Archive for April, 2008

Przenośny, bez kompromisów

Jestem fanbojem. Fanbojem i neofitą w jednym — rubensowsko wyskamkowanym — pudle. Uwielbiam ThinkPady. Jak mam okazję wbić szpilę kolegom-fanom-Apple, to zawsze wbijam.1

Oto reklamówka ThinkPada X300. Taka szpileczka. Oto trochę szczegółów o TP X300 z Gizmodo.

  1. Ale Wy i tak wiecie, że zasadniczo tylko dla żartów []

Nie idź do kina (to szatan wysyła e-maile)

Hipotetyczna sytuacja: wrzucasz na Blipie informację, że masz więcej biletów i czy ktoś chce się wybrać na film. Zgłaszają się ludzie, idziecie i oglądacie.

Druga sytuacja: piszesz na blogu, że wykupiłeś bilety na Iron Mana i urządzasz specjalny przedpremierowy pokaz. Czytelnicy za marnego dolara mogą zamówić swój bilet. Wszystko wygląda ślicznie, do dnia, w którym dostajesz C&D od prawników Marvela.

Następnym razem gdy zaprosisz kogoś do kina (czy jesteś dystrybutorem filmu?), postawisz mu kolejkę (masz zezwolenie na handel alkoholem?), obiad (zaświadczenie z SANEPID-u?) pamiętaj, że komuś może się nie podobać to, że mu płacisz!

Idę do biura “podystrybuować” trochę wiedzy z współwięźniami, ale nie mówicie nikomu, jeszcze mnie jakaś encyklopedia pozwie — wiedza też jest wartością jednostanowiskową.

Numerowanie wierszy w MySQL-u

Stanąłem przed prostym problemem. Mam trzy tablice: jedna zawierała definicje galerii, druga informacje, ostatnia elementy galerii. Chciałem wyświetlić galerie dla informacji. Odnośniki musiały być ponumerowane. Czytając z tablicy pośredniczącej miałem tylko dwa klucze — galleryId i eventId. Postanowiłem sprawdzić, czy w MySQL-u można zastosować pewną prostą sztuczkę, która pozwoli mi uzyskać numery wierszy wypisanych z zapytania.

Poprzednio zapytanie wyglądało tak:

SELECT galleryId FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Otrzymywałem: 3, 5 i 9. Wyświetlanie odnośników jako 3, 5 i 9 zamiast 1, 2 i 3 było głupie. Zmodyfikowałem więc zapytanie tak.

SET @rowCount = 0;

SELECT galleryId, @rowCount := @rowCount + 1 AS rowCount FROM galleryEvents WHERE eventId = 10;

Dzięki temu zapytanie wykonuje inkrementacje na wcześniej zainicjalizowanej zmiennej. Mała rzecz, a cieszy.

CSS dobry jest do wszystkiego

CSS — czytamy “cieses” — jest znaną przez wszystkich webmasterów technologią pozwalającą zmieniać kolory linków i ich dekorację. Bardziej szaleni designerzy próbują używać arkuszy stylów do separacji prezentacji od treści. Bardziej powaleni zrobili buźkę, która się do nie dawna nie wyświetlała na większości przeglądarek.

Nigdy nie wiedziałem o co chodzi, sam zrobiłem kilka rzeczy, które się nie wyświetlały.

Dziś wpadłem na gościa, którego twórcy CSS powinni ucałować lub nabić na pal. Za świetne i bezużyteczne użycie “cieses” — zbudowanie bohatera wszystkich leniwych alkoholików — Homera Simpsona na DIV-ach.

Hans Reiser uznany winnym

Hans Reiser, autor znanego systemu plików dla Linuksa, został uznany winnym w procesie o zabójstwo byłej żony, Niny Reiser. Proces był poszlakowy: nie ma świadków zbrodni, ciała, miejsca zbrodni. Kara przewidziana za morderstwo pierwszego stopnia to 25 lat do dożywocia.

Dokładniej o tym Wired.

Ubuntu 8.04 — jak oni kodują (na lodzie)

Przed chwilą rozległa się dobrze znana (użytkownikom Windowsa) melodyjka. Tim-dim-dim-DIM. Otworzyłem oczy i pomyślałem do siebie:

  1. Po słuchaniu metalu przed spaniem należy wyregulować poziom głośności z ’szatan’ na ‘nagłośnienie biurowe’
  2. Czas wstać, skoro już o czymś pomyślałem i się nie spociłem
  3. Ubuntu 8.04 skończyło się ściągać, a µTorrent zamknął komputer

Nie mogę jeszcze zainstalować Ubuntu 8.04 na poważnie. Aktualizacja laptopa to bardzo poważny krok i z pewnością poczeka na długi weekend. Na szczęście odpaliłem jakiś czas temu komputer, który kiedyś zakupiłem do biura, podwójnym szczęściem jest, że posiada on system Windows — więc będę mógł spróbować jak zachowuje się nowy instalator Ubuntu.

