Archive for the 'µGeek' Category

Z systemu sobie zakpimy

Twoje miasto jest otoczone pajęczyną utkaną z kamer przemysłowych. Za każdą siedzi człowiek-pająk czekający aż zrobisz coś, za co mógłby Cię zjeść. Jesteś muzykiem, ale nie stać Cię na nagranie teledysku. Czujesz już to?

Kapela Get Out Clause użyła systemu. Ustawiali się z instrumentami w rozmaitych miejscach Londynu i pozwalali się nakręcić szpiegowskim oczkom. Potem, używając Data Protection Act, wymusili na nagrywających ich instytucjach wydanie materiału.

Teledysk? Teledysk. Piękne? Piękne.

Dość walk na imprezie; równe szanse na dance

Nasze imprezy przebiegają według ustalonego planu. Jednym z żelaznych punktów jest walka o dostęp do komputera podłączonego do projektora celem przeforsowania własnych gustów muzycznych lub wyświetlanych klipów na YT. Czas mija, używki są konsumowane i coraz częściej w dialogach znajdują się takie zdania:

  • “Jeszcze jedno! Prrrroszę!”
  • “Puść mnie, puść mnie — właśnie sobie przypomniałem zajebisty kawałek, co chciałem Wam go dać do przesłuchania!”
  • “Ty <inwektywa>, ile jeszcze będziesz siedział przy komputerze na imprezie?!”
  • “O nie, znów <gatunek muzyczny>!”

Dziś trafiłem na link, który może nie rozwiąże problemów z tym kto kontroluje odgrywanie, ale odciągnie go od komputera (co pozwoli innym przejąć po czasie władze). Jest to maszap1 YouTube i Last.fm. Wchodzimy na stronę projektu Last.fm + YouTube2 i wpisujemy login do swojego profilu. System przeleci po Twojej liście odtwarzanych rzeczy i przygotuje odpowiednie teledyski dostępne na YT. Miód i orzeszki.

Podsumowując: Goście dostarczają swoje loginy na Last.fm (nieobecni głosu nie mają), gospodarz karmi nimi Last.fm + YouTube w odpowiednich interwałach. Mamy idealną sytuację gdzie wszyscy są jednakowo niezadowoleni. Nikt nie siedzi przy komputerze. Wszyscy siedzą przy whiskey.

Web2.0 zmniejsza poziom agresji i zwiększa spożycie alkoholu!

  1. trudne, ale piękne, polskie słowo []
  2. dlaczego nie nazwano tego youlaster czy jakoś łebdwazerowo? No maszap to przecież! []

81920 kropeczek w 256 kolorach

Nie będę próbował tłumaczyć czym była (czym jest teraz, nie wiem, nie uczestniczę w jej życiu od bardzo dawna) demoscena. Jedno jest pewne: demoscena grupowała ludzi, którzy nigdy nie uważali, że materiał ogranicza twórcę. Najlepszym przykładem byli graficy. Zanim każdy ściągnął swoją własną wersję Photoshopa zarejestrowaną na Jana Kowalskiego, zanim komputery zaczęły wyświetlać miliony kolorów w niesamowitych rozdzielczościach, świat miał do dyspozycji kilkaset piksli w X i Y.

Dziś to wszystko wygląda śmiesznie. Gdy przed chwilą udawałem się na polowanie za kilkoma grafikami sam zastanowiłem się, czy jest jak je pokazać. 320×256 to mniej, niż wyświetla mój telefon. Nawet ten głupi blogowy szablon ma aż 510px wolnego miejsca.

Może ktoś jednak weźmie sobie jedną czy drugą grafikę pod lupę i zerknie jak te kropeczki pięknie poukładane. To kiedyś było wyświetlane na pełnym ekranie mojego monitora podłączonego do Amigi. Dziś to tylko znaczki, trochę większe od ikon.

Oto kilka (nie mogłem znaleźć żadnego dobrego archiwum z pracami z tamtych lat) obrazków:

Cyclone:

ahne pappa

cindy and bert

hansel und gretel

mobile

springtime feelings

Madd i Mustafa:

fancy trip

onyx generation

underwater flava

Mustafa:

mystic inflence

you know gejst

Rork:

czarownik

Zaac:

trogne

Żałuję, że nie udało mi się na szybko znaleźć więcej (kto by pomyślał — czasy Internetu) i nie mogę Wam pokazać jakiś prac Caro, ale co zrobić. Mam nadzieję, że nawet w 2008 potraficie docenić brak warstw, filtrów, malutką paletę kolorów i to, że ktoś miał nad tym wszystkim kontrolę.

