Google Wave! Google Wave! Google Wave!1
Moje prywatne kryterium podziału technologii:
Google Wave zmusza mnie do dodania czwartego punktu: “Wszystkie odpowiedzi są prawdziwe”.
Dwóch Australijczyków2 pobierających pensję u nowego, wielkiego brata, nudziło się. Najbliższy sąsiad był cztery dni drogi od ich domu, więc klasyczna kłótnia o to, czyje liście leżą na podjeździe i kto ma je zgarnąć, była niemożliwa. Zresztą w Australii nie ma drzew. Siedząc tak i siorbiąc piwo (“Why is Australian beer like sex in a canoe?” “Because they’re both fucking close to water.”) wpadli na pomysł. Gdyby połączyć GMaila, GTalka, Wiki, wątkowanie, GMaps, w ogóle G* w jeden pakiet!
Powiedzieć, że Wave jest dobry z tego powodu, że łączy w sobie wiele produktów Google to tak jak powiedzieć, że seks analny jest dobry, bo działa dla każdej z płci. Prawda, ale nie bardzo.
Do rzeczy. Podstawową jednostką komunikacji w nowej zabawce wielkiego G. jest Wave, czyli fala. Nazwa wprost idealna, do czego dojdziemy. Jedna fala to zbiór tekstów ułożonych w wątki, załączników (obrazki, dokumenty) i wtyczek (przykładowo mapy lub wyniki wyszukiwania). Każdy z użytkowników dodanych do fali może edytować zarówno swoje jak i cudze teksty.
Przykładowy usecase: Hania pisze Ci falkę (myśl: zaczyna pojedynczą wiadomością tekstową) o nowym produkcie. Odpowiadasz jej wklejając wtyczkę do Google Maps z dokładnym miejscem, gdzie może Cię pocałować. Do listy dodany zostaje Janusz, mistrz marketingu, absolwent MBA-via-Internet. Edytuje on wpis Hani uzupełniając go o ważne zwroty, “synergia”, “wertykalna integracja”, “kompleksowe rozwiązania dla biznesu”, “B2B i B2C”. Teraz Ty edytujesz swój wpis dodając obrazkowy komentarz.
Zirytowany Janusz dodaje szesnaście osób z działu sprzedaży. Wszyscy zaczynają pracować nad pierwszym tekstem i dodatkowo tworzą nowe wpisy, w których dyskutują o tym, dlaczego jesteś małpą.
Dochodzimy do najlepszego. Wszystkie te aktualizacje widzisz na żywo. Widzisz każdą literówkę, każdą zmianę. W czasie rzeczywistym. Magia słownika ortograficznego wbudowanego w przeglądarkę pryska jak mydlana bańka, gdy na Twoich oczach kolega z firmy iteruje po słowie “żółw” przechodząc przez “rzułf” i “żułwy”.
Jeszcze kilka dni temu mogłeś marudzić, że ludzie cytują wiadomość e-mail z góry i psują logikę wypowiedzi. Już dziś Twoi znajomi mogą dopisywać wiadomości z boku, edytować je, edytować Twoje wiadomości. Będziesz miał przyjemność dostać oczopląsu śledząc 17 kolorowych tagów z imieniem edytującego walczących o kawałek tekstu.
Możesz mieć szczęście i zostać dodanym do fali, gdy pierwsza banda kreatywnych uspokoiła się już i poszła sączyć swoje latte. Pozostaje Ci tylko stwierdzić, kto napisał co. Nie martw się! Nie jest tak, że masz jakieś osobne e-maile z From:, masz za to suwak, pozwalający się przemieszczać w czasie po dokumencie. Widzisz więc zmiany nanoszone przez współfalowców. Teraz wyobraź sobie kilkumiesięczny dokument z historią ośmiu tysięcy edycji. Bosko?
Google Wave to w moich oczach Google Docs z ADHD. Oczywiście mówi to facet, który część e-maili pisze w edytorze tekstowym i spędza jakiś tam czas nad redakcją wiadomości. Fala to odpowiedź na dalszą wulgaryzację komunikacji międzyludzkiej. Zupka chińska dań. Z czego wynika, że popularność tego produktu będzie wielka i sam niejednokrotnie z niej skorzystam.
Dziękuję Marcinowi Jagodzińskiemu za wspólne testy. Pewnie kosztowało to utratę szacunku u każdej ze stron, ale wszystko dla czytelników!
Czemu “fala” jest słuszną nazwą dla jednostki komunikacji w Google Wave?
PS. Nie, nie mam już zaproszeń. Rozeszły się.
2009/10/02 16 komentarzy »
(Czytanie jest dla moronów. Chcę do warezów, teraz!)
Demoscena to prawdziwa studnia talentów. W trzech czwartych jest pusta, nadaje się do spożycia po przegotowaniu, czasem uda się trafić na prawdziwą źródlaną ekstazę.
Ostatnio poczułem się wybitnie zmęczony muzyką, której słucham. Postanowiłem dokonać chwilowej zmiany z “aby zagrać ten utwór potrzeba trzynastu osób, najlepiej po szkole muzycznej” na “niech mi Pan tu pieprznie basem tak płaskim, że niemalże przypomina wykres aktywności mózgu przeciętnego wklejacza zaklęć co znikną Śledzika”.
Rzuciłem się więc na archiwalne płyty i wygrzebałem starą kolekcję modułów. Na wstępie kilka słów o tym czym jest w ogóle moduł.
Scena komputerowa przez długi czas rozwijała się na komputerach, które miały ograniczone możliwości sprzętowe. Pięćdziesiąt megaherców, cztery kanały, osiem bitów rozdzielczości sampla, kilka megabajtów pamięci. Muzyk nie mógł po prostu dać koderowi swojego najnowszego numeru na dwa klawisze Casio wypalonych na płycie CD. Moduły muzyczne składają się z sampli (instrumentów) i patternów, na których umieszcza się ich wywołania. Każde wywołanie sampla może zawierać dodatkowy rozkaz modyfikujący brzmienie, zmieniający tempo całego utworu, czy nawet przemieszczania się między częściami utworu.
Zobacz: jedno wideo warte jest trzech blognotek.
Dzięki temu kilkuminutowy utwór siedzący w 64k intrze nie zajmował więcej niż 8-12 kilobajtów. Dodatkowo, dzięki odpowiednim rozkazom nie modyfikującym brzmienia, można było synchronizować efekty z muzyką.
Należy też wspomnieć o trackerach, które nie używały w ogóle sampli. Podstawowymi instrumentami były tam obwiednie (piłokształtna, prostokątna, sinusoida), które modyfikowano przy pomocy podstawowych parametrów (narastanie, opadanie, podtrzymanie, odcięcie, częstotliwość) uzyskując brzęczenie znane i kochane przez wszystkich posiadaczy Commodore 64.
Zobacz: buczący AHX.
Z modułami jest jeden problem: laikowi ciężko będzie ich wygodnie posłuchać. Jest trochę oprogramowania, które radzi sobie z większością formatów na tyle dobrze, żeby nie trzeba było odpalać Amigi, ale nie widziałem jeszcze przenośnego urządzenia, które zagrałoby coś z mojej kolekcji. Postanowiłem więc zużyć trochę niedzieli na przekonwertowanie kilku utworów do .mp3 — od razu ostrzegam, że nie udało mi się uzyskać genialnych efektów. Czasem jest to wina materiału (jakość sampli), czasem moja. W każdym razie nie macie co kręcić nosem na darmową muzyczkę, prawda? Duża szansa, że to pierwsze legalne pliki .mp3 jakie macie!

