dla wszystkich, drugi dla bliższych osób []

Widzę szuje więc szyfruję: encfs

Posted in µGeek | 4 Comments

Wróćmy na chwilę do szyfrowania. Pisałem niedawno1 o kryptografii asymetrycznej i GPG. W artykule wspominałem jak kłopotliwym problemem w kryptografii jest system, który da się „odemknąć” znając tylko jeden sekret: hasło. Niestety, w normalnych okolicznościach zawsze dochodzi do zderzenia między ideami a rzeczywistością. Wyrazem tego ilorazu jest narzędzie, które chciałem dla Was pokrótce opisać.

encfs to krypto-pseudo-system-plików w przestrzeni użytkownika.

Rozwijając nieco to karkołomne zdanie, encfs umożliwia stworzenie wirtualnego napędu przez każdego użytkownika systemu, który nie został pobłogosławiony przez administratora systemu pełnymi prawami (nie jest w /etc/sudoers, nie zna hasła roota). Wszystkie pliki umieszczone w folderze zamontowanym przez encfs podlegają szyfrowaniu przy użyciu klucza, którym jest hasło ustawione przez użytkownika.

Praktycznie znaczy to tyle, że folder źródłowy zawiera pliki, których zawartość jest nie do odczytania dla osób postronnych2.

Kiedy pierwszy raz trafiłem na to rozwiązanie pomyślałem, że będzie to praktyczne rozwiązanie pozwalające mi ukryć moje pliki wideo w których dinozaury pieprzą samochody3 przed oczami postronnych osób, które trafią przypadkowo na mojego laptopa. Później zdałem sobie sprawę z jeszcze lepszego zastosowania: szyfrowanie danych w Dropboksie.

Dropbox używa szyfrowania danych, ale osobiście znajduję ich zabezpieczenie bezużytecznym: to oni mają klucze. Wiemy to z absolutną pewnością: gdyby nie mogli zerknąć do naszych danych nie mogliby też zbudować interfejsu webowego, gdzie mamy do nich dostęp. Bez względu na rodzaj stosowanej kryptografii Dropbox jest sejfem, który ma klucz pod wycieraczką.

Natura encfs daje nam idealne narzędzie, które możemy połączyć z Dropboksem i ukryć przynajmniej część informacji. Dodatkowym plusem jest fakt, że tak współdzielony katalog możemy bez problemu zamontować na drugim komputerze, a zmiany dokonane na nim propagują się idealnie.

encfs jest zwykle dostępny w repozytoriach Dobrych Dystrybucji. Może działa też na OS X via homebrew. Pewnie nie działa na Windowsie.

Po instalacji musimy się upewnić, że nasz użytkownik ma dostęp do grupy fuse. Możemy to sprawdzić w następujący sposób:

$  groups
emil cdrom floppy audio dip video plugdev netdev fuse scanner bluetooth

Teraz nie pozostaje nam nic innego jak stworzyć nasz szyfrowany system plików:

tmp $ encfs /tmp/zrodlo /tmp/szyfrowany_dysk4
Katalog "/tmp/zrodlo/" nie istnieje. Utworzyć? (y,n) y
Katalog "/tmp/szyfrowany_dysk" nie istnieje. Utworzyć? (y,n) y
Tworzenie nowego zaszyfrowanego wolumenu.
Proszę wybrać jedną z pośród niżej podanych opcji:
 wprowadź "x" aby uruchomić tryb konfiguracji eksperta,
 wprowadź "p" aby wybrać preinstalowany tryb paranoiczny,
 jakikolwiek inny znak, lub pusta linia spowoduje wybranie trybu standardowego.
?> p

Wybrano konfiguracje paranoiczną.

Konfiguracja zakończona. Tworzony system plików
będzie miał następujące własności:
Algorytm szyfrujacy system plików: "ssl/aes", wersja 302
Kodowanie nazwy pliku: "nameio/block", wersja 3:0:1
Długość klucza: 256 bitów
Rozmiar bloku: 1024 bajtów, włącznie z 8 bajtami nagłówka MAC
Każdy plik zawiera 8-bajtowy nagłówek z unikatowymi danymi IV.
Filenames encoded using IV chaining mode.
File data IV is chained to filename IV.
File holes passed through to ciphertext.

