Zacznijmy historią. Dawno temu, w czasach gdy dinozaury zamieniły się już w paliwo, a Lech Wałęsa nadal szykował się do skoku przez płot, jedną z popularniejszych rozrywek wśród dzieci w moim wieku było słuchanie bajek z winylowych płyt.
Kochałem każdą bajkę w mojej kolekcji. Znałem na pamięć każdą piosenkę i żart. Niektóre zawierały ponadczasowe prawdy. Weźmy bajkę o znudzonych zwierzętach w lesie, które w ramach walki z nudą budują sobie boisko piłkarskie. Jest czyn społeczny, jest praca w pocie czoła. Po skończonej pracy pierwszy mecz, który nasi leśni przyjaciele przegrywają z kretesem. Wtedy to Słoń, najmądrzejsze bydle w stadzie (no, może nie był taki mądry skoro mieszkał w lesie? Choć w PRL-u mógł dostać po prostu taki kwaterunek) wygłosił kwestię: “To nie wszystko mieć boisko i trybuny mieć, nie wszystko”. Trzeba do tego trenować!
Miałem też “Piotrusia Pana”. Kto może nie kochać małego anarchisty na haju z wróżkowego pyłu? No i biły się o niego dwie dziewczyny! (Wtedy wydawało mi się dziwne, kilka lat później fantastyczne, dziś mocno nierealne) W każdym razie słuchałem tej płyty dość często i cieszyłem się z każdej chwili w której mogłem obcować z historią.
Było niedzielne popołudnie. Ojciec gdzieś wyszedł, a Matka sprzątała. Leżałem na łóżku ciesząc się kolejną ucieczką Kapitana Haka. Bajka się kończyła, już prawie wstawałem by podnieść igłę. Matka właśnie przechodziła w okolicy ciągając za sobą odkurzacz (ach, te pojedynki, kto kogo zagłuszy) i trąciła adapter.
Igła podskoczyła i opadła. Usiadłem sztywno, moje oczy zamieniły się w 50 złotowe monety (monety o wartości 50 złoty wyglądały tak) — Kapitan Hak zginął w brzuchu krokodyla, który wcześniej odjął mu rękę. Ale jak to! Znam tę bajkę! To się nigdy nie zdarzyło. Co się dzieje? Dwa lata słuchania i nigdy tego tu nie było? Szok porównywalny z pierwszym kontaktem z biurokracją. Po bliższej inspekcji płyty odkryłem rysę. Rysę, która przez dwa lata podbijała igłę na chwilę przed zakończeniem historii. Rysę, która sprytnie umiejscowiła się w miejscu, gdzie przygrywał muzyczny przerywnik dzięki czemu nigdy nie miałem podejrzeń, że jestem ograbiany z epilogu.
Mody wracają. Osobiście czekam na powrót flanelowych koszul, których mam niezły zapas z lat dziewięćdziesiątych. Póki to nie nastąpi muszę się zadowolić nowo odkrytą pasją: podcastami. Co rano zbieram nowe epizody gadających głów, które umilają mi kawę analizą, żartem i wiadomościami. A bajki? Bajki też są!
Projekt LibriVox jest tym dla książek audio, czym Projekt Gutenberg jest dla książek. To kolekcja klasycznych tekstów czytanych przez wolontariuszy. Czego tu nie ma! Samo wybieranie rzeczy, których chciałbym posłuchać zajęło mi dobry kwadrans. Na początek ściągnąłem “Alicję w krainie czarów” Lewisa. Mimo, że każdy rozdział czytany jest przez inną osobę, jakość okazała się doskonała i mogłem sobie przypomnieć najbardziej psychodeliczną bajkę mojego dzieciństwa podczas spaceru.
Zaprawdę powiadam Wam, są jeszcze w Internecie projekty, które nie koncentrują się na produkcji fotek kotków ze “śmiesznymi” podpisami. Wartości tego serwisu nie da się przecenić: mamy nie tylko dostęp do wielu perełek literatury, ale dodatkowo możemy podszkolić nasze zdolności językowe. Uczycie się rosyjskiego, francuskiego czy hiszpańskiego? No to zakładajcie słuchawki i słuchajcie.