Co jest takiego cudownego w nowym instalatorze? Podobno pozwala instalować Ubuntu z Windowsa w sposób bezpieczny dla neofitów. Plikopartycja, żadnych GRUB-ów i tym podobne. No to nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić płyty.

Po zamontowaniu płyty ukazuje się nam proste menu wyboru (w naszym języku, plus za to) pozwalające nam odpalić LiveCD, zainstalować Ubuntu “wewnątrz” Windowsa (co przetestujemy) i skorzystać z dostępnych na sieci informacji o systemie.

Po wybraniu instalacji w systemie Windows pojawia się okno pozwalające wybrać podstawowe parametry instalacji. Docelową partycję, nazwę użytkownika, język, rozmiar plikopartycji i środowisko graficzne. Kolejny wielki plus za dobranie rozsądnych ustawień na start. W combo-boksie dostępne są tylko partycje z wystarczającą ilością miejsca na instalację, język i login pobierane są z systemu Windows. Można spokojnie zapaść na syndrom ‘Next’ i niczego nie zepsuć.

Na razie jestem pod wrażeniem. Czy wciśnięcie “Zainstaluj” nie popsuje tego listu miłosnego? Dowiedz się więcej wysyłając SMS-a z hasłem…

Kopiowanie danych trwało około trzech minut po czym instalator poprosił o wykonanie resetu celem wprowadzenia końcowych zmian. Pozwoliłem mu się zresetować. Po przejściu przez BIOS komputer wyświetlił boot-manager dostępny standardowo w Windowsie, z dodatkową opcją “Ubuntu” — wybrałem ją — po chwili przywitał mnie podkład i maleńkie okienko z paskiem postępu.

Więc to jednak nie był koniec. ;-) Po resecie Ubuntu rozpoczyna proces nieinteraktywnej instalacji. Partycjonuje dyski, instaluje pakiety, ściąga poprawki (bardzo dobre, zawsze startujesz z połatanego systemu) i słowniki/tłumaczenia dla Twojej wersji językowej. Całość zajęła około dwudziestu minut lub pół kawy w dużym kubku.

Oczywiście, pomyliłem się. GRUB jest. Więcej, teraz jest bootmanager Windowsa, który uruchamia GRUB-a, który wczytuje kernel. Myślałem, że będzie to jakoś inaczej rozwiązane, ale nie będę narzekał, póki działa.

Po zainstalowaniu system zresetował się, a ja znów kazałem mu wrócić do Ubuntu. Pierwszy zgrzyt splash wygląda jak PRL po LSD. Szary i małe kolorowe paski. No nic, zobaczymy. Dotarłem do GDM-a1 — podałem nazwę użytkownika, hasło, zagrał sampel, ekran zrobił się czarny.

“Analog? Digital? Analog? Digital? Analog? GDM!”

Eee. Co się stało. Kolejna próba, kolejny zwis. Próbuję przełączyć się na TTY2 — nic z tego, efekt podobny do bootsplasha. Oczywście winne są sterowniki do grafiki, tylko nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Przełączam sesję na tryb awaryjny GNOME i o dziwo loguje się bez problemu. Właśnie zainstalowałem binarne sterowniki do ATI i dam się zresetwać systemowi. Za chwilę dalszy ciąg programu.

(Wstaw irytującą melyjkę jak na infolinii)

Splashowi się nie poprawiło. System ruszy poprawnie z binarnymi sterownikami do ATI. Jako miły dodatego automatycznie włączyła się kompozycja 3D z kilkoma niezbyt uciążliwymi efektami.3

No, ale to nie miało być o Ubuntu, tylko o instalacji Ubuntu nowym instalatorem.

Plusy:

  • Bardzo dobrze zaprojektowany interface po stronie Windowsa
  • Automagiczna instalacja, która zajmuje kilkanaście minut
  • Działa.