[...]

Nowe hasło EncFS: 
Potwierdź hasło EncFS: 

Wybrałem konfigurację paranoiczną i Wy też powinniście. Manualna konfiguracja jest dla ludzi, którzy nie mają nic lepszego do roboty. Wolumin jest już zamontowany i szyfruje. Wszystkie pliki przegrane do /tmp/szyfrowany_dysk zostają odtwarzane w swojej zaszyfrowanej formie w /tmp/zrodlo.

tmp $ cd /tmp/szyfrowany_dysk/
szyfrowany_dysk $ dmesg > dmesg.txt
szyfrowany_dysk $ ls -l dmesg.txt 
-rw-r--r-- 1 emil emil 54881 gru 15 21:24 dmesg.txt
szyfrowany_dysk $ cd /tmp/zrodlo/
zrodlo $ ls -l
razem 56
-rw-r--r-- 1 emil emil 55329 gru 15 21:24 ppfVDlRysmXqpOOqaolF2kF7

A jak spiąć to z Dropboksem?

$ encfs ~/Dropbox/myp0rn ~/Documents/VeryImportant

I ot, cała magia. Jesteście teraz w posiadaniu „bezpiecznego” folderu, który może podążać za Wami ze wszystkimi plikami, który nie pokazalibyście Waszym Matkom.

Ta notka miała być moim debiutem w świecie demonstracji audio-wizualnych. Niestety po raz kolejny stchórzyłem słysząc własny głos. Pozostał mi tylko nieprzycięty i niemy materiał na którym demonstruję wszystko, o czym pisałem wyżej.

Możecie pobrać plik źródłowy lub rzucić okiem na YouTube.

EDIT (2014-3-12): Niezależny audyt EncFS wskazuje kilka problemów z aplikacją.

  1. „niedawno” biorąc pod uwagę cykl wydawniczy tego internetowego czasopisma []
  2. „nie jest” to oczywiste kłamstwo, zawsze mogą Wam połamać palce prosząc o hasło []
  3. Wujek Dobra Rada: nie googlajcie []
  4. zwróć uwagę, że ścieżki być absolutne []

Kocpiskr

Posted in Pisanina, µGeek | 9 Comments

Działo się to w najlepszej z krain. Krainie, gdzie pomarańcze są wielkie jak głowy, a głowy obywateli też są większe, wypchane pomysłami. Niedaleko granicy, w przytulnym studio pełnym kreatywnego rozgardiaszu, wygodnych foteli i sieci bezprzewodowych o identyfikatorach tak pomysłowych, że od śmiechu bolała głowa, pomieszczenie biurowe podnajmował biedny właściciel firmy rozbiegowej. Nasz bohater nie miał na świecie nikogo – żadnego mentora, żadnego kapitalisty wysokiego ryzyka, nawet liczbę ludzi w jego sieciach społecznościowych można było policzyć na palcach jednej ręki.

Niezrażony tym budził się ze snu, by zapadać w sen na jawie, sen o przyszłych sukcesach jego platformy do sortowania grochu: Kocpiskr. Wiedział, że każdy, nawet najmniejszy krok przybliża go do celu, dlatego z pokorą przyjmował przeróżne prace, do których zmuszali go inni właściciele firm rozbiegowych. Właściciel studia zamykał go czasem na noc w budynku, by produkował slajdy do prezentacji dla innych rozbiegowych firm, w które zainwestował ciężko odziedziczone dolary. Siedział więc tak, załamywał ręce, bo musiał pracować z PowerPointem, a brzydził się używać plebejskiego systemu Windows i pisał, składał, podkręcał memetyczność, wklejając rozmaite zdjęcia kotów.

Nigdy nie otrzymał za to słowa podzięki, nikt nie zaoferował mu swojej wizytówki.

Nocami, gdy zbierało mu się na łzy, czytał notki na blogach innych rozbiegowców, a tytuły mamiły przyszłością: „Twój pierwszy milion klientów”, „Podnoszenie cen zwiększyło dochód”, „Jedyna droga to IaaPaaSoM”1. Och, być jak oni, ci, którym się choć trochę udało!