PS. Miłe złego początki. W ostatniej fazie Audiacity uwaliło znacząco jakość niektórych utworów, a w bloku padł prąd. Pcham 100MiB przez modem HDSPA. Docencie moje oddanie blogerskiej sprawie!!1
2009/09/20 12 komentarzy »
Seriale telewizyjne? Komputer. Filmy? Komputer. Muzyka? Komputer i przenośny odtwarzacz. Listy? Komputer. Wszystko zdigitalizowane. Są oczywiście linie oporu. Moja Babcia nadal ogląda “Modę na sukces” przy pomocy telewizora o mniejszej przekątnej ekranu niż mój monitor, miłośnicy trzasków bronią swoich rozpłaszczonych kawałków winylu jak niepodległości i nie przetłumaczysz im, że żyją w błędzie. Opór przed życiem w cyfrowej rzeczywistości stawiają głównie ludzie starsi, którzy nie potrafią zrozumieć elektronicznych wyścigów zbrojeń i ci, którzy zajmują jakąś ideologiczną pozycję, gdzie przykazaniem wiary jest zdanie “analogowo jest lepiej”.1
Ostatnim medium, którego nie konsumuje się globalnie przy pomocy krzemu, jest słowo pisane. Książki, dokładniej. Bez względu na to jak wygodne jest Twoje krzesło, jak idealny jest Twój monitor i jak bardzo wytrzymały jesteś na ból pleców, czytanie z ekranu komputera czy też “spryćfonu”2 jest doświadczeniem kruszącym naszą niezachwianą wiarę w przewagę komputerów nad wszystkim innym.
Producenci zauważyli, że czytanie jest nieodłączną częścią życia większości radykalnych gadżeciarzy. Po pierwsze musimy czytać od cholery nowinek, bo być do tyłu to wstyd w naszym klanie, po drugie musimy czytać góry dokumentacji technicznej, książek o tym, jak lepiej wypaść na s/Blipie/Twitterze, żeby zarobić kupę kasy, którą możemy wydać na bateryjne ustrojstwa, po trzecie, jesteśmy dużo mądrzejsi niż przeciętny mieszkaniec naszej planety, dlatego czytamy też dla frajdy.
Na rynku zaczęły się pojawiać pierwsze czytniki dokumentów elektronicznych, zwane po anglosasku e-books readers. Tak jak w przypadku pierwszych PDA, zegarków z telefonem i samolotów, społeczność konsumentów wydała piska zachwytu, by natychmiast zapomnieć o produktach, które zupełnie nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań.3
No dobra, podsumowując ten głupi wstęp, dostałem czytniczek książeczek i powiem, co ja o tym wszystkim myślę.

Czytnik iLiad posiada wyświetlacz o rozmiarach 124×152mm, szesnaście odcieni szarości, rozdzielczość 768×1024 w 160DPI, procesor XScale taktowany 400Mhz, 64 MiB pamięci RAM, 256MiB pamięci masowej. Dostępne są złącza kart CF i MMC, port USB, złącze RJ-45 i WiFi B/G. Waży mniej niż pół kilo i jest czarny. Urządzenie napędza Linux i własnościowe rozwiązania producenta. “Na papierze”4 urządzenie wygląda wręcz genialnie.
Przegrałem większość plików PDF będących w mojej kolekcji i włożyłem kluczyk w port USB. Dwa wciśnięcia później przeglądałem pierwszy dokument. Po trzech minutach odłożyłem czytnik, podszedłem do stojącego na biurku mikrofonu i zakrzyknąłem “Szkoooooda, że Państwo tego nie widzą”. Bo rzeczywiście czytać o eInk to jedno, a zobaczyć taki wyświetlacz w działaniu to coś zupełnie innego. Dobrze poskładany PDF (czyli w większości nie te, które są dostępne (czy może od dziś: były dostępne) na The Pirate Bay) wygląda jak wydrukowany na laserowej drukarce.
Największe wrażenie wywarła na mnie krótka lektura na balkonie, w pełnym świetle. Każdy, kto próbował czytać z ekranu LCD (matowy czy błyszczący, bez różnicy) wie, że to praktycznie niemożliwe. eInk, który nie ma własnego podświetlania, wygląda jeszcze lepiej. Nie ma jednak róży bez nawozu. Odświeżanie ekranu jest widoczne i wywołuje u ludzi, którym demonstrowałem działanie, negatywne emocje. I agresję. I że ich Mak tak nie muli, jak przekłada strony. Uczucie irytacji na odświeżający się tekst mija, kiedy zamiast demonstrować kilka dokumentów na szybko zaczynamy na serio czytać. Jeżeli przeszkadza ci chwilowy brak tekstu na wyświetlaczu to wiem jak bardzo frustruje cię, że nie możesz czytać podczas przekładania strony analogowej książki.
Od piątku przeczytałem prawie dwie książki, mały stosik dokumentacji i trzy komiksy. Mogę tylko narzekać na to, że dzięki fizycznemu podobieństwu do książki nie mogę za długo czytać w łóżku, bo nigdy nie udało mi się znaleźć wygodnej pozycji. Gdybym przerwał recenzję w tym momencie, moglibyście pomyśleć, że taki e-book reader jest najlepszym wynalazkiem od czasu seksu i muzyki. Niestety.
To jest tak, idziecie na mecz swojej ulubionej drużyny. Jest piękny, sobotni dzień. Mecz odbywa się przy świetnej oprawie kibiców, a wasi strzelają siedem bramek w derbach. I wszystko byłoby super, gdyby to nie był baraż o utrzymanie się w B-klasie. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?
Wpierw podsumowanie: oprogramowanie jest chujowe. Chujowe, nie złe. Złe oprogramowanie wchodzi czasem w drogę. Chujowe snuje się po systemie z misją “co by tu jeszcze spieprzyć”. No więc mamy dwa porty na karty flash. Nie działają. Nie wiem, czy karta jest w złym formacie, czy może port jest sprzętowo uwalony. System nie raczy się odezwać i mnie poinformować. Dalej mamy WiFi. WiFi podobno służy do aktualizacji oprogramowania i synchronizacji z lokalnym katalogiem Samby, na którym trzymamy nasze dokumenty. Zgadliście: nie ma takiego zaklęcia, kombinacji klawiszy, bluźnierstwa i modyfikacji smb.conf, które ożywiłoby tę funkcję. Ale mamy USB, tak? USB działa, oczywiście, w jedną stronę. Możesz wetknąć w nie USB-Key czy też kartę SD przez przelotkę. Podłączenie do komputera skutkuje dokładnie niczym. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po krzemie, który napędza Linux. Po bliższej inspekcji zasilacza okazało się… że ma on wtyczki USB i RJ-45. Tak, podłączamy urządzenie do komputera przez zasilacz (który musi być podłączony do prądu), do tego dorzucamy okropny kawałek oprogramowania zawierający “sterownik” i międzymordzie umożliwiające zarządzanie treścią na wewnętrznym dysku iLiada.