Serwis przekroczył niedawno magiczną granicę — wysłuchanie całego materiału tam zgromadzonego zajmie Wam 365 dni.
Jutro poniedziałek. Droga do pracy w deszczu i zgrzytanie zębami przy pierwszym kontakcie z firmową pocztą. Umil sobie drogę do dobrą literacką pozycją. Ile można męczyć nowy singiel Britney?
October 19th, 2008 · Tags Pisanina, µGeek | 9 Comments »
Jest poniedziałek. Jest mokro. Trzeba iść do pracy. W pracy trzeba męczyć bazy danych i liczyć różne rzeczy. Do dupy taki zawód, gdyby ktoś znalazł jakiś sposób żeby móc przeglądać rysunki Azjatek w szkolnych strojach i mówić, że się pracuje.
Czekamy na “Porn guide to Java” i “Haiku guide to wireless networking”.
October 13th, 2008 · Tags µGeek | 2 Comments »
Używając ostatnich ciepłych dni w tym roku spacerowałem po parku jedząc loda (ananasowy, dwie kulki). Nagle z ławki poderwał się jakiś facet i wymachując mi przed twarzą pokazywał żebym zdjął słuchawki. Zdjąłem. “Niech Pan tego nie je! Do lodów od wczoraj sypią arszenik, ale nikt tego Panu nie powie, bo to spisek. Więc informuję”. Popatrzyłem krytycznie na loda, upuściłem go na ziemię i z całej siły rozdeptałem glanem.
Rozejrzałem się po parku. Dzieci, zakochani i staruszkowie. Wszyscy w niebezpieczeństwie. Pobiegłem więc krzywymi chodnikami i bez słowa wytrącałem im popołudniowy deser. Robiąc to wykrzykiwałem informacje o niebezpieczeństwie. Część osób dołączyła do mojej krucjaty. Kiedy zakończyliśmy oczyszczanie parku pobiegliśmy ulicami Łodzi niosąc nowinę i ratując istnienia.
Policja wyłapała nas po godzinie. Przesłuchiwany powiedziałem, że to skandal i wszystkiemu winni są wariaci przesiadający po parkach, który zatruwają umysły rozsądnych obywateli, takich jak ja.
Brzmi idiotycznie? To zmieńmy bohaterów.
Anonimowy autor tekstu, powołując się na anonimowe źródło napisał, że Jego Dżobsowatość miała zawał. Ludzie złapali się za głowy, potem za portfele i ruszyli sprzedawać akcje Apple. Nie od dziś wiadomo, że po śmierci użytkownikom odbierze się wszystkie ich makowe laptopy, desktopy, iPody i iPhony, ułoży się z nich kurhan pod którym spocznie ciało lidera. Kogo winią ludzie? Czytując różne teksty opisujące to wydarzenie widzę, że ogół przychyla się do obarczenia winą “dziennikarstwa obywatelskiego”, które w przeciwieństwie do “dziennikarstwa profesjonalnego” nie ma standardów, opiera się na plotkach i w ogóle żyje tylko dla odsłon i wpływów z reklam. Pisząc to zdanie sam omal nie zszedłem na serce od nagłego skoku sarkazmu w krwiobiegu.
Ludzie z chęcią pozbędą się odpowiedzialności za własną głupotę jeśli jest tylko jakiś wygodny kozioł ofiarny. Taki bez twarzy i osobowości. Amatorskie pisarczyki, terroryści i czarni.
Głupiec szybko rozstanie się ze swoimi pieniędzmi.
Ciekawi mnie jak zareagowali na to więksi udziałowcy Apple. Ktoś tam chyba powinien pomyśleć, czy na serio opłaca im się eksponowanie swojego star-CEO, tak jak ma to teraz miejsce. Ludzie wierzą, że Jobs osobiście czyta wszystkie diffy kodu, który piszą jego pracownicy, oczami fantazji widzą go, jak spędza godziny w laboratorium i poszukuje genialnych rozwiązań, które ostatecznie wykończą konkurencję. Mity są dobre, zwłaszcza te, które ukazują oddanego i łebskiego szefa dzięki któremu wszystko dookoła ma sens.