Pewnego pięknego dnia gruchnęła wiadomość: władca lokalnego inkubatora innowacyjności organizuje wielki bal, na którym będzie można poznać przyszłego inwestora. Wszyscy z dostatecznie dużą listą e-mailową powinni stawić się na wezwanie. Zapanował straszny rozgardiasz: chętni rozbiegowicze wydzierali sobie z ręki o numer za małe koszulki, potłuczono kilka par okularów bez szkieł, bardziej zaskoczeni próbowali po cichu i w kącie zapuścić w ekspresowym tempie ironiczny zarost. Gdy wiadomość dotarła do autora Kocpiskr, który dziś dostał wyrok pracy w kuchni, jego serce zabiło szybciej. Teraz albo nigdy!

Kiedy nakrywał do stołu dla innych najemców studia, zatrzymał się na chwilę przy gospodarzu. Ten zmierzył go od stóp do głów i szczeknął: Tak?

Bo ja – zaczął stremowany – chciałem też iść na bal, ten w lokalnym inkubatorze. Wydrukowałem nawet wizytówki – wyciągnął zza pleców szare zawiniątko i trzymał je przed sobą jak tarczę – i chciałbym poznać kogoś, kto pomógłby mi w rozwiązaniu światowego problemu nieprzebranego grochu.

Wydech.

Właściciel ułożył twarz w grzeczny gryśmiech, grymas uśmiechu, który komunikuje, że następne słowa, jakie wypowie, nie będą ani zabawne, ani nawet uprzejme.

– Ho ho, ty? Ukaż no nam swoją stronę, na której lądują żądni rozwiązań klienci! Ile masz nazwisk na swojej liście do beta testów? Słyszeliście? – zwrócił się do niemrawo zbierającej się gromady – Gość chce iść z nami!

– Jako kto? Rozbiegowicze nie potrzebują takich ludzi jak ty. Prawda, że napisałeś Kocpiskr w PHP? Ma sens, chujowy projekt w chujowym języku! – ocenił lokalny ekspert od estetyki programowania – Czasem miną tygodnie zanim napiszę jedną linię kodu. Sztuki nie należy popędzać! Na ramieniu, oprócz syrenki i kotwicy, wytatuował sobie maksymę swojego życia: „Code is poetry”. I wszystko, co koduje, się mu rymuje. Największy jednak jest ambaras, by nazwa klas była tej samej wody, co nazwy metody.

I gdy ośmieszała go lewa strona stołu, prawa zanosiła się śmiechem. Tak samo po zmianie polaryzacji. Na końcu było coś o tym, że nigdy nie znajdzie kapitalisty wysokiego ryzyka, z którym mógłby podzielić się akcjami, ale on już nie słuchał, myślami był przy rozbiegowym samobójstwie, spokojnej pracy w biurze pośród plotek i romansów, gdzie największym problemem jest odwieczny katar przekazywany sobie między działami.

Kiedy zapadł zmierzch, budynek opustoszał. Przy jednym ze stołów świeciła się lampka, przy nim siedziała zmęczona postać, która przeciągała palcem po zostawionej przez resztę liście TODO. Na brzegu stołu stał otwarty laptop. Odpalony edytor, niedokończona linia w index.php błyszczała na czerwono. Niedomknięty nawias, brak średnika.

– Ach, gdybym mógł iść na bal – westchnął do siebie – zamknąłbym wszystkie nawiasy, ponaprawiał wcięcia, miałbym cel.

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Potem drugi. I głośne przeklinanie. Bohater podszedł do drzwi, przyłożył ucho i – nie słysząc dalszych hałasów – uchylił lekko.

Na progu stał jakiś facet i przyglądał się uważnie podeszwie swojego buta. Stojąc w tej pozycji, uniósł głowę i powiedział z wyrzutem:

– Co się pan gapisz, w gówno wdepnąłem.

– Kim pan jest, jeśli wolno zapytać?

– Możesz mi mówić Dem. De jak Deus, E jak Ex, Em jak Machina. Agencja pracy bezpośredniej zatrudnia nas do, jakby to powiedzieć, przekładania zwrotnicy torów, po których toczą się losy bohaterów. Chyba. Przynajmniej to mam w umowie-zleceniu.

– Aha.