Działa jak wygląda, wygląda jak działa.
Zapomnijcie o wsparciu dla OS X, zapomnijcie o Linuksie.
Zwolennicy komputerów z nagryzionym owocem mają w jednym rację: kupując urządzenie przeznaczone dla Kowalskiego nie można spieprzyć nawet jednego detalu. Co z tego, że mam w ręku zabawkę uzbrojoną w tę całą technologię, skoro przegranie nowej książki zajmuje mi do 10 minut (reset do Windowsa, odmontowanie jednego z dysków w serwerze, bo tylko tam mam odpowiedni kabel USB, odłączenie laptopa, podłączenie zasilacza, podłączenie zasilacza od iLiada, odpalenie oprogramowania, przeklikanie się przez okropny system menu, rozmontowanie konstrukcji, podłączenie dysku do serwera, zamontowanie dysku, reset). Zwykle po takiej zabawie jestem zbyt zmęczony i zirytowany, by czytać.

Jedną z najczęściej reklamowanych funkcji produktu iReksa jest możliwość robienia notatek w czytanych dokumentach. Urocze to. Mogę dorysowywać wąsy wszystkim postaciom z komiksów. Najmniej reklamowaną funkcją jest brak metody rozsądnego skalowania dokumentu. O ile da się od biedy przeżyć dokumenty stricte tekstowe, to kłaki idzie wyrywać przy publikacjach gazetowo-tygodnikowych. Strona PDF, która jest poskładana pod kątem wydruku, wyświetla się na całym obszarze wyświetlacza. Kartka A4 w 160DPI przy 124mm jest nadal czytelna, ale szybciej do końca wyłysieję, niż będę ślepił w takie pchełki. Przy zwłoczności technologii w której wykonano wyświetlacz, nie ma co marzyć o manualnym powiększaniu i przesuwani fragmentów.
No więc?
Osobiście nigdy nie kupiłbym czytnika iLiad firmy iRex. Czy kupię czytnik innej firmy? To właściwie przesądzone, przy ilości informacji, które konsumuję, tak rozrywkowo jak i zawodowo. Gadżet z eInkiem wydaje się być w przyszłości nieodłącznym wyposażeniem każdej toalety. iLiad jest po prostu jednym z tych produktów, które rozwijający rynek musi wydać. Przy cenie sięgającej prawie 600 Euro zakup go traktuję w kategoriach nieszkodliwego uzależnienia od nowinek. W tej chwili na rynku znajdują się dwa inne czytniki, o których czytałem dużo dobrego: Kindle i Sony e-book reader. Jeżeli naprawdę musisz.
Już zupełnie na koniec: w Polsce nie ma wielu legalnych źródeł elektronicznej prozy. Podobnie jak w przypadku pierwszych podrygów cyfrowych wydawców muzyki, sklepy oferują wszystko przybite DRM-em do podłogi, żebyś przypadkiem nie pożyczył gazety czy książki. Przejdzie im za jakiś czas.

