Author Archive for Emil Oppeln-Bronikowski

SSL, OpenSSH, OpenVPN — w Debianie się da

Wczoraj załatano bardzo poważną dziurę w systemach wywodzących się z Debiana, no i oczywiście w samym Debianie. Zmiany wprowadzone przez jednego z developerów Debiana spowodowały zwiększenie prawdopodobieństwa wystąpienia klucza, który nacierający mógł zgadnąć.

Do załatania systemu nie wystarczy tylko aktualizacja pakietu. Wszystkie klucze w systemie należy podmienić wszystkie klucze wygenerowane przez zepsutą paczkę SSL-a.

Dla OpenSSH ssh-keygen będzie Waszym przyjacielem.

Piszę o tym tu, bo zadziwiająca ilość ludzi, z którymi wczoraj rozmawiałem, nie czyta żadnych security advisory (co jest lekko przerażające).

Z systemu sobie zakpimy

Twoje miasto jest otoczone pajęczyną utkaną z kamer przemysłowych. Za każdą siedzi człowiek-pająk czekający aż zrobisz coś, za co mógłby Cię zjeść. Jesteś muzykiem, ale nie stać Cię na nagranie teledysku. Czujesz już to?

Kapela Get Out Clause użyła systemu. Ustawiali się z instrumentami w rozmaitych miejscach Londynu i pozwalali się nakręcić szpiegowskim oczkom. Potem, używając Data Protection Act, wymusili na nagrywających ich instytucjach wydanie materiału.

Teledysk? Teledysk. Piękne? Piękne.

Bawi, uczy, wychowuje [technologia!]

Wiele bardzo dobrych blogów napisało o tym, że Google tłumaczy już z języka obcego na polski i w drugą stronę. Ociągałem się z rzuceniem okiem na nową zabawkę ze stajni Wielkiego Gie (jakże dwuznaczne może być to stwierdzenie, prawda) aż nastała noc i mogłem poświęcić swój nic niewarty czas na klikanie.

Zabawa była przednia. Nic lepiej nie pokazuje jak dobra technologia pomagająca nam zrozumieć francuski wpis o rebelii w dzielnicach biedy, przytaczająca cytaty (w oryginale z Koranu) może być obrócona w żart.

Oto kilka wyimków z Bronikowski dot com w wersji dla miłośników Szekspira.

Gods raczą know.

Waiter kindled zapałkę on my table and drawing pogniecionego peta from behind his ear half wykaszlał, half wychrypiał: “He will not be with the Lord gadał. As the Lord saw, it said, what you ordered.

Well, you know, that Apple applies scientific approach to its “międzymordź.”

Your telephone gada to the network, then - as now go forth from the office - phone gada to transmitters.

Ziarnko to grain and Orange odmierzy you measure.

For now, I had szpadel and kopałem hole.

Skupmy on the fourth point.

People in kajdankach przechodzili metamorphosis. From threats to łkania. From łkania to threats.

“Can you sell me a cigarette?” - Poczęstowałem it so.

As I have the opportunity to pocket szpilę fellow-fans-Apple, it always wbijam.

under the magnifying glass to a second graphics and zerknie as those kropeczki beautifully poukładane.

Obliczyłem ratio weny to irritation and stated that already, and so did not do anything. “Give them!” - Krzyknąłem.

In an era of logic “is not segreguj, search”

Always nurtowało me a question

Your Inboks it could frighten small children.

Unfortunately, even good tool can be raped by inappropriate use.

Thung went calmly podbijając points knowledge of CSS - Pio wrote a system that had to be placed so long ago, it now negotiates with wnuczkiem client, a client turned himself in kupkę powder.

And I must śmieję. Yes, nieczuły with me drań. Empty gestures are fun, and so the final result that I have to look quickly wipes his nose and to refrain from accepting fluids.

Oczywiście — nabijam się. Niektóre kawałki tekstów są przetłumaczone całkiem sensownie i prawdopodobnie — przy odrobinie zapału — natifspiker może zrozumieć o co mi chodzi. Tłumaczenia, jak kobiety: wierne nie są piękne, piękne nie są wierne. Automatyczne są hilarystyczne.

Zamknij się!

Wiem, że to robisz. Czasem, gdy już Twoje zawodowe życie uspokaja się, usadawiasz się w fotelu, odchylasz głowę i myślisz. Myśli płyną wolno i tworzy się obraz czegoś doskonałego, czegoś co zrobisz za chwilę. Nagle drzwi otwierają się i wchodzi Twoja partnerka1 życiowa.