Jeżeli ludzie wierzą, że Jobs jest jednoosobową armią, to potrafią wykonać prostą operację matematyczną i stwierdzić, że Apple - Jobs = 0. Czy posiadacze majątków zaklętych w papierki APPL wierzą, że Stefan jest nieśmiertelny? I nigdy nie powie im “Pierdolę, nie robię”, spakuje kilka koszul i pojedzie robić pomocniczy wokal w soundsystemie z Kingston?
Jedna plotka starczyła by jakiś człek wzbogacił się na shorcie (dolary przeciwko orzechom, że SEC przetrzepie transakcje z tego okresu i ktoś się będzie tłumaczył) — mordując znany cytat — “prawda nas uwali”.
(Zupełnie z boku, pisząc to oglądałem co tam w RSS piszczy i trafiłem na notkę Pana Makowskiego. To już nie pierwszy raz “zawodowi dziennikarze” używają tekstów napisanych przez bloggerów i nie fatygują się z ukłonami w kierunku autorów. Blogger między pisaniem tekstów wyciska tylko pryszcze, redaktor Polityki musi mieć na bułkę z masłem i paliwo do rakiety na czterech kołach. Priorytety.)
October 5th, 2008 · Tags µGeek | 6 Comments »
“A gdy i to nie pomaga, wracam do domu. Bardzo, bardzo wolno.”
Jaki jest najlepszy termin przydatności do spożycia dla przyjaźni? Czy marzenia młodych ludzi są warte realizacji? Wojna za dwie godziny, czy zagłada świata w tej chwili.

Nie umiem pisać o książkach, filmach i muzyce. Dużo przymiotników, mało faktów. Więc powiem tylko tyle 雲のむこう、約束の場所 (ang. Beyond the Clouds, The Promised Place) to jedno z najlepszych anime, jakie widziałem w tym roku. Historia, wizualny orgazm i dziewięćdziesiąt minut cichych retrospekcji.


October 4th, 2008 · Tags Prywata | 14 Comments »
Słaby tydzień. Seria słabych tygodni układająca się w dwa miesiące.
Pracownicy. Ludzie, z którymi pracujesz. Ci wszyscy spece od różnych rzeczy: kamieniarze i designerzy damskich torebek dla facetów. Jeżu, jak oni się opierdzielają i ciągle robią Cię w konia. Symulują pracę póki nad nimi stoisz. Gdy tylko się odwracasz priorytety sortują się natychmiast. Przyłapany na olewce pokręci głową i powie “pracuję przecież” kadrując fotki, które zaraz wrzuci na Naszą Klasę.
Klienci. “Jeszcze tylko jedna zmiana”, “Faktura nie doszła” oraz “Trzeba było zadzwonić, bo dokument na biruku nie obliguje nas do niczego. A skoro już rozmawiamy, to mamy taką poprawkę”.
Specyfikacje. Odwrotność dowcipów. Dowcipy są krótkie, mają puentę i są zabawne. Specyfikacje są długie, zmieniają się jak kalejdoskop, a na końcu są ignorowane.
Komputery. Serwery. Gadżety. Śmierdzą kałem i psują się.
Kawa. Skończyła się, nie mogę mieć więcej kawy, bo Klienci.
Alkohol. Jak kawa, a do tego przestał mi smakować.
Sądy. Szósty rok tą samą sprawę. Pół setki świadków i dowody. Potem uchybienie proceduralne i od początku ze zmianą składu sędziowskiego. “Co Pan nam może powiedzieć nowego w tej sprawie?” — zapytano mnie — “Nowego nic i mam nadzieję, że jeszcze pamiętam stare”.
Banki. Proszę udowodnić, że nie potrzebuje Pan kredytu żebyśmy mogli dać Panu kredyt.
Ruby na szynach, Python w klatce, PHP on crack, IDE w Javie, PLD na serwerze, Apache ze szkła. Osiemdziesiąt procent strat na routerze, dziewięćdziesiąt procent utraty chęci.