2009/08/25 15 komentarzy »
Mamy HD. Mamy 3D. Mamy nawet filmy pornograficzne z wielkim budżetem. To wszystko jest oczywiste dla konsumenta kultury popularnej.
Chciałbym Wam pokazać dwa inne sposoby na przyswajanie materiału filmowego.
Ludzie, którzy mnie znają, odkryli już dawno temu sposób na zorganizowanie dobrej, filmowej imprezy. Należy zdobyć klasyczny i/lub okropny film, dać mi kilka szklaneczek whisky i pozwolić mi komentować akcję na ekranie.
Dzięki niesamowitemu poczuciu humoru i analitycznemu umysłowi potrafię poprawić każdy film. Ale dość już o tym jaki jestem wspaniały.
Są ludzie, którzy z poprawiania filmowych dialogów uczynili karierę. Może nie jest to idealny materiał na CV, ale kim jestem żeby oceniać cudze kariery.
Nie wyobrażasz sobie, że z własnej woli oglądasz “Szybcy i wściekli”, “Twatlight” czy też siedemset trzydziesty czwarty raz “Dwie Wieże”?1 Rifftrax. Rifftrax!
Wystarczy odpytać YouTube, kupić zestaw DVD dostępny na stronie lub… je sobie zorganizować. Wink-wink-nudge-nidge-say-no-more.
Wiecie jaka jest moja ulubiona ściema w pracy? Mówisz, że potrzebujesz się skupić nad bardzo ważnym problemem, zakładasz słuchawki, włączasz muzykę i oddajesz się marzeniom na jawie. Ile razy zdobywałem mistrzostwo świata jako niedoceniany, ale bohaterski bramkarz reprezentacji podczas “optymalizowania kluczy celem zwiększenia wydajności zapytań”.
Nie masz ulubionej muzyki przy sobie? Nie ma problemu! Już dziś możesz posłuchać dialogów z filmu dzięki stronie Listen To A Movie. Zadziwiające jak niewiele niektóre filmy tracą bez obrazu. Zadziwiające jak wiele filmów wyświetla mi się pod powiekami kiedy słucham dialogów. Patrys blipnął kiedyś, że siedzi plecami do telewizora i słucha japońskich dialogów z “Ghost in the Shell”, co nie przeszkadza mu śledzić akcji, bo i tak zna każdą minutę. Teraz nie musi nawet włączać telewizora.
2009/08/18 3 komentarzy »
Młodzi ludzie z zapasem czasu i pokładami chęci często chorują na ciężką odmianę NIH1. Objawia się to pisaniem własnych frameworków, baz danych, budowaniu karmników dla ptaków i produkcji naszywek ze sloganami obecnie dominującego popkulturowego ruchu. Jest przy tym dużo radości i jeszcze więcej nauki, gdy powtarzamy te same błędy, które dziesiątki innych ludzi już popełniło, a od których jesteśmy przecież sprytniejsi.
Kilka lat temu dostałem książkę, która prawdopodobnie nazywała się “Building Embedded Linux System”. Było o tym, jak zbudować własną dystrybucję Linuksa przeznaczoną do specjalnych zdań, używając do tego zainstalowanego wcześniej Debiana. Całą książkę można streścić w następujący sposób: “Nagraj to i to, skasuj resztę. Kasuj tak długo, aż przestanie działać. Jak przestanie działać przegraj to, co zbytecznie skasowałeś. I karm ldd plikami binarnymi. Taa-da! Embedded Linux!”.
Mimo wielu talentów, które posiadam (takich jak czytanie dokumentacji ze zrozumieniem), nie udało mi się nigdy odpalić mojej dystrybucji. Pod zamkniętymi powiekami pojawił się horror modelów samolotów, które zawsze wyglądały po złożeniu inaczej niż to, co było na pudełku.
SUSEStudio to najnowszy projekt Novella, który umożliwia użytkownikom budowanie własnych, specjalizowanych dystrybucji Linuksa bazowanych na dystrybucjach openSuSE i SuSE Enterprise. Cały proces składa się z kliknięcia w kilka webdwazerowych guzików i pobrania przygotowanego przez system, gotowego do dystrybucji obrazu. Zabawa jest na tyle wciągająca, że po godzinie miałem więcej specjalizowanych systemów operacyjnych niż NASA w przeciągu swojego istnienia.
Po utworzeniu konta (do logowania niezbędne jest konto w systemie OpenID — na szczęście każdy posiadacz konta GMail.com ma już tę część z głowy) przechodzimy do wyboru typu dystrybucji, od której możemy zacząć budować własny system. Podstawowym wyborem jest JeOS czyli, jak to ujęli twórcy systemu: “Just enough OS”. Jest to absolutny szkielet, który po zbudowaniu zajmuje ca. 80MiB. Jeżeli nie chcemy sobie brudzić rąk budując system od JeOS, możemy wybrać desktop z GNOME, KDE lub minimalny z IceWM i system serwerowy.

Po wybraniu szkieletu i nazwy dla naszej aplikacji przechodzimy wprost do instalatora pakietów. Możemy zainstalować dowolne pakiety, które będą potrzebne w naszym systemie, dodać URI do dodatkowych repozytoriów czy wprost wgrać własne paczki .RPM przez przeglądarkowe międzymordzie. Stąd już szybciutko: wybieramy typu urządzeń wskazujących, konfigurujemy sieć, firewall i czy w ogóle go potrzebujemy, personalizujemy sobie opcje bootsplasha, tu polecam własny ryj dla komicznego efektu, wybieramy domyślny poziom startu systemu, możemy dograć własny kawałek prawniczego bullshitu znanego jako EULA2, wybrać użytkownika, jaki ma być automatycznie zalogowany do systemu operacyjnego3 i ostatecznie uzupełnić system o własne skrypty startowe i pliki, które znajdą się w systemie.Proces budowania obrazu zajmuje chwilkę, możemy więc odsapnąć po tej niesamowitej, prawie trzyminutowej, pracy, którą włożyliśmy w budowanie własnej dystrybucji.
Jeżeli mamy akurat kilka maszyn, które zajmują się mieleniem powietrza, możemy zainstalować na nich Kiwi i budować obrazy na własnych maszynach, używając webowego konfiguratora stworzonego przez Novella. Pisząc ten tekst postanowiłem sprawdzić przydatność SuSE Studio w sytuacji zawodowej.
Zadaniem było zbudowanie kolejnego node bazy MySQL, która ma replikować dane z głównego serwera. Całość będzie żyła pod kontrolą systemu Xen. Kiedy pobrałem i zainstalowałem system w serwerze Dom0, minęło trochę ponad dwadzieścia minut. Otrzymałem system, który nie zużywa zasobów wczytując sterowniki do dźwięku, nie zawiera dziesiątki mniejszych i większych aplikacji, które są zupełnie zbyteczne na systemach embedded, który to system z łatwością można sklonować dowolną ilość razy i zmienić cały obraz kilkoma kliknięciami myszki.Ponieważ jest to pełnoprawny system zbudowany z pakietów SuSE, otrzymamy wszystkie poprawki bezpieczeństwa i możemy nawet spróbować zaktualizować cały system do najnowszej stabilnej wersji lub przyszłych wersji będących obecnie w fazie testów.

Dodatkowy cukierek. Zbudowany obraz możemy przetestować bez potrzeby ściągania obrazu, który w przypadku rozwiązań biurkowo-pracostacjowych może zajmować dobrze ponad dwa gigabajty. SuSE Studio dostarcza nam możliwość uruchomienia naszego bajzlu na maszynach Novella i obserwowania wyniku takiego startu przez przeglądarkę4, co zdecydowanie ułatwia szybkie testy.