– No tak właśnie. I chciałbym Ci pomóc, oferując to, co mogę najlepszego.

– Czyli?

– Praktycznie nic. Inni mają w budżecie sportowe samochody z warzyw i wyszukane ciuchy, ja osobiście specjalizuję się w cynicznych monologach. Pozwolisz, że zacznę od razu, jest późny wieczór, człowiek chciałby się napić i nie myśleć o pracy.

Dem przestąpił próg i pociągnął młodego kodera za rękaw, usadził go na pierwszym fotelu, wyciągnął papierosa, zapalił i przez chwilę popatrzył pół metra nad głowę swojej ofiary, jakby rozważając, gdzie najpierw ma zatopić nóż szczególnie cynicznej uwagi.

– Po pierwsze myślicie, że wypadliście samemu Stwórcy spod ogona. Holy shit. Każdy z was, ty tu i oni tam, myślą, że świat na serio potrzebuje ich wkładu. Nie, nie myślicie; macie niezbitą pewność, że świat byłby dużo gorszym miejscem bez was. Ta pewność bije z was jak promienie gamma, niszcząc wszystko dookoła, a gdy zbieracie się do kupy, to eksplodujecie jak wielka bomba atomowa sloganów. Mitologię zmyślacie na bieżąco, czerpiąc z nieistniejących mitów lub dobrze zatuszowanych fałszerstw. Nawet nie jesteście tak utalentowani, jak o sobie myślicie. Zobacz, napisałeś pieprzony formularz. Używając przeglądarki, której byś nie stworzył, która działa na systemie, którego nie rozumiesz, który używa protokołów, których byś nie zaprojektował, używając sprzętu, który w ogóle wymyka się świadomości. Ciężko sobie wyobrazić większą bufonadę niż ludzi ślizgających się po powierzchni cudzych dokonań, ludzi mających przekonanie, że to oni tak naprawdę to wszystko domknęli. Postawili kropkę i podpisali się zamaszyście. Jak wojskowa parada dzieci z obdartymi galotami, trzymających swoje pistolety-patyki dumnie prężących piersi do orderów za bohaterskie czyny. Jak podwórkowe drużyny walczące na rynku transferowym, gdzie twardą walutą są kapsle. Że też wam łby nie jebną pod naporem zmyślonej wagi waszych dokonań.

Dem wzruszył ramionami, dając znak, że to koniec. Potem zaciągnął się szybko papierosem i dał znak dłonią, że jeszcze chwila.

– I wiesz co, ja nie wiem, po co ty tu w ogóle siedzisz? Kazali ci zostać? Przecież w oczach Stwórcy wszyscy jesteście równi, oscylujecie w okolicach zera. Idź, zabaw się, rozdaj wizytówki, poszalej. Nie potrzebujesz strojów, nie potrzebujesz zaproszeń, musisz być tylko arogancki. Ale pamiętaj! – Dem uniósł palec ku niebu – Wróć przed dwunastą!

– O dwunastej czar pryśnie?

– Nie, ktoś tak nieobyty nie da rady dłużej wśród zawodowych pijaków. Zapamiętaj moje słowa.

Za Demem zamknęły się drzwi. Dało się zza nich jeszcze usłyszeć ostatnie bluźnierstwo i odgłos szurania butem z podeszwą w gównie.

Taksówka zatrzymała się przed oświetlonym budynkiem. Dookoła przelewała się rzeka ludzi. Z boku stała kolejka do promocji – rejestracja w serwisie za darmową toksykologię krwi. Przez otwarte drzwi słychać było wrzawę. To podekscytowani, pijani ludzie handlowali pomysłami.

Wizytówki przemykały z rąk do rąk. Ludzie łączyli się w pary i przyciszonym głosem rozmawiali o niszowych rynkach będących w zasięgu ręki. Ktoś położył dłoń na ramieniu nowoprzybyłego.

– Kocham, kurwa, fasolę. Fasola, człowieku, to są konopie 2014!

– Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił, jestem autorem Kocpiskr, platformy do liczenia grochu. To moja wizytówka.

– Groch, fasola czy jebane mandarynki, detale. To wszystko są strąkowce.

– Są?