Kobiety. Próbujesz się z taką jedną umówić, miesiąc czy tam kwartał. Pół roku nawet? Bez zobowiązań, może zamienić słowo z kimś, kto nie zacznie spotkania od wymieniania nowych, fajnych bibliotek i tego, co przeczytał na blogu innego programisty. Wczoraj dostałeś SMS-a “O, Twój Ojciec przyjechał”. Patrzysz zdezorientowany na zegarek — jest 21:00. Nawet nie próbujesz się zastanowić jak to jest, że Twój Ojciec wpada do niej późnym wieczorem, a ty przebierasz czcionki (pismo odręczne, kapitaliki) w formacie TTF2.
Epicki FAIL jest epicki.
Za tydzień też jest przyszły tydzień.
October 3rd, 2008 · Tags Prywata | 6 Comments »
“Baba z wozu, koniom lżej”1 mruknął do siebie wycierając zakrwawiony nóż o róg swojej flanelowej koszuli. Rozejrzał się ostrożnie i wyszedł z zaułka.
Tego samego dnia tańczył z kobietami o wątpliwej cnocie, zataczając się i bełkocąc, wlewając sobie co i rusz nową porcję smakującego anyżkiem alkoholu. Głód jest najlepszym kucharzem. Nie było w nim obawy, nie było w nim żalu, bo głodny kija się nie boi. Hulaj dusza, piekła nie ma.
Przyjechali na sygnale wezwani przez jednego z mieszkańców pobliskiego budynku. Byli źli, byli na nocnej zmianie, wyrwano ich przed pierwszą kawą. Ominęli tłum gapiów i popatrzyli na ludzkiego manekina z rozrzuconymi kończynami i brązoworudymi śladami na ubraniu. “Patrz” — powiedział pierwszy — “Góra urodziła mysz”. Bo trup w tym mieście policjantów dawno przestał ruszać. Przed pierwszą kawą taki zakuty człowiek nie wychyla strzałki na mierniku sprawiedliwości dalej, niż przejście na czerwonym świetle.
Drugi z policjantów przyklęknął obok ofiary i zaklął jak szewc. “Przyjdzie nam szukać igły w stogu siana” — pomyślał do siebie. Nikt nie jest bardziej głuchy i ślepy niż ludzie mieszkający w tej okolicy. Każdy ma swoje alibi i wie, że brudy pierze się w domu.
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Jemu dał kaca i świadomość. Jedno i drugie było wyjątkowo bolesne — pocił się więc i drżał myśląc, że ucieczka jest zawsze haniebna, ale czasem zbawienna. Umarłego płaczem nie wskrzesi, wstał więc i ruszył ku drzwiom używając ściany jak psa przewodnika.
Z deszczu pod rynnę, z nory na słońce.
Mijały dni. Spędził je upijając się jak świnia, bo dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi. Co się odwlecze to nie uciecze. Któregoś dnia wpadł na policyjny patrol.
Czasy były inne i nikt nie wierzył, że sprawiedliwość bez dobroci okrucieństwem jest. Starotestamentowo oko za oko, sznur za nóż. Dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz.
Urodził się – ochrzcili, podrósł – ożenili, umarł – pochowali i na grobie napisali, że był błazen.
October 2nd, 2008 · Tags Pisanina | 6 Comments »
Wszystkie Ryski to porządne chłopy.
Richarda Stallmana przedstawiać nie trzeba — to ten facet, co zrobił wielki hałas, bo napisał sobie sterownik do drukarki. Skupił wokół siebie inne osoby i wspólnymi siłami napisali kompilator, którym ten sterownik do drukarki można skompilować. Ostatecznie wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a na wizytówkach napisali sobie GNU Not UNIX.