I co Ty na to, Eri? ;-)

Mam nadzieję, że używa do tego BCC:

From: Steve Ballmer
Date: May 3, 2008 5:17:30 PM PDT
To: “Microsoft - All Employees (QBDG)”
Subject: Withdrawal of Offer to Acquire Yahoo!

Było bicie się w klatę, były okrzyki wojenne i potrząsanie szabelką. Polecam przeczytać e-mail Krzesłorzuta dostępny na TC. Zawiera on idealną porcję bulszitu — w sam raz na znieczulenie się przed poniedziałkiem.

Bądź Zen z ZenBe.com

ZenBe.com to nowy system webmailowy. Webmail zwykle pachnie nudą i naśladuje desktopowe aplikacje w sposób tak nieudony, że żal go używać. Pierwszym graczem na rynku, który zmienił podejście ludzi do pocztowego międzymordzia, był GMail. Tagi, wyszukiwarka (przecież to Google, prawda?), UI umaczane w AJAX-ie, integracja jabberowego konta. Na tle GM webmaile o otwartym kodzie wyglądają jak coś, co napisaliśmy z kuzynem po pijaku, w jeden wieczór.

Teraz będzie jeszcze ciężej dla otwartych aplikacji. ZenBe wziął wszystkie dobre rzeczy z GMaila i dodał od siebie dodatkową warstwę lakieru i funkcjonalności.

Nie kusi mnie zwykle wygląd aplikacji, ale to, co projektanci zrobili z interface ZenBe po prostu powala. Lekki, pachnący wiosną, przewidywalny interface, który śmiga. Każdy element pasuje. Dawno nie widziałem tak ładnie przygotowanej aplikacji webowej. Od loginu po ostatnią zakładkę utrzymuje ten sam klimat.

Funkcjonalnie? Poczta zachowuje się tak, jak powinna. Pisanie1, odpowiadanie, tagowanie, nadawanie gwiazdek.

Kalendarz. Niesamowitym plusem jest tu filozofia ZenBe. “Wszystko w jednym oknie/tabie”. Powiecie, że przełączanie się na kalendarz w tabie to nie jest problem. Jest, kiedy nie trzymasz cały czas kalendarza. Wtedy trzeba poczekać, aż się  raczy załadować, sprawdzić coś i prawdopodobnie go zamknąć — skazując się na powtórzenie procedury.

Kalendarz funkcjonalnie jest zupełnie “kalendarzowy”. Importuje zewnętrzne kalendarze, ustawia nowe zdarzenia. W kalendarzu wiele nowego wymyślić chyba nie można. ;-)

Zakładka pliki — to jest dopiero łebskie. W zakładce tej możemy dzielić się dokumentami z innymi użytkownikami ZenBe2 — możemy też w wygodny sposób przeglądać wszystkie pliki jakie otrzymaliśmy e-mailem. Koniec z przekopywaniem się przez INBOX w poszukiwaniu “tego pliku PDF co go dostałem w czwartek czy może w zeszłym miesiącu”. Zdecydowany plus za ten ficzer.

ZenPages. Jak to opisać? Kreator maszapów? ZenBe pozwala nam stworzyć stronę z różnymi kontrolkami np. “Dyskusja” i “Galeria Flickr ‘Gołe Panie’” i udostępnić ją innym, tworząc wydzielone miejsce do dyskusji dla dużych i małych onanistów z Twojej listy kontaktowej. Co możemy dodać do takiej strony?

  • Mapy
  • Maile
  • Galerie Flickra i Picassy
  • YouTubowe wideo
  • Linki
  • Pliki
  • Kawałki kalendarza
  • Logi z rozmów z Google Talka

Uff. Gdybyś chciał poplotkować o e-mailu, który dostałeś od szefa będącego obecnie pod palmami (a kalendarz mówi, że jest na szkoleniach), a którego Flickrowe konto pokazuje skąpo odziane tancerki hula — masz wreszcie technologiczną możliwość. Zaproś kolegów z pracy, żonę i dzieci szefa do wspólnego tworzenia contentu.

Jeszcze coś? Integraca z Facebookiem, mała-i-użyteczna lista TODO.