– Niech się o to martwi marketing! Tu chodzi o bycie pierwszym na rynku. Widzę w tobie przyszłość, mój chłopcze. Z kimś takim mogę nawet zatańczyć piwota.

– Zatańczyć piwota?

– Choćby i jutro. Cokolwiek. Groch nie idzie? Robimy jeb, ciach, zostawiamy backend, robimy frontend i uruchamiamy subskrypcję na cokolwiek.

– Jak to, na cokolwiek?

– Cokolwiek, rzuć jakiś okropny pomysł!

– Szklane pantofelki?

– Idealne! Zero przepuszczalności powietrza, wywrotka może się zakończyć przecięciem kilku żył, nie da się ich naprawić. A my je co?

– Co?

– A my je pakujemy w slogan: dla aktywnych i odważnych, robimy miesięczną subskrypcję i wartość dodaną, ubezpieczenie, którego można użyć u ortopedy. Win-kurwa-win!

– To bardzo dobry pomysł – ale co z liczeniem grochu? Chciałem się skupić na tym.

– Nie możesz się tak przywiązywać do jednego pomysłu, zrób MVP, niech, ja wiem, coś liczy. I dalej dobrniemy. O, zobacz, która to godzina. To co, po kolejeczce pod ten deal?

Ranek wdarł się przemocą do świata naszego bohatera. Najpierw zlokalizował się na mapie świata. Przy maksymalnym zbliżeniu były to krzaki. W rękach trzymał wizytówki. Rozpoczął powolną drogę do pozycji wyprostowanej i jeżeli można coś powiedzieć, to tyle, że poszło mu lepiej niż Australopitekowi. Rozejrzał się powoli. To będzie długa droga do domu.

Po tygodniu poszukiwań inwestorzy go odnaleźli. Linię szklanych pantofelków kupiło Yahoo!

Jeżeli podobał ci się ten kawałek tekstu możesz zbadać Dramat 2.0. I jeszcze praprzyczyna notki.

  1. Infrastructure as a Platform, as a Service, on Mobile []

Automaty i empatia

Posted in Pisanina | 14 Comments

Pisałem program magazynowy. Dziś też piszę i przypomniało mi się, że pisałem. Pomiędzy magazynem, farbiarnią i produkcją ginął materiał. Całe bele materiału. Kierownictwo chciało sobie ten problem jakoś poukładać i wymyślili, że może wgląd w obecne stany i nazwiska ludzi odpowiedzialnych za daną operację pozwoli im wyłowić, kto gubi te setki złotych. Przyjechałem z notatnikiem, zapisałem ich biznesowy „kejs”, przespacerowałem się po pomieszczeniach, powiedziałem, że wpadnę za dwa tygodnie z jakimś prototypem, żebyśmy mogli dalej.

Wpadłem, potem pojechałem. Minął miesiąc, drugi, trzeci i ostatecznie miałem coś, na czym można było przeprowadzić szkolenie. Pierwszy etap, magazyn surowców, mieliśmy gotowy do wdrożenia. Usiadłem w konferencyjnej, wymieniłem uprzejmości z dwoma szefami, zrobiłem im krótką demonstrację; podali kawę i słone paluszki, czekaliśmy na pracowników, których miałem szkolić.

Wreszcie pojawił się główny magazynier. Bardzo wysoki i szczupły, prawie tyczka obleczona w niebieskie ubranie robocze, ściskał w rękach kapelusz i nerwowo obracał go za rondo, jak klisza „chłop u jaśniepaństwa”.

Posadziłem go przed komputerem i zacząłem tłumaczyć koncepty: tu jest nawigacja, tu jest sesja, hasło i użytkownik, stany, „proszę się nie martwić, tu wspieramy transakcje” i kiedy tak mówiłem, moje samozadowolenie rosło. Gdy już unosiłem się balonem nad mahoniowym stołem, zobaczyłem, jak szkolony przeze mnie pracownik próbuje użyć myszki do przesunięcia wskaźnika. Zrozumiałem, że przez ostatnie pół godziny mogłem mówić w innym języku, uzyskując identyczny rezultat. Trochę wystraszony sytuacją, w jakiej się znalazłem, spróbowałem podejścia bezpośredniego: wskazywałem palcem elementy, opisując je, a potem mówiłem, co należy zrobić dalej. Szło okropnie.