Minusy:

  • Blanker podczas instalacji — możecie powiedzieć, że się czepiam, ale gdybym zobaczył czarny ekran podczas instalacji, to z pewnością skoczyłoby mi ciśnienie
  • Jeżeli nie potraficie przewidzieć ile potrwa operacja, nie podawajcie czasu zakończenia. Czułem się jak w świecie, gdzie obowiązuje jedna-standardowa-minuta-Microsoftu (trwa od 20 sekund do kilku dni)

Linuksa używam ponad siedem lat. Gdyby we wszystkich elementach interakcji z użytkownikiem przeszedł podobny rozwój, jak ma to miejsce w procesie instalacji, to dawno zdetronizowałby Windowsa. Na szczęście nie zdetronizował i jeszcze chwilę mogę pocieszyć się ostatnimi promieniami słoneczka elitaryzmu. Instaler taki jak ten to pełne zaćmienie słońca (patrzeć przez zadymioną szybkę)

  1. dla nieznających Ubuntu, to program zarządzający logowaniem się do systemu []
  2. czyli na wirtualną konsolę []
  3. bujanie i kostka są dla mnie uciążliwe []

Obraz wart jest weekendu

Piotr Rogacki na naszej liście dyskusyjnej w wątku o pracy i odpoczynku: “Ilość pracy jaką się wykonuje jest całką (dla niewtajemniczonych czymś w stylu pola) funkcji poziomu kreatywności na osi czasu poświęconego na prace. Funkcja poziomu kreatywności jest wprost proporcjonalna do współczynnika satysfakcji i współczynnika aktywności oraz odwrotnie proporcjonalna do poziomu trudności wykonywanych czynności i ilości godzin poświęconych w tygodniu. Przy regularnym utrzymywaniu wysokiego poziomu funkcji kreatywności rośnie współczynnik aktywności i można do pewnego momentu zwiększać ilość godzin lub trudność. Jeśli funkcja poziomu kreatywności spadnie blisko zera ilość godzin nie zwiększa wykonanej pracy.”

Bardzo to ładna teoria. Mam dużo prostszą. Oś Y pokazuje poziom chęci do życia i ogólnej szczęśliwości.

Idąc nocą (lubię dysonans, bardzo, zwłaszcza)

Wracając z meczu Ligi Mistrzów — lekko zawiany — postanowiłem znaleźć wewnętrzne piękno tych strasznych zaułków, którymi przechadzają się ludzie z konkretnymi interesami do załatwienia. Idę więc. Idę dalej. Och! Omal nie wdepnąłem w ludzi rozciągniętych na chodniku.

Ludzie rozciągnięci na chodniku byli w kajdankach. Obok nich stali inni ludzie przebrani za ludzi, którzy leżeli w kajdankach. Bez wątpienia policyjna prowokacja mająca na celu ściągnąć z ulicy dilerów. Zatrzymałem się, popatrzyłem, a potem przeszedłem do budki — która o dziwo była nadal otwarta — i zamówiłem zapiekankę.

Ludzie w kajdankach przechodzili metamorfozy. Od gróźb do łkania. Od łkania do gróźb. Stałem obok nich i jadłem Zapiekankę XXL za sześć nowych polskich złotych i myślałem jak cholernie mało brakowało bym był nimi. Zjadłem zapiekankę, oni zostali zapakowani do samochodu.

Szedłem więc dalej.

Na przeciw mnie kuśtykała kobieta. Wyglądała na jakieś sześćset czy siedemset lat. Zatrzymała mnie machając mi przed oczami. “Czy może Pan sprzedać mi papierosa?” — poczęstowałem ją więc. Sięgnęła do paczki, ale ręce trzęsły się jej tak bardzo, że nie mogła dać rady. Wyciągnąłem więc jednego z i podałem jej. Podpaliłem. Zapytała znów, czy nie chcę za niego pieniędzy. Mogłem pozwolić jej zapłacić i odejść z tą resztą honoru, który ludzie trzymają jak zdjęcia z dzieciństwa na strychu. Podziękowałem. Jak cholernie łatwo byłoby mi się stać nią.

Doszedłem do przystanku nocnych autobusów. Z1, Z5, Z6, Z4. Wsiadłem, skasowałem bilet. Jestem porządnym, płacącym podatki obywatelem. Autobus jechał ulicami, a ja dalej słuchałem wesołej muzyki. Na klatce wstukałem kod do domofonu, dwie potęgi ósemek plus dwa i wbiegłem po schodach do ciepłego domu, z Internetem w powietrzu, kolacją w lodówce i wygodnymi kapciami.

Jak zajebiście ciężko było nie stać się nimi.