“Pamiętasz, że za tydzień są urodziny Jana Żyto” — “Kogo?” — odpowiadam wyrwany z głębokiego zamyślania. “Pana Żyto, spotkałeś go kiedyś na imprezie i tak sobie pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć o jego urodzinach.”

Nie wiedziałem, czemu chciałbym wiedzieć, ale nie chciałem się upierać i mruknąłem coś pod nosem.

“Będziesz czytał tę gazetę?” — pokazała mi coś, co kupiłem w kiosku z nadzieją przeczytania jednego artykułu. Pokręciłem głową przecząco. Partnerka wzięła zamach i rzuciła mi gazetę na biurko. “Ten raport? Te zdjęcia z wakacji, które chciałeś przebrać?” Zanim odpowiedziałem kolejna porcja makulatury ze świstem wylądowała na moim biurku.

Zaczynałem się irytować. Nie dość, że muszę tego wysłuchiwać, to jeszcze moje biurko zaczyna przypominać scenę wypadku, w którym udział brały śmieciarka i ściana. Ściana cała w plakatach.

“Przyszła też do Ciebie poczta” — powiedziała, wieszając się mi na ramieniu.

“Niech zostanie tam, gdzie jest, później przejrze” — na wpół mówiąc to, na wpół wysapując poprawiłem się znów w fotelu licząc, że wena całkowicie mnie nie opuściła. Na chwilę zapadła cisza. “Trzy listy” — usłyszałem — jeden ze śmieszną kopertą. Obliczyłem stosunek weny do irytacji i stwierdziłem, że już i tak niczego nie zrobię. “Dawaj je!” — krzyknąłem.

Jeden okazał się listem, w którym znajomy pisze, że nie miał czasu napisać mi listu, więc zadzwoni. Drugi był drukiem bezadresowym więc podarłem go od razu nie oglądając. Ostatni okazał się zaproszeniem na spęd hodowców chomików “Hermetyczny Heniek”.

“Dzisiaj w telewizji mówi…”

“Zamknij się” — krzyknąłem — “zamknij się wreszcie!”

Scena domowej przemocy? Nie, nie. To Ty i Twój komputer. To Twój komputer, który co chwila zalewa Cię bezsensownymi informacjami: o poczcie, uderzającej właśnie INBOX, o RSS-ach, których nie masz czasu czytać. Dacie, wydarzeniach na miesiąc do przodu, o pojawieniu się znajomych na komunikatorze — znajomych ostatni raz widzianych 7 lat temu.

Obserwuję czasem komputery ludzi. Są ludzie — absolutni fani wszystkich wtyczek, widgetów i innych przeszkadzajek podających im stany procesora, baterii, pamięci, pamięci wymiany, dni do końca prezydentury Lecha Aleksandra Kaczyńskiego.

Nie zdajemy sobie (chyba) do końca sprawy, jak to wpływa na naszą pracę z pudłem. Co chwila nasza myszka dryfuję w stronę ikonki. Nasz okres skupienia zaczyna przypominać amfetaminową jazdę dziecka z ADHD. Klik, klik, klik. Czy ktoś zadaje sobie pytanie o ważność tych informacji? Bądźmy szczerzy, większość z nich to coś, co świetnie wchodzi z kawą i pączkiem — nie coś, co pasuje w pracy.2

A biurko? Przyglądaliście się kiedyś Waszym pulpitom? Jak wielu z Was przesiąkło nawykiem ściągania i zapisywania rzeczy na desktop (aka Pulpit) bo ’szybciej znajdę’ i/lub ‘nie zapomnę o tym’. Jeżeli systemy chcą dostarczyć metafory biurka, na którym pracujecie, to pracujecie w śmietniku.

W czasach logiki “nie segreguj, wyszukuj” — gdzie oprogramowanie takie jak Spotlight, Beagle czy Tracker mogą znaleźć dowolny plik po parametrach takich jak wielkość, czas utworzenia i ilość kawy wypitych przed stworzeniem pliku, pedantyczne układanie kupek dokumentów nie musi mieć sensu. Ale dlaczego układać je na widoku, wprost na swoim biurku?

Zrzut ekranu dzięki uprzejmości thunga

O co mi w ogóle chodzi? Sprzątnijcie trochę Wasze cyfrowe życie. Będziecie szczęśliwsi, spokojniejsi i komputer przestanie być źródłem irytacji.