Magazynier cofnął nagle krzesło, odwrócił się w kierunku stołu, zza którego moje wysiłki edukacyjne podziwiali szefowie i powiedział: „Panie prezesie, czterdzieści lat pracuję na magazynie, ja się tego nie nauczę. Proszę mnie zwolnić. Przepraszam, proszę mnie zwolnić. Do widzenia.” – wyszedł, zostawiając mnie zamrożonego z palcem uniesionym w kierunku monitora, na którym pewnie wskazywałem ważną ikonę. Po chwili jeden z prezesów, widząc moje totalne zagubienie, podszedł do mnie, poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że nic się nie stało, że będzie ciężko i że zadzwoni, jak obgada sprawę z pracownikami.

Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, ale mimo zatrudnienia młodego pomocnika, który miał zdjąć z magazyniera obowiązek walki z techniką, projekt upadł. Tamtego dnia straciłem do niego wszelki zapał; pierwszy raz poczułem, że moje grzebanie w literkach ma realne przełożenie nie tylko na stan mojego konta, ale także na życie ludzi, których mogę nawet nigdy nie spotkać i jego jakość.

Innym razem pisałem wyszukiwarkę prostytutek. Śmiałem się z przyjaciółmi, że jak robię zrzut bazy, to mam jak w Matriksie: „brunetki, blondynki, rude”. Kolor włosów był jednym z parametrów wyszukiwania. Do dziś pamiętam spotkanie z klientami, którego elementem była ożywiona dyskusja, jak oznaczymy rozmiar piersi. Literkami, numerami? Ktoś rzucił, że „mieszczą się w dłoni” –­ nie śmiałem się, ale powiedziałem „ha ha”.

Tak sobie myślę: czy my, autorzy tych różnych gówienek, mamy w ogóle jakiś kod moralny? Gdzie jest nasze „po pierwsze nie szkodzić”? Czy powinienem pośrednio wspierać stręczycieli tylko dlatego, że jestem krok dalej i robię tylko zapytania SQL? Czy w micie programisty-kowboja, który sam jest sobie prawem, sądem, katem i debuggerem, jest miejsce na jakieś zawodowe rozterki? I nie mówię tu o osobach, które parają się pisaniem malware czy innego draństwa, mówię o „dobrych gościach”, którzy spokojnie piszą kod robiący komuś gorzej.

Ktoś pisze te filtry internetu, ktoś pisze kod budujący fantomowe profile na Facebooku, ktoś implementuje behawioralne pułapki w grach typu „pierwsza działka za darmo”.

Może nadszedł już czas (albo nadszedł tak dawno temu, że nawet taki gość jak ja zaczyna zauważać problem), żeby popytać wśród nas samych: „czego nie zakodujesz za pieniądze?” i zastanowić się nad popularnymi pozycjami? Mam przeczucie, że głoszenie moralności w softwareowym El Dorado nie spotka się z pozytywnym odzewem.

Zostaliśmy handlarzami broni, ale nie wyglądamy tak dobrze w garniturach.

1UP or STFU

Posted in µGeek | Leave a comment

tuscany

Kolejny gorący weekend.

Nie będzie dziś notki (bo dopiero w ¼ wklepana), nie będzie widea, nie będzie nawet listy artykułów do czytania, bo niczego nie czytałem w tym tygodniu. Nie zostawię was jednak samych sobie!

Weekendowe dni idealnie nadają się do spacerów po zacienionych parkach. Do towarzystwa może przygrywać wam muzyczka. Na ten przykład ze znanych gier.

1UP or STFU: na Spotify lub rdio.

Emil czyta #3

Posted in Emil czyta | Leave a comment

emil

Odcinek trzeci, spóźniony. Poszedłem z Bartkiem na długi, dwudziestokilometrowy spacer i zrobiłem sobie dziurę w nodze. Dziura boli mnie brakiem, a braku nie mogę zapełnić nawet mocnymi proszkami. Dlatego od razu przepraszam, że zdania będą poszarpane.