Zawsze mówiłem, że urodziłem się w najlepszych latach. Rosnąc razem z komputerami miałem okazję ubrudzić sobie łapy5 grzebiąc w flakach, a gdy dorosłem i straciłem ochotę na walkę z każdym przełącznikiem setek obskurnych programików, z których większość zamyka dokumentacje w zdaniu “TODO: Documentation goes here”, technologia dorosła na tyle, żeby mi dać te wszystkie guziczki, które powodują, że nie muszę spędzać dnia na sprawdzaniu .bash_history i przypominaniu sobie, jaka kombinacja dała ostatnio dobry efekt.
2009/08/18 4 komentarzy »
Mądrość ludowa mówi: “w środku gówno po kotku”. Pewnego dnia przestał nam pasować biało-czarny układ, w którym jedni są niesamowicie dobrzy, a drudzy niesamowicie bezwartościowi i wymyśliliśmy coś takiego jak klasa średnia. Klasę średnią ekonomicznie stać na kredyt mieszkaniowy, dziecko i dwa komputery. Dziecko opcjonalnie można wymienić na dwa koty. Ponieważ i tak nie wszyscy załapali się do tej kasty, dokonano jeszcze jednego cięcia: na wyższą klasę średnią i niższą klasę średnią, jak w tym dowcipie o elementach, z których składa się dzida.
Ten podział zrodził we mnie chęć pomachania tasakiem nad klasą inteligencką. Do tej pory pasował mi układ czarno-biały: byli piszący i niepiśmienni, muzykalni i słuchacze disco-polo, zwolennicy aborcji i wyborcy PiS-u. Bardzo to łatwe. I z radością sam siebie do klasy próżniaczo-inteligenckiej zaliczałem.
Pozwolę sobie na małą dygresję. Macie moje pozwolenie (a sąd puści Was uznając, że nie przekroczyliście granicy obrony koniecznej) na obicie ryja każdemu, kto dumnie mówi o sobie per artysta. Mamy od chuja fotografów, bo każdy może zrobić dziś zdjęcie i pokazać je innym bez zajmowania maminej łazienki na ciemnię, mamy nadprodukcję pisarczyków, bo blożka stawia się pół kwadransa z przerwą na siku. Niewyczerpane są pokłady grafików, którzy nie potrafią trzymać ołówka i znawców dowolnych dyscyplin związanych z kulturą i sztuką. Są to współcześni ludzie oświecenia. Wystarczy zaświecić im w ucho i zobaczyć snop fotonów, który nie napotkał przeszkody.
Wracając do intelektualnej klasy średniej. Ci z góry piramidy robią po prostu swoje, Ci z dołu mają twórczość gdzieś, póki wódkę z przemytu da się zaprawić łyżką cukru skarmelizowaną nad ogniem. I zostajemy my: potrafiący docenić dobry tekst i pozbawieni talentu, by samemu taki napisać. Wytrawni słuchacze muzyki, których ostatnią melodią był “Wlazł kotek na płotek” w szkole podstawowej, na 3+. Wiecznie małpujący utwory ludzi z góry drabiny. Nie tylko style, maniery i grubość kreski na płótnie, także to, czy ulubiony malarz zwykł jeść buraki z dżemem przed spaniem.
Męczeni brakiem jakiegokolwiek pomysłu, łapiący się każdej metody i każdej butelki, byle tylko udało się zagrać coś, coś zrobić. I ta nieustanna frustracja. Facet z miarką i krótkim penisem. Mierzyć umiesz, uczciwie. I mierzysz. I kurwa, nie staje. Talentu.
Zapalasz więc fajkę i piszesz notkę na blożka, że nie możesz już dłużej w niższej klasie średniej i bardzo chcesz przemyconej wódki i ogórka.
A wszystko przez to, że klasa średnia bierze się tak bardzo na serio.

2009/08/17 6 komentarzy »
Wszyscy obserwowali sufit. Cztery, trzy, dw… Uderzenie zatrząsnęło budynkiem, tynk posypał się małymi strumykami, pokrywając ukrytych w pomieszczeniu ludzi warstwą kurzu.
Ktoś wyciągnął świeczkę i zapalił zapałkę. Dookoła kręgu światła zawisły twarze. Bardzo mieszane towarzystwo: panowie z sumiastym wąsem i gładkie twarzyczki dzieci spędzających kolejne wakacje na wojnie.
Cztery, trz…
Kurwa! — pomyślał na głos najstarszy stopniem i zwrócił się do pierwszej osoby z brzegu: — Jak wygląda sytuacja?
- Melduję posłusznie, że wyszły bagietki, woda mineralna, a dzieci nie mają opieki dentystycznej — tu ze znanych tylko sobie powodów zdający raport popatrzył na górę szmat będących wcześniej ubraniem sanitariuszki, która wczoraj odstawiła taniec egzotyczny z rozdzieraniem, żeby poprawić morale.
- Czy chłopcy nadal bronią elektrowni?
- Tak. Dzielne chłopaki. Siedzą tam tylko o krewetkach i winie. Wczoraj kilku próbowało przebić się do fabryki serwetek, niestety, ponieśli śmierć na miejscu.
- Siły wroga?
- Nieświeże krewetki!
- Wojna to pasmo nieszczęść.
Odwrócił się do zgromadzonych, odchrząknął i przemówił.
- Panowie, nie ma co się oszukiwać. Przegrywamy ten zryw i wygląda na to, że nie dożyjemy do następnego sezonu “Mody na sukces”. Jako wasz przełożony przyznaję dziś, że napadanie na wystraszonych i uzbrojonych żołnierzy będąc samemu nieuzbrojonym było nie najlepszym pomysłem.
- Prawda — przyznał jeden z bohaterów ruchu, Jasiek. Stał dalej, bo światło świecy nie oświetlało już jego dni. Oślepł po tym, jak napadł z siekierą na słońce.
- Dlatego — kontynuował przełożony — musimy się poddać i zaoszczędzić sobie dogrywki. Chłopcy nadal bronią elektrowni, a to znaczy, że możemy wysłać e-maila.
Na środek pokoju wyciągnięto stół, a może były to tylko drzwi, który postanowiły się rozerwać podczas detonacji jednej z bomb. Postawiono na nich laptopa.
W pokoju dominowało światło ekranu laptopa i migające czerwone punkty papierosów.
- Ktoś pamięta, jaki oni mają korporacyjny schemat na nazwy e-maili, te Szwaby?
- Można sprawdzić w Wikipedii — powiedział młodszy szeregowy i zaraz tego pożałował. Dowódca zerwał się z miejsca i trafił go pięścią w szczękę. Stojąc nad nim wycedził przez zęby: — Jest wojna. Nie mamy routingu do Europy Zachodniej. Jak myślisz, czemu nie piszę tego listu przy pomocy GMaila?
- Dobra, mam. ssobergruppenfuhrer@vondem-bachzelewski.de i daj kopię do info@röntgen.de.
- Ale jako to, domena z znakami poza US-ASCII? Jak to wpisać?
- Słowo daję, jeśli przeżyjemy te starcia, upewnię się, że domeny nie będą miały znaków narodowych. Albo zapiszę wszystkich w Niemczech na serwis żółtałódźpodwodna.pl.
- Tak nam dopomóż Bóg! — zgodzili się obecni przy stole.
I to jest, synku, wkład Polaków w budowę Internetu, jaki znamy dziś.
2009/08/16 Jeden komentarz »
Pewnik; 1. fakt, prawda oczywista, coś, co nie budzi żadnych wątpliwości, jest całkowicie pewne, udowodnione; 2. twierdzenie uważane za oczywiste, niepodważalne; aksjomat
Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Kierzka w jego rodzinnym domu pokazał mi swoje zdjęcie z Kasią. On, młodzieniec, który jeszcze nie musi się golić i ona, wyglądająca jak kolekcjonerka Karteczek1 bez, że tak powiem, atrybutów kobiecości. Dzieci.
Z mojej arytmetyki wychodzi, że znoszą się nawzajem już od kilkuset lat, plus minus trzy godziny. Było niemal pewne, że ostatecznie zdecydują się zainstalować sobie nawzajem małe, przenośne urządzenia GPS zwane popularnie obrączkami.
Misja zakończyła się sukcesem jedenastego lipca bieżącego roku. Konrad ‘Kierzko‘ Kierzkowski wziął sobie za żonę Katarzynę Jarmuż.