  • Większość z Was ma własne domeny, w których trzyma pocztę (Kierzko ma siedemset trzydzieści cztery, ale tylko w trzystu czternastu trzyma pocztę) — załóżcie sobie kilka kont. Jedno do pracy, gdzie pisują klienci. Dzięki temu nie będziecie dostawać e-maili o wycenach i propozycjach do sobotniej kawy. Drugi dla przyjaciół. Pozbędziecie się w pracy informacji o świeżo zakupionej butelce whiskey i ‘zabawnych’ plików PowerPointa, których i tak nigdy nie czytacie. Trzecie na ham, listy dyskusyjne i inne śmieci. Pilnujcie się schematu, a debili nie potrafiących zapamiętać adresu filtrujcie sami.
  • Wywalcie przeszkadzajki. Nie, nie musisz wiedzieć jaka jest pogoda za oknem dzięki obserwacji górnej belki. Wystarczy podejść do okna i wyjrzeć. Nie musisz wiedzieć, że Twój komputer pracuje już 4h, masz 8 maili i 412 nieprzeczytanych RSS-ów.
  • Komunikatory. To samo co z e-mailem (inny JID w pracy, inny w domu) i edukacja znajomych. Ludzie wychowani przez GG są wytresowani do ignorowania statusów. Wbijcie do głowy ludziom, że DND znaczy ’spier!’, że Away znaczy ‘jestem na fajce przed budynkiem’, że Online znaczy ‘nawijaj, ziom’. A ‘disconnected’ to nie znaczy, że ‘jestem ukryty’. Ludzi upierdliwych, ignorujących Twoje DND wyrzucaj z listy.
  • RSS. Przeprowadź prosty test na sensowność utrzymywania feedu3: Czy czytałeś choć raz przez ostatnie pięć dni? Czy przez ostatni miesiąc widziałeś tam coś, co uznałeś za dobre? Jedno ‘nie’ na te dwa pytania powoduje usunięcie kanału z czytnika. Pozbyłem się w ten sposób dziesiątków feedów i zyskałem trochę czasu i dużo spokoju (nie czuć tego ciśnienia, że ‘mam coś nieprzeczytanego’)
  • Desktop. Jeżeli przytrafia Ci się krążyć strzałką nad pulpitem i mruczeć ‘Mmmm…’ do siebie, to znaczy, że szukasz czegoś, co tu rzuciłeś — rzuciłeś tu, żeby szybciej to znaleźć. FAIL. Masz za dużo śmieci. U mnie w Crontabie siedzi taka linijeczka: @reboot rm -rf ~/Desktop/* — kasuje ona zawartość pulpitu. Co tam leży nie jest warte zachowania, bo nie poświęciłem chwili, żeby to gdzieś wsadzić.

Nie jestem guru lajfhakingu, nie jestem kimś, kogo trzeba słuchać w sprawach zarządzania czasem. Jestem za to facetem, który z kłębka nerwów przepełnionych myślą ‘Muszę pracować, klienci mnie dopadną’ przez kilka miesięcy zamienił się w kogoś, kto znalazł czas tak na pracę, jak i na przyjemność. Kogoś, kto nie zatruwa się przed snem czytając pocztę z konta firmowego.

Dla wielu nerdów praca jest życiem, a komputer oknem na świat. Czasem trzeba użyć drzwi i wyjść.

Czego sobie i Wam — w tę piękną wiosnę — życzę.

  1. kobiety mogą sobie wyobrazić, że piszę o facetach, płeć nie gra tu roli, a ja wolę myśleć o kobietach []
  2. Należy pamiętać, że piszę z punktu widzenia programisty — sekretarka może mieć więcej krótkich zadań []
  3. wiem, że proszę się tym o wykopanie z Waszych czytników, ale co tam []

Dość walk na imprezie; równe szanse na dance

Nasze imprezy przebiegają według ustalonego planu. Jednym z żelaznych punktów jest walka o dostęp do komputera podłączonego do projektora celem przeforsowania własnych gustów muzycznych lub wyświetlanych klipów na YT. Czas mija, używki są konsumowane i coraz częściej w dialogach znajdują się takie zdania:

  • “Jeszcze jedno! Prrrroszę!”
  • “Puść mnie, puść mnie — właśnie sobie przypomniałem zajebisty kawałek, co chciałem Wam go dać do przesłuchania!”
  • “Ty <inwektywa>, ile jeszcze będziesz siedział przy komputerze na imprezie?!”
  • “O nie, znów <gatunek muzyczny>!”

Dziś trafiłem na link, który może nie rozwiąże problemów z tym kto kontroluje odgrywanie, ale odciągnie go od komputera (co pozwoli innym przejąć po czasie władze). Jest to maszap1 YouTube i Last.fm. Wchodzimy na stronę projektu Last.fm + YouTube2 i wpisujemy login do swojego profilu. System przeleci po Twojej liście odtwarzanych rzeczy i przygotuje odpowiednie teledyski dostępne na YT. Miód i orzeszki.