„Baer’s Odyssey: Meet the serial inventor who built the world’s first game console”

Słowo „innowacja” odmieniane jest przez wszystkich marketingowców. O! Innowacja! Kogo, czego nie ma? Innowacji. Jednym, tak jak bohaterowi artykułu, przychodzi ona łatwiej niż innym.

„We Are a Creative Agency Specializing in All Your Branding Needs.”

Agencja kreatywna „Syzyf” podejmie się każdego zadania.

„On Getting Drunk in Antarctica”

Co mogę dodać do tytułu, który mówi „O Chlaniu Na Antarktyce”? Na zdrowie i nie sikajcie na dworzu pod wiatr.

„J.K. Rowling and the Chamber of Literary Fame”

Dobra wiadomość: jakość nie przekłada się na widownie, brakuje Ci głównie szczęścia. Zła wiadomość: brakuje Ci głównie szczęścia.

„Fuck the Super Game Boy”

Pięcioczęściowa seria artykułów o konsoli Super Game Boy. Od sprzętowo-programistycznych sztuczek pozwalających uzyskać więcej niż cztery kolory na ekranie po powód, dla którego należy go pieprzyć.

„Top Myths of Renaissance Martial Arts & Swords”

Bullshido, ale na miecze.

W następnym odcinku: wideo!1 Próbuję od dwóch tygodni przełamać się i zostawić ścieżkę dźwiękową z moim głosem. No nie da się. W następnym następnym odcinku długi, dydaktyczny tekst o Chmurze. Wcześniej leki przeciwbólowe na bazie opiatów.

  1. wideo!!11omgwtf []

Emil czyta #2

Posted in Emil czyta | 4 Comments

Witajcie w drugim, możliwe że ostatnim, odcinku „Emil czyta”. I od razu praktyczna porada: nie biegajcie z butelką piwa i tabletem w tej samej przegródce torby/plecaka. Nie wiem ile lat nieszczęść sprowadza stłuczony ekran, ale z pewnością nie ułatwił mi zebranie tej listy.

„Open Waters”, Simon Winchester

Esej o Oceanie. Oceanie jako kolebce życia, grobie statków, wielkim nieznanym.

„Alan Moore: the revolution will be croud-funded”, Scott Thil

Autor takich klasycznych komiksów jak „Watchmen” i „V for Vendetta” wierzy w moc sprawczą Kickstarterów i niezależność autorów.

„Nothing like this will be built again”, Charles Stross

Podróż w paszczę reaktora atomowego.

„The Animator”, Michael Slater

Fantastyczny esej o Dickensie, znawcy londyńskiej mgły i organizatorze związków zawodowych otwieraczy mięczaków.

„On Git’s shortcomings”, Peter Lundgren

Jaki jest Git każdy widzi. Z pozycji ludzi o filozofii podobnej do Linusa wygląda jak miliard dolarów. Inni będą kręcić nosami na niektóre rzeczy.

„If Films Were Reviewed Like Video Games”, Dennis Farrell

Najważniejsze, że frame-rate w ostatnim przeboju był stabilny, a aktorzy nigdy nie wychodzili z kadru.

„Historia niebieskiej tasiemki”, Michał Łaszczyk

Sport wyczynowy to 90% treningu, 10% szczęścia i jakieś 17% guseł, zaklęć i fatalnej voodoo medycyny.

„Prison Break”, Karrie Jacobs

Nie wiem nic o architekturze. No, może te kolumny i rozety. Nieforemna perła. Artykuł próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy architekci powinni projektować więzienia. Zawsze fascynuje mnie, gdy ktoś na serio próbuje podjąć dyskusję o etykę zawodową. W tym świecie pytanie „czy powinniśmy?” wydaje się prawie nie na miejscu. Chyba, że uściślone „za ile?”.

„Your First Short Story Speaks”, Peter Kispert

Odradzam czytanie tego tekstu ludziom, którzy bawią się w pisanie.

„I Look Good in My Pork Pie Hat”, Ryan O’Neill

To są teksty dla których żyję. Nic nie wnoszące, trzy piąte zmyślone, teksty o kapeluszach.

Mods

Hej, mamy 2012! ...a Twój Internet Explorer ma już ponad 10 lat!

Zaktualizuj natychmiast przeglądarkę lub zainstaluj którąś z alternatywnych:

...po czym wróć na naszą stronę :)