Nie jedź do Stanów (zwłaszcza z laptopem)

Kraj Wolności znów podkreślił swoją wyjątkową pozycję i odrębność. Sąd odrzucił apelację Michaela Arnolda, którego w 2005 zatrzymano na granicy i którego laptopa przeszukano, co skończyło się ujawnieniem pedofilskich fotek. Przeszukiwanie urządzeń takich jak laptop zostało uznane za tak samo legalne, jak przeszukanie walizki, oglądanie zdjęć, materiałów wideo i papierów, które możesz mieć w kieszeni podczas kontroli.

Kontrolujący Cię pracownik nie musi mieć powodu1 do rozpoczęcia procedury przeszukiwania laptopa. Dlaczego mam problemy z taką procedurą?

Laptopy zawierają wiele danych. Tak wiele, że nawet ja — dość dobrze znający swój system — muszę chwile pomyśleć nad tym ile ciekawych rzeczy można na mnie zdobyć mając dostęp do mojego laptopa.

  1. Wszelkiej maści logi pozwalające na stwierdzenie gdzie byłem (IP przyznane z DHCP), czy oglądałem zdjęcia (montownie karty SD), czy logowałem się na laptopa z innego komputera
  2. Pocztę elektroniczną. Dużo poczty.
  3. Ciasteczka, logi przeglądarki, cache przeglądarki
  4. Moją pracę: kod różnych systemów
  5. Dane klientów: bzy danych, których używam w rozwojowych wersjach systemów
  6. Dokumenty, notatki, umowy, dane księgowe
  7. Hasła zapisane w menadżerze haseł

Ja wiem jak świetnym straszakiem są hasła ‘pomyślcie o dzieciach’ i ‘terroryzm!’, ale nie mogę zrozumieć jakim prawem — za jednym zamachem — szeregowy pracownik może zyskać legalnie dostęp do takiej ilości informacji.

O ile w przypadku zdjęć czy notatek w ‘analogowej’ formie przeszukujący ma małe szanse na spożytkowanie wszystkich informacji, to w przypadku danych cyfrowych — i możliwością kopiowania ich na granicy — dane można analizować na długo po tym, jak postawisz stopę w Stanach. Nawet jeśli nic na Ciebie nie znaleziono.

Zdarzały się też przypadki w których odprawianym osobom zatrzymywano laptopa do kontroli i obiecywano odesłać później. Kopiowano też zawartość iPodów.2

Takie przepisy powoduj, że już nie tylko moja prywatność jest mocno zagrożona, zagrożone są także informacje mojej firmy i moich klientów. Ja nie będę miał problemu z zostawieniem danych w Polsce, użyciem SSL, mocnej kryptografii i zabezpieczeniem się na różne sposoby. Wiele technologicznie nieświadomych osób, podróżujących z danymi ważnymi dla mnie, może paść ofiarą “bezpieczeństwa narodowego”.

Decyzja sądu jest dostępna w tym dokumencie.

Piotr ‘VaGla’ Waglowski napisał notatkę o wzmożonej kontroli na granicach USA i protestach organizacji zajmujących się prawami człowieka.

  1. chyba, że jesteś czarny albo w chuście, wtedy ma powód od razu []
  2. Co na to RIAA? Przecież to piractwo, tak przegrywać legalnie zakupioną muzykę w iTunes []

Apple kupuje P.A. Semi

P.A. Semi

Dopiero co przyzwyczaiłem się nie myśleć o procesorach PowerPC jako tych, które napędzają Maki, a Apple dokonało nowego ruchu — zakupiło firmę P.A. Semi. Dla ludzi żyjących w “normalnym świecie”, czyli tam gdzie x86 i Windows jest chlebem powszednim, nazwa zakupionej firmy jest zupełnie obca.

P.A Semi powstało w 2003 z inicjatywy Dana Dobberpuhla, pełniącego funkcję głównego inżyniera w firmie Digital Equipment. Jego “dziećmi” są procesory Alpha i StrongARM. Firma za cel postawiła sobie zaprojektowanie procesora z rodziny PowerPC, który nawiązałby do “tradycji” — dobrego stosunku wydajności do niskiego zużycia mocy.

Po co Apple taka firma? Z pewnością ich know-how w dziedzinie procesorów jest ważnym zasobem, na którym warto położyć ręce. Czy jest to ruch mający zapewnić nowym iTelefonom wydajniejsze procesory? Czyżby był to straszak na Intela? Może nowa platforma dla serwerów Apple? Samo Apple nie skomentowało zakupu zostawiając nam pole do spekulacji, które przecież tak bardzo lubimy.

Firma została sprzedana za 278 milionów dolarów, gotówką. P.S. Semi zatrudnia 150 pracowników.