W imieniu swoim i organizacji lekko artystycznej ‘zuo’ chciałbym złożyć podziękowania młodej parze za znoszenie nas podczas wesela. Rozumiemy, że nie było to łatwe zadanie.

Zdjęcia udostępniła Aleksandra Korszuń.
2009/07/16 26 komentarzy »
Tego się pewnie nie spodziewaliście. Podcast o anime i mandze z “anime” i “manga” w tytule. Nowinki, recenzje i relacje z Japonii, w której mieszka i pracuje Ichigo, jeden z załogantów audycji.
Raz w tygodniu dostajemy dwa podcasty, jeden o komiksach, drugi o animacji. Obie edycje składają się z nowinek, recenzji i słownych utarczek obsługi mikrofonów.
Cztery mikrofony na pięć. Bluźnią.
Kanał RSS Common Sense. Kanał RSS Hardcore History. Strona.
Dan Carlin to facet z ciepłym, radiowym głosem. O szybkości karabinu maszynowego. Kiedyś dziennikarz, dziś podcaster. Prowadzi dwie audycje, jedną o polityce (Carlin jest wielkim przeciwnikiem dwupartyjnego systemu politycznego instniejącego w Stanach Zjednoczonych) i świecie w ogóle, drugi historyczny.
Program polityczny można sobie odpuścić, niewiele osób jest na serio zainteresowanych niuansami z salonów nowego Wielkiego Brata. Podcast historyczny jest zdecydowanie audycją, którą każdy słuchacz podcastów powinien zaliczyć. Ilość pracy, którą Dan wkłada w jeden odcinek HH jest wręcz powalająca, a praca ta w połączeniu z talentem oratoryjnym powoduje, że spędzam dwie godziny słuchając o konflikcie na Osterfront i nie odczuwam znużenia. A historia nigdy nie była moją miłością.
Pięć mikrofonów. Puszczać młodzieży.
Dwa filmy, jedna audycja. Siedzi sobie Eric z Michellem, gadają o filmach. Zajmująco gadają, choć nie zawsze na temat filmów, które wybrali. Podcast zamknął właśnie pierwszy sezon i przygotowuje się na lekką zmianę formuły, aby to uczcić nagrano odcinek o dwóch filmach, które leżą na dwóch końcach spektrum kinematografii: “Tank Girl / Shindler’s List“.
Pięć mikrofonów. Bluźnią i złorzeczą bogom i świętościom.
Autorzy popularnego bloga o gadżetach podsumowują wydarzenia tygodnia i toczą słowne spory o typy wyświetlaczy, czy Nokia skończyła się na czarnym albumie. Rzeczy ważkie dla ludzi noszących spodnie. Wróć, emancypacja. Dla ludzi nie noszących nigdy sukienek. Wróć, Szkoci i pasterze kościoła rzymskiego. Po prostu ważne.
Cztery mikrofony, bo ostatnio ciągle o tych telefonach gadają, aż się chce wyjść z kina. Nie bluźnią. Młodzieży nie puszczać, bo załapią bakcyla.
O HE pisałem już przy okazji listy ulubionych komiksów i podając przykład rzeczy, na które wydaje swoje pieniądze (i czemu nie na gazety). Audycja ma teoretycznie standardową formę (nowinki z Internetu, mailsack, czyli listy od czytelników, Fancy Bastards Book Club i tak dalej) ale najlepiej wychodzi im wolna amerykanka.
Od trzech mikrofonów do sześciu (sześć przyznaję za wolną amerykankę: jak Predator dzwonił do działu technicznego w Indiach bo mu się komputer w kostiumie zepsuł, ale rant Osamy Bin Ladena na temat VHS), dodatkową premią są organizowane co jakiś czas “Shitty Movie Nights”.
Podtytuł podcastu “lustrujemy kulturę popularną w sposób na który pewnie nie zasługuje” prawdopodobnie mówi wszystko. Prowadzący składają się w większości z absolwentów kierunków humanistycznych szacownych uniwersytetów USA. Wyposażeni w długie wyrazy, wiedzę o historii literatury i muzyki potrafią wyciągnąć z najgłupszego filmu najbardziej nieoczekiwane wnioski.
Bo na przykład, kto z Was zadał sobie pytanie “Czy Optimus Prime może zamienić się w Vishnu“? Czy też sprawy bardziej na czasie ze względu na niedawny pogrzebowy show “Jak przeżyć thriller“.
Nikt nie wkłada tyle cykli mózgu w rozmyślanie o popkulturze.
Pięć mikrofonów. Nie bluźnią. Dobra, czasem im się wyrwie jakaś “dupa”.
Kanał RSS sezonu drugiego. Sezon pierwszy. Strona.
OMG! OMG! OMG! WRÓCILI!
Przepraszam za ten wybuch fanboizmu. Tworząc listę do tej notki zatrzymałem się na chwilę nad Jeff and Casey Show i westchnąłem. Pierwszy sezon zakończył się jakiś czas temu, chłopcy się tak komuś spodobali, że podpisali umowę na przeniesienie audycji do jakiegoś radia. Jak to bywa w życiu umowa wybuchła im w twarz, a legalne zobowiązania nie pozwoliły im rozpocząć drugiego sezonu.
I wrócili. Nie wiem jeszcze jak to się udało, ale się udało. Drugi sezon ma już osiem epizodów. Yay!
Podcast prowadzony jest przez dwóch programistów firmy Mollyrocket. Trafiłem na niego przypadkiem, gdy ktoś podlinkował mi ten oto wycinek jednego z odcinków, rant o Visual Studio.
Obowiązkowo.
Sześć mikrofonów na pięć. Bluźnią.
Zapraszamy na drugą stronę, do Byte i jego listy. Możecie też zobaczyć moją pierwszą listę jeżeli ta dwuczęściowa edycja nie zadowoliła Was do końca.
2009/07/13 3 komentarzy »
Piotrek, zapytany przez swoją sześcioletnią siostrzenicę o jednorożce, próbuje wytłumaczyć, co to za stwór.
– Widzisz — mówi — to taki koń1, tylko z rogiem na czole.
Dziewczynka popatrzyła na niego.
– Nie było jednorożców.
– Ależ były, dawno temu, tylko już wyginęły. Serio.
– Nie ma jednorożców. To tylko taka bajka, jak Święty Mikołaj. Nie ma Świętego Mikołaja. I boga też nie ma.
Każdy z nas urodził się ateistą. Żeby uchronić nas przed rozpaczą po śmierci Babci, powiedziano nam, że poszła do takiego miejsca, gdzie jest zajebiaszczo i “Dynastia” też tam jest, więc nawet martwa nie przepuści odcinka, w którym wszyscy okazują się być swoimi zaginionymi braćmi z amnezją. Żebyśmy sprzątali zabawki wciśnięto nam historię o dwóch podglądaczach z pedofilskim zacięciem: Mikołaju i bogu, którzy widzą każdy Twój gest i przygotowują odpowiednią karę dla nieposłusznych.
W szkole po lekcji polskiego, na której świetnie bawiliśmy obśmiewając greckie mity, chodziliśmy na religię, która przygotowywała nas do zjedzenia ciała i wypicia krwi Jezusa, który począł sam siebie2 z kobietą, wieczną dziewicą. Kupiono nam ładne wdzianka, wódkę i zegarek z dwunastoma melodyjkami. Z koperty patrzył na nas dumny amerykański orzeł siedzący na napisie “stainless steel“.
Rodzice nie kłamcie dzieciom o jeżu. I Mikołaju. I bogach.
2009/07/10 23 komentarzy »
To było nieuniknione. Po przekroczeniu trzydziestki faceci rozwijają chęć posiadania pierwszego pierścionka, który można nosić bez skrępowania na ulicy. Wczoraj ofiarą tego niepokojącego trendu1 padł Piotr Wojciech Szotkowski (znany także jako Shot), który wziął sobie za żonę Martę Jackowską w kościele Św. Marcina.