Podsumowując: Goście dostarczają swoje loginy na Last.fm (nieobecni głosu nie mają), gospodarz karmi nimi Last.fm + YouTube w odpowiednich interwałach. Mamy idealną sytuację gdzie wszyscy są jednakowo niezadowoleni. Nikt nie siedzi przy komputerze. Wszyscy siedzą przy whiskey.

Web2.0 zmniejsza poziom agresji i zwiększa spożycie alkoholu!

  1. trudne, ale piękne, polskie słowo []
  2. dlaczego nie nazwano tego youlaster czy jakoś łebdwazerowo? No maszap to przecież! []

81920 kropeczek w 256 kolorach

Nie będę próbował tłumaczyć czym była (czym jest teraz, nie wiem, nie uczestniczę w jej życiu od bardzo dawna) demoscena. Jedno jest pewne: demoscena grupowała ludzi, którzy nigdy nie uważali, że materiał ogranicza twórcę. Najlepszym przykładem byli graficy. Zanim każdy ściągnął swoją własną wersję Photoshopa zarejestrowaną na Jana Kowalskiego, zanim komputery zaczęły wyświetlać miliony kolorów w niesamowitych rozdzielczościach, świat miał do dyspozycji kilkaset piksli w X i Y.

Dziś to wszystko wygląda śmiesznie. Gdy przed chwilą udawałem się na polowanie za kilkoma grafikami sam zastanowiłem się, czy jest jak je pokazać. 320×256 to mniej, niż wyświetla mój telefon. Nawet ten głupi blogowy szablon ma aż 510px wolnego miejsca.

Może ktoś jednak weźmie sobie jedną czy drugą grafikę pod lupę i zerknie jak te kropeczki pięknie poukładane. To kiedyś było wyświetlane na pełnym ekranie mojego monitora podłączonego do Amigi. Dziś to tylko znaczki, trochę większe od ikon.

Oto kilka (nie mogłem znaleźć żadnego dobrego archiwum z pracami z tamtych lat) obrazków:

Cyclone:

ahne pappa

cindy and bert

hansel und gretel

mobile

springtime feelings

Madd i Mustafa:

fancy trip

onyx generation

underwater flava

Mustafa:

mystic inflence

you know gejst

Rork:

czarownik

Zaac:

trogne

Żałuję, że nie udało mi się na szybko znaleźć więcej (kto by pomyślał — czasy Internetu) i nie mogę Wam pokazać jakiś prac Caro, ale co zrobić. Mam nadzieję, że nawet w 2008 potraficie docenić brak warstw, filtrów, malutką paletę kolorów i to, że ktoś miał nad tym wszystkim kontrolę.

I co Ty na to, Eri? ;-)

Mam nadzieję, że używa do tego BCC:

From: Steve Ballmer
Date: May 3, 2008 5:17:30 PM PDT
To: “Microsoft - All Employees (QBDG)”
Subject: Withdrawal of Offer to Acquire Yahoo!

Było bicie się w klatę, były okrzyki wojenne i potrząsanie szabelką. Polecam przeczytać e-mail Krzesłorzuta dostępny na TC. Zawiera on idealną porcję bulszitu — w sam raz na znieczulenie się przed poniedziałkiem.

Bądź Zen z ZenBe.com

ZenBe.com to nowy system webmailowy. Webmail zwykle pachnie nudą i naśladuje desktopowe aplikacje w sposób tak nieudony, że żal go używać. Pierwszym graczem na rynku, który zmienił podejście ludzi do pocztowego międzymordzia, był GMail. Tagi, wyszukiwarka (przecież to Google, prawda?), UI umaczane w AJAX-ie, integracja jabberowego konta. Na tle GM webmaile o otwartym kodzie wyglądają jak coś, co napisaliśmy z kuzynem po pijaku, w jeden wieczór.

Teraz będzie jeszcze ciężej dla otwartych aplikacji. ZenBe wziął wszystkie dobre rzeczy z GMaila i dodał od siebie dodatkową warstwę lakieru i funkcjonalności.

Nie kusi mnie zwykle wygląd aplikacji, ale to, co projektanci zrobili z interface ZenBe po prostu powala. Lekki, pachnący wiosną, przewidywalny interface, który śmiga. Każdy element pasuje. Dawno nie widziałem tak ładnie przygotowanej aplikacji webowej. Od loginu po ostatnią zakładkę utrzymuje ten sam klimat.