Aplikacja jest oczywiście w stanie beta — niestety beta dzięki durniom dwa zero nie znaczy już absolutnie nic. Czego mi brakuje? W GMailu są bardzo dobre skróty klawiszowe i rozszerzenia do Fx uprzyjemniające życie. Trudno oczekiwać żeby ZenBe dorobiło się własnego środowiska użytkowników w dwa dni.

Czekamy na więcej tak napisanych i zaprojektowanych aplikacji.

  1. czy ktoś może wreszcie uświadomić twórców klientów pocztowych żeby nie ustawiali kursora na górze odpowiadanej wiadomości — sugerując top-posting? []
  2. co nie jest niczym niezwykłym []

Numerowanie wierszy w MySQL-u

Stanąłem przed prostym problemem. Mam trzy tablice: jedna zawierała definicje galerii, druga informacje, ostatnia elementy galerii. Chciałem wyświetlić galerie dla informacji. Odnośniki musiały być ponumerowane. Czytając z tablicy pośredniczącej miałem tylko dwa klucze — galleryId i eventId. Postanowiłem sprawdzić, czy w MySQL-u można zastosować pewną prostą sztuczkę, która pozwoli mi uzyskać numery wierszy wypisanych z zapytania.

Poprzednio zapytanie wyglądało tak:

SELECT galleryId FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Otrzymywałem: 3, 5 i 9. Wyświetlanie odnośników jako 3, 5 i 9 zamiast 1, 2 i 3 było głupie. Zmodyfikowałem więc zapytanie tak.

SET @rowCount = 0;

SELECT galleryId, @rowCount := @rowCount + 1 AS rowCount FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Dzięki temu zapytanie wykonuje inkrementacje na wcześniej zainicjalizowanej zmiennej. Mała rzecz, a cieszy.

Ubuntu 8.04 — jak oni kodują (na lodzie)

Przed chwilą rozległa się dobrze znana (użytkownikom Windowsa) melodyjka. Tim-dim-dim-DIM. Otworzyłem oczy i pomyślałem do siebie:

  1. Po słuchaniu metalu przed spaniem należy wyregulować poziom głośności z ’szatan’ na ‘nagłośnienie biurowe’
  2. Czas wstać, skoro już o czymś pomyślałem i się nie spociłem
  3. Ubuntu 8.04 skończyło się ściągać, a µTorrent zamknął komputer

Nie mogę jeszcze zainstalować Ubuntu 8.04 na poważnie. Aktualizacja laptopa to bardzo poważny krok i z pewnością poczeka na długi weekend. Na szczęście odpaliłem jakiś czas temu komputer, który kiedyś zakupiłem do biura, podwójnym szczęściem jest, że posiada on system Windows — więc będę mógł spróbować jak zachowuje się nowy instalator Ubuntu.

Co jest takiego cudownego w nowym instalatorze? Podobno pozwala instalować Ubuntu z Windowsa w sposób bezpieczny dla neofitów. Plikopartycja, żadnych GRUB-ów i tym podobne. No to nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić płyty.

Po zamontowaniu płyty ukazuje się nam proste menu wyboru (w naszym języku, plus za to) pozwalające nam odpalić LiveCD, zainstalować Ubuntu “wewnątrz” Windowsa (co przetestujemy) i skorzystać z dostępnych na sieci informacji o systemie.

Po wybraniu instalacji w systemie Windows pojawia się okno pozwalające wybrać podstawowe parametry instalacji. Docelową partycję, nazwę użytkownika, język, rozmiar plikopartycji i środowisko graficzne. Kolejny wielki plus za dobranie rozsądnych ustawień na start. W combo-boksie dostępne są tylko partycje z wystarczającą ilością miejsca na instalację, język i login pobierane są z systemu Windows. Można spokojnie zapaść na syndrom ‘Next’ i niczego nie zepsuć.

Na razie jestem pod wrażeniem. Czy wciśnięcie “Zainstaluj” nie popsuje tego listu miłosnego? Dowiedz się więcej wysyłając SMS-a z hasłem…

Kopiowanie danych trwało około trzech minut po czym instalator poprosił o wykonanie resetu celem wprowadzenia końcowych zmian. Pozwoliłem mu się zresetować. Po przejściu przez BIOS komputer wyświetlił boot-manager dostępny standardowo w Windowsie, z dodatkową opcją “Ubuntu” — wybrałem ją — po chwili przywitał mnie podkład i maleńkie okienko z paskiem postępu.