Gambare, gambare Szotkowski-san!
Zdjęcie: Marta Malina Moraczewska. Kilka dodatkowych fotek dostępne w moim albumie.
2009/06/28 2 komentarzy »
Wpierw cię ignorują, potem z tobą walczą, na końcu wygrywasz. Później trafiasz w główny strumień popkultury.
Znany cytat wypowiedziany przez znaną osobę.
Kiedy zaczynałem z komputerami, było to hobby dla ludzi z brodami aspirujących do gęstszych bród oraz młodzików takich jak ja, czekających aż zapuszczą swoją. Jeżeli chodzi o publiczny odbiór, byliśmy gdzieś pomiędzy filatelistami a użytkownikami CB-radio. Nikt nie przejmował się tym, co robimy, my nie przejmowaliśmy się światem.
Nie było bariery wiekowej, nie było uprzedzeń religijnych i nie było kobiet. Dziś trochę tęsknię za starymi, dobrymi czasami.1 Człowiek mógł poczuć się jak bohater bardzo taniej powieści sensacyjnej.
Wspinałem się po schodach w starej kamienicy, stukałem w drewniane drzwi. Po jakimś czasie otwierała mi Stara Kobieta (zbliżała się niebezpiecznie do trzydziestki) i spoglądała na mnie z mieszaniną niechęci i zmęczenia. Przepuszczała mnie do małego pokoju, gdzie na podłodze bawiła się dwójka dzieci, a w kącie przygarbiony siedział jej mąż, odkrywający wtedy tajniki asemblera 6502. Prasa branżowa na biurku, czasem nawet ksero przemyconego gdzieś z Niemiec miesięcznika o komputerach Commodore i rozmowy o fantastycznych niuansach programowania.
Patrząc z perspektywy czasu, mogę sobie wyobrazić, jak czuła się Stara Kobieta, która musiała znosić to, że jej mąż, ojciec dwójki dzieci – starsza dziewczyna była chyba cztery lata młodsza ode mnie – spędza wolny czas nad klawiszami w towarzystwie szczyla, który grywa w piłkę z chłopakami z parteru.
Dialogi z koleżankami w pracy musiały być dla niej bolesnym doświadczeniem. “Mój mąż kupił Poloneza”. “Podłączą nam telefon w przyszłym roku”. “Tak, a mój mąż siedzi z jakimś dzieciakiem i podskakują z radości, bo w lewym rogu ekranu wyskoczyło im ‘A’”.2
Jej nieszczęście polegało na tym, że nie miała w słowniku dobrego słowa, które opisuje dokładnie to, kim był jej facet. Mogła powiedzieć “entuzjasta” albo “hobbista”, mogła użyć dużo pojemniejszego terminu “totalny pojeb”. Nie mówiło się wtedy do kogoś per geek.3
Lata płynęły, komputery przeniosły się z banków i biurek “totalnych pojebów” do domów zwykłych ludzi. Nagle ten dziwny facet w okularach, z tłustymi włosami, ubrany we flanelową koszulę w kratę stał się nieocenionym źródłem dyskietek z grami i pomocną dłonią w instalacji karty graficznej Virge 3D, który miał wyjątkowo kłopotliwe w instalacji sterowniki do Windows 3.11 for Workgroups.
Staliśmy się potrzebni. Jak facet, który przepycha twój kibel zapchany wyjątkowo udanym produktem jelita. Faceci przepychający kibel mieli jednak przewagę: w większości lepiej pachnieli.
Przewijamy o dziesięć lat do przodu.
Nasza powolna praca polegająca na podkopywaniu społeczeństwa opartego na wiedzy opłaciła się. Wszyscy mają komputer, telefon z własnym systemem operacyjnym, lodówkę z portem USB do aktualizacji oprogramowania. Świat został zdany na naszą łaskę i niełaskę. Potworzyliśmy miejsca pracy, które są przykrywką do rozgrywania naszej małej gry. “Programista” i “administrator” to lepsze nazwy dla tego co robimy niż “młodszy Adolf Hitler aplikacji webowych” lub “Józef Stalin ds. systemów UNIX-owych”. Wywołują mniej komentarzy.
Z niewiedzy i strachu rodzi się kult. Młody narybek dostosował się do świata. Tak narodził się komputerowy diabeł 2.0, z zaokrąglonymi rogami.