Funkcjonalnie? Poczta zachowuje się tak, jak powinna. Pisanie1, odpowiadanie, tagowanie, nadawanie gwiazdek.

Kalendarz. Niesamowitym plusem jest tu filozofia ZenBe. “Wszystko w jednym oknie/tabie”. Powiecie, że przełączanie się na kalendarz w tabie to nie jest problem. Jest, kiedy nie trzymasz cały czas kalendarza. Wtedy trzeba poczekać, aż się  raczy załadować, sprawdzić coś i prawdopodobnie go zamknąć — skazując się na powtórzenie procedury.

Kalendarz funkcjonalnie jest zupełnie “kalendarzowy”. Importuje zewnętrzne kalendarze, ustawia nowe zdarzenia. W kalendarzu wiele nowego wymyślić chyba nie można. ;-)

Zakładka pliki — to jest dopiero łebskie. W zakładce tej możemy dzielić się dokumentami z innymi użytkownikami ZenBe2 — możemy też w wygodny sposób przeglądać wszystkie pliki jakie otrzymaliśmy e-mailem. Koniec z przekopywaniem się przez INBOX w poszukiwaniu “tego pliku PDF co go dostałem w czwartek czy może w zeszłym miesiącu”. Zdecydowany plus za ten ficzer.

ZenPages. Jak to opisać? Kreator maszapów? ZenBe pozwala nam stworzyć stronę z różnymi kontrolkami np. “Dyskusja” i “Galeria Flickr ‘Gołe Panie’” i udostępnić ją innym, tworząc wydzielone miejsce do dyskusji dla dużych i małych onanistów z Twojej listy kontaktowej. Co możemy dodać do takiej strony?

  • Mapy
  • Maile
  • Galerie Flickra i Picassy
  • YouTubowe wideo
  • Linki
  • Pliki
  • Kawałki kalendarza
  • Logi z rozmów z Google Talka

Uff. Gdybyś chciał poplotkować o e-mailu, który dostałeś od szefa będącego obecnie pod palmami (a kalendarz mówi, że jest na szkoleniach), a którego Flickrowe konto pokazuje skąpo odziane tancerki hula — masz wreszcie technologiczną możliwość. Zaproś kolegów z pracy, żonę i dzieci szefa do wspólnego tworzenia contentu.

Jeszcze coś? Integraca z Facebookiem, mała-i-użyteczna lista TODO.

Aplikacja jest oczywiście w stanie beta — niestety beta dzięki durniom dwa zero nie znaczy już absolutnie nic. Czego mi brakuje? W GMailu są bardzo dobre skróty klawiszowe i rozszerzenia do Fx uprzyjemniające życie. Trudno oczekiwać żeby ZenBe dorobiło się własnego środowiska użytkowników w dwa dni.

Czekamy na więcej tak napisanych i zaprojektowanych aplikacji.

  1. czy ktoś może wreszcie uświadomić twórców klientów pocztowych żeby nie ustawiali kursora na górze odpowiadanej wiadomości — sugerując top-posting? []
  2. co nie jest niczym niezwykłym []

Przenośny, bez kompromisów

Jestem fanbojem. Fanbojem i neofitą w jednym — rubensowsko wyskamkowanym — pudle. Uwielbiam ThinkPady. Jak mam okazję wbić szpilę kolegom-fanom-Apple, to zawsze wbijam.1

Oto reklamówka ThinkPada X300. Taka szpileczka. Oto trochę szczegółów o TP X300 z Gizmodo.

  1. Ale Wy i tak wiecie, że zasadniczo tylko dla żartów []

Nie idź do kina (to szatan wysyła e-maile)

Hipotetyczna sytuacja: wrzucasz na Blipie informację, że masz więcej biletów i czy ktoś chce się wybrać na film. Zgłaszają się ludzie, idziecie i oglądacie.

Druga sytuacja: piszesz na blogu, że wykupiłeś bilety na Iron Mana i urządzasz specjalny przedpremierowy pokaz. Czytelnicy za marnego dolara mogą zamówić swój bilet. Wszystko wygląda ślicznie, do dnia, w którym dostajesz C&D od prawników Marvela.

Następnym razem gdy zaprosisz kogoś do kina (czy jesteś dystrybutorem filmu?), postawisz mu kolejkę (masz zezwolenie na handel alkoholem?), obiad (zaświadczenie z SANEPID-u?) pamiętaj, że komuś może się nie podobać to, że mu płacisz!

Idę do biura “podystrybuować” trochę wiedzy z współwięźniami, ale nie mówicie nikomu, jeszcze mnie jakaś encyklopedia pozwie — wiedza też jest wartością jednostanowiskową.