Więc to jednak nie był koniec. ;-) Po resecie Ubuntu rozpoczyna proces nieinteraktywnej instalacji. Partycjonuje dyski, instaluje pakiety, ściąga poprawki (bardzo dobre, zawsze startujesz z połatanego systemu) i słowniki/tłumaczenia dla Twojej wersji językowej. Całość zajęła około dwudziestu minut lub pół kawy w dużym kubku.

Oczywiście, pomyliłem się. GRUB jest. Więcej, teraz jest bootmanager Windowsa, który uruchamia GRUB-a, który wczytuje kernel. Myślałem, że będzie to jakoś inaczej rozwiązane, ale nie będę narzekał, póki działa.

Po zainstalowaniu system zresetował się, a ja znów kazałem mu wrócić do Ubuntu. Pierwszy zgrzyt splash wygląda jak PRL po LSD. Szary i małe kolorowe paski. No nic, zobaczymy. Dotarłem do GDM-a1 — podałem nazwę użytkownika, hasło, zagrał sampel, ekran zrobił się czarny.

“Analog? Digital? Analog? Digital? Analog? GDM!”

Eee. Co się stało. Kolejna próba, kolejny zwis. Próbuję przełączyć się na TTY2 — nic z tego, efekt podobny do bootsplasha. Oczywście winne są sterowniki do grafiki, tylko nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Przełączam sesję na tryb awaryjny GNOME i o dziwo loguje się bez problemu. Właśnie zainstalowałem binarne sterowniki do ATI i dam się zresetwać systemowi. Za chwilę dalszy ciąg programu.

(Wstaw irytującą melyjkę jak na infolinii)

Splashowi się nie poprawiło. System ruszy poprawnie z binarnymi sterownikami do ATI. Jako miły dodatego automatycznie włączyła się kompozycja 3D z kilkoma niezbyt uciążliwymi efektami.3

No, ale to nie miało być o Ubuntu, tylko o instalacji Ubuntu nowym instalatorem.

Plusy:

  • Bardzo dobrze zaprojektowany interface po stronie Windowsa
  • Automagiczna instalacja, która zajmuje kilkanaście minut
  • Działa.

Minusy:

  • Blanker podczas instalacji — możecie powiedzieć, że się czepiam, ale gdybym zobaczył czarny ekran podczas instalacji, to z pewnością skoczyłoby mi ciśnienie
  • Jeżeli nie potraficie przewidzieć ile potrwa operacja, nie podawajcie czasu zakończenia. Czułem się jak w świecie, gdzie obowiązuje jedna-standardowa-minuta-Microsoftu (trwa od 20 sekund do kilku dni)

Linuksa używam ponad siedem lat. Gdyby we wszystkich elementach interakcji z użytkownikiem przeszedł podobny rozwój, jak ma to miejsce w procesie instalacji, to dawno zdetronizowałby Windowsa. Na szczęście nie zdetronizował i jeszcze chwilę mogę pocieszyć się ostatnimi promieniami słoneczka elitaryzmu. Instaler taki jak ten to pełne zaćmienie słońca (patrzeć przez zadymioną szybkę)

  1. dla nieznających Ubuntu, to program zarządzający logowaniem się do systemu []
  2. czyli na wirtualną konsolę []
  3. bujanie i kostka są dla mnie uciążliwe []

Obraz wart jest weekendu

Piotr Rogacki na naszej liście dyskusyjnej w wątku o pracy i odpoczynku: “Ilość pracy jaką się wykonuje jest całką (dla niewtajemniczonych czymś w stylu pola) funkcji poziomu kreatywności na osi czasu poświęconego na prace. Funkcja poziomu kreatywności jest wprost proporcjonalna do współczynnika satysfakcji i współczynnika aktywności oraz odwrotnie proporcjonalna do poziomu trudności wykonywanych czynności i ilości godzin poświęconych w tygodniu. Przy regularnym utrzymywaniu wysokiego poziomu funkcji kreatywności rośnie współczynnik aktywności i można do pewnego momentu zwiększać ilość godzin lub trudność. Jeśli funkcja poziomu kreatywności spadnie blisko zera ilość godzin nie zwiększa wykonanej pracy.”

Bardzo to ładna teoria. Mam dużo prostszą. Oś Y pokazuje poziom chęci do życia i ogólnej szczęśliwości.