Konsumenci rozrywki popularnej poznawali nas powoli. W latach osiemdziesiątych stereotypowy nerd był zwykle pomocnikiem Przebojowych Młodzieńców w jednej z wielu nakręconych wtedy komedii, które rozgrywały się na terenach uniwersytetu.
Nie dało się już wyprowadzić dyrektora z równowagi psując zamki w drzwiach lub nosząc nieprzepisową fryzurę. Nową drogą do komicznego spełnienia byłą wyrzutnia kobiecej bielizny, a kto lepiej wie o trygonometrii, elektronice i tych wszystkich rzeczach, o których nie dowiesz się z dna butelki Bud Light niż uzbrojony w pisaki i okulary sklejone taśmą klejącą, noszący muchę mól książkowy?
Zza rogu zaatakował “Tron” i “Gry wojenne”, dające widowni przedsmak bohaterów uzbrojonych w klawiaturę. Zły programista uwalnia dinozaury w “Parku Jurajskim”, a ubrany na czarno profesor matematyki podrywa kobiety na teorię chaosu. Usta młodej Angeliny Jolie (i chyba reszta), muzyka The Prodigy i bohaterska walka dobrze ubranych i ekscentrycznych młodzieńców rozpala do czerwoności umysły przyszłych administratorów. Jak dziś pamiętam artykuł Bonzaja/Plastic, który w tekście zatytułowanym “Jebać” wymieniał rzeczy, które go niezmiernie irytują (“baby atakujące parasolem w tramwaju”) skąd pochodzi następujące zdanie:
Jebać tego gościa, co przed zajęciami pisze na tablicy “Hack the planet!”
Potem kosmici zginęli z ręki, czy raczej dyskietki gościa, co napisał wirusa na komputerze Apple i wgrał go do systemu statku-matki najeźdźców, a Neo razem z jego dziewczyną odzianą w lateks strzelał z karabinu maszynowego biegając po ścianach.
Świat wiedział, że nie ma z nami żartów. No, przynajmniej ta część świata, która wyrabia sobie światopogląd oglądając mały i duży ekran. Czyli większość.
Na tajnym spotkaniu zapadła decyzja, że trzeba trochę złagodzić obraz nerdów, bo mamy problemy z pozwoleniami na broń, kiedy w rubrykę zawód wpisujemy jedno z zajęć uchodzących za związane z technologią.
Ostatnie dwa lata to droga od sukcesu do sukcesu dla dwóch seriali telewizyjnych, których głównymi postaciami są właśnie typowi techniczni/naukowcy.

IT Crowd to produkcja anglików. Akcja dzieje się w typowej korporacji, zasiedlonej przez piękne kobiety z górnych pięter, które nie potrafią odróżnić tranzystora P-N-P od N-P-N oraz ekspresu do kawy od oprogramowania antywirusowego.
W piwnicach firmy czają się pracownicy działu IT. Ignorujący telefony od zrozpaczonych współpracowników, którym Spinacz zajumał żmudnie wklepywany raport. Randkujący od przypadku. I ich szefowa, przyjęta z łapanki paniusia, kompletna ignorantka w temacie rzeczy, którymi zajmuje się dział, którym zarządza. A przynajmniej powinna.
Trzy niestety dość krótkie sezony. Wizualna lektura dla każdego, kto kiedykolwiek musiał powiedzieć przez telefon “Próbował Pan wyłączyć i włączyć go ponownie?” w ramach obowiązków zawodowych.

The Big Bang Theory kręcą Amerykanie. Tym razem komputery są tematem pobocznym, bo główni bohaterowie to fizycy-teoretycy. Zestaw typowych cech dziwaków, jakimi są trudność w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi spoza swojego kręgu społecznego, obsesyjność, bluzganie żargonem technicznym i blond-sąsiadka miały dać świetny materiał na komedię. Niestety, Amerykanie mają napisane w konstytucji, że każdy film musi mieć wątek miłosny4 i musimy znosić słabe podrywy, gdy moglibyśmy słuchać więcej monologów ulubionego bohatera wszystkich widzów: Sheldona.
Po dwóch sezonach serial zaczyna zjadać własny ogon i jeżeli reżyser się nie ogarnie to pozostanie mu dodanie z trzech rodzin i podpięcie się do nurtu “Mody na sukces”.
Jeżeli jesteś młodym człowiekiem i szukasz wyróżnika, który pozwoli Ci przyłączyć się do jakiejś grupy, której sztandarem będziesz mógł powiewać, to powinieneś się zastanowić, czy bycie nerdem się opłaca. Jesteśmy już opakowani, ometkowani i gotowi do spożycia przez kulturę masową. Bycie nerdem to ścieżka kariery jak bycie maklerem. Czerwone szelki czy prostokątne okulary z szkłami bez właściwości korekcyjnych, biała koszula czy koszulka ze sprytnym sloganem.
Na pomysł tego tekstu (który miał być tematem mojego podcastu, numer -2, ale ludzie współpracujący są kompletnie zajęci) wpadłem skacząc po blożkach. Zatrzymałem się na jakimś “szafowym”, gdzie modne kobiety przebierają się w ubrania zakupione na ciuchach lub w modnych sklepach i robią sobie fotki. Jedna z kolekcji nawiązywała do skeczu z TBBT, “Rock, paper, scissors, lizard, Spock”. Pomyślałem: nawiązanie do Spocka na blożku o modzie? Przeszliśmy tak daleko, że widzimy swoje plecy.
2009/06/26 16 komentarzy »