Nie jedź do Stanów (zwłaszcza z laptopem)

Kraj Wolności znów podkreślił swoją wyjątkową pozycję i odrębność. Sąd odrzucił apelację Michaela Arnolda, którego w 2005 zatrzymano na granicy i którego laptopa przeszukano, co skończyło się ujawnieniem pedofilskich fotek. Przeszukiwanie urządzeń takich jak laptop zostało uznane za tak samo legalne, jak przeszukanie walizki, oglądanie zdjęć, materiałów wideo i papierów, które możesz mieć w kieszeni podczas kontroli.

Kontrolujący Cię pracownik nie musi mieć powodu1 do rozpoczęcia procedury przeszukiwania laptopa. Dlaczego mam problemy z taką procedurą?

Laptopy zawierają wiele danych. Tak wiele, że nawet ja — dość dobrze znający swój system — muszę chwile pomyśleć nad tym ile ciekawych rzeczy można na mnie zdobyć mając dostęp do mojego laptopa.

  1. Wszelkiej maści logi pozwalające na stwierdzenie gdzie byłem (IP przyznane z DHCP), czy oglądałem zdjęcia (montownie karty SD), czy logowałem się na laptopa z innego komputera
  2. Pocztę elektroniczną. Dużo poczty.
  3. Ciasteczka, logi przeglądarki, cache przeglądarki
  4. Moją pracę: kod różnych systemów
  5. Dane klientów: bzy danych, których używam w rozwojowych wersjach systemów
  6. Dokumenty, notatki, umowy, dane księgowe
  7. Hasła zapisane w menadżerze haseł

Ja wiem jak świetnym straszakiem są hasła ‘pomyślcie o dzieciach’ i ‘terroryzm!’, ale nie mogę zrozumieć jakim prawem — za jednym zamachem — szeregowy pracownik może zyskać legalnie dostęp do takiej ilości informacji.

O ile w przypadku zdjęć czy notatek w ‘analogowej’ formie przeszukujący ma małe szanse na spożytkowanie wszystkich informacji, to w przypadku danych cyfrowych — i możliwością kopiowania ich na granicy — dane można analizować na długo po tym, jak postawisz stopę w Stanach. Nawet jeśli nic na Ciebie nie znaleziono.

Zdarzały się też przypadki w których odprawianym osobom zatrzymywano laptopa do kontroli i obiecywano odesłać później. Kopiowano też zawartość iPodów.2

Takie przepisy powoduj, że już nie tylko moja prywatność jest mocno zagrożona, zagrożone są także informacje mojej firmy i moich klientów. Ja nie będę miał problemu z zostawieniem danych w Polsce, użyciem SSL, mocnej kryptografii i zabezpieczeniem się na różne sposoby. Wiele technologicznie nieświadomych osób, podróżujących z danymi ważnymi dla mnie, może paść ofiarą “bezpieczeństwa narodowego”.

Decyzja sądu jest dostępna w tym dokumencie.

Piotr ‘VaGla’ Waglowski napisał notatkę o wzmożonej kontroli na granicach USA i protestach organizacji zajmujących się prawami człowieka.

  1. chyba, że jesteś czarny albo w chuście, wtedy ma powód od razu []
  2. Co na to RIAA? Przecież to piractwo, tak przegrywać legalnie zakupioną muzykę w iTunes []

Apple kupuje P.A. Semi

P.A. Semi

Dopiero co przyzwyczaiłem się nie myśleć o procesorach PowerPC jako tych, które napędzają Maki, a Apple dokonało nowego ruchu — zakupiło firmę P.A. Semi. Dla ludzi żyjących w “normalnym świecie”, czyli tam gdzie x86 i Windows jest chlebem powszednim, nazwa zakupionej firmy jest zupełnie obca.

P.A Semi powstało w 2003 z inicjatywy Dana Dobberpuhla, pełniącego funkcję głównego inżyniera w firmie Digital Equipment. Jego “dziećmi” są procesory Alpha i StrongARM. Firma za cel postawiła sobie zaprojektowanie procesora z rodziny PowerPC, który nawiązałby do “tradycji” — dobrego stosunku wydajności do niskiego zużycia mocy.

Po co Apple taka firma? Z pewnością ich know-how w dziedzinie procesorów jest ważnym zasobem, na którym warto położyć ręce. Czy jest to ruch mający zapewnić nowym iTelefonom wydajniejsze procesory? Czyżby był to straszak na Intela? Może nowa platforma dla serwerów Apple? Samo Apple nie skomentowało zakupu zostawiając nam pole do spekulacji, które przecież tak bardzo lubimy.

Firma została sprzedana za 278 milionów dolarów, gotówką. P.S. Semi zatrudnia 150 pracowników.