Stallman udzielił wczoraj wywiadu, w którym przywalił całemu sektorowi SaaS, opluł usługi sieciowe (zaraz jadę ze szmatą powycierać dookoła jamajka.fuse.pl) i wskazał jedyną drogę. Pozwolę zacytować sobie za Webhosting:
„Nie powinieneś korzystać z aplikacji sieciowych, ponieważ tracisz kontrolę. Jest to równie złe jak korzystanie z własnościowego, zamkniętego oprogramowania. Zajmij się swoją pracą na swoim komputerze przy wykorzystaniu programów, które szanują twoją wolność. Jeśli używasz własnościowego oprogramowania lub cudzego serwera WWW, jesteś bezbronny. Jesteś marionetką w rękach tych, którzy stworzyli to oprogramowanie”
Z głowami kościołów się nie dyskutuje. Nie mam co robić, a kawa stygnie. Awienc. O tym, co robi Rysiek z antylopami nie dowiedziałbym się gdyby w połowie (czy może pod koniec? Detale) lat dziewięćdziesiątych gdyby Ami nie wpuścił mnie na serwer abyss.lodz.pdi.net, a potem Rekin na supersonic.plukwa.net. Dzięki tym komputerom — cudzym, zaznaczę — naumiałem się UNIX-ów na tyle, by móc przygarnąć ISO z Debian.org i robić co Stallman przykazał: zająłem się pracą na swoim komputerze przy wykorzystaniu programów, które szanują moją wolność (szkoda, że kilka nie szanowało mojego czasu wieszając się i śmierdząc).
Złamałem przykazania. Używałem cudzych komputerów. Jeden serwował i odbierał ode mnie pocztę, inny znów wyświetlał moją stronę. Nadciągnęła rewolucja serwisów sieciowych i nagle mam jakiegoś GMaila, Google Calendar, Google Reader, Remember The Milk, a nawet dostęp do banku przez Internet. Teraz siedzę i analizuję, gdzie leży zło. Każdy z wyżej wymienionych serwisów pozwala mi na dowolny dostęp moich danych przez całkiem nieźle opisane formaty plików i protokoły. IMAP, SMTP, POP3, CSV, iCal, vCard, PDF. Nie mam kodów źródłowych, aplikacje nie stoją na moich serwerach — mimo to — czuję się panem i władcą moich danych (prócz banku, który usilnie nie chce mi dopisać dwóch zer).
Praca z zamkniętymi serwisami jest bezproblemowa póki Twoje dane da się ‘wynieść’. Jeżeli dane, które otrzymałeś z zamkniętego serwisu, nie są możliwe do przetworzenia na Twoim komputerze (bo nie masz aplikacji lub aplikacja o podobnej funkcjonalności nie ma możliwości importu danych w takim formacie) to zawsze możesz zacząć pisać otwarty kod lub patcha! Prawda, prawda?
Można mi zarzucić głupotę, bo przecież nie o takich serwisach mówił Stallman. Więc o jakich? Portalu randkowym? Blipie? Facebooku? Flakerze? Backup konta randkowego? Czy też ściany na twarzoksiążce? Wszystkie ‘poważne’ serwisy przetwarzające dane o jakimś znaczeniu mają opcję dostępu do danych zgromadzonych przez użytkownika. Serwisy rozrywkowe? W teatrze i kinie siadam na dupie i oglądam co mi miga przed oczami. Nie żądam wydania mi scenariusza i odegrania sceny balkonowej w kuchni — między koszem na śmieci a zlewem.
Odnoszę więc wrażenie, że szacowny autor uprawia zigływidłyzm, wprost idealnie pasujący na pierwszą stronę Onetu czy innej Wybiórczej.
Rzecz druga: dlaczego Stallman legitymizuje spik marketodiów? Cloud Computing to typowe określenie, którego używamy by sprzedać to samo gówno w nowym opakowaniu. Masz bazę danych i jakieś proste API? Chmura. Twój Apache lub lighttpd ma moduł do WebDAV-a? Chmura. Chmura. Chmura 2.0 — już niedługo. Ktoś, kto siedzi w branży tyle czasu i widział już jak bańki nadymają się i pękają pod własnym ciężarem powinien wiedzieć lepiej.
Wkładu Richarda w rozwój komputerów nie da się pominąć. Nie powinno się też pomijać, że z łebskiego programisty i lidera mamy teraz trolla i populistę. Tak, populistę — tylko populista może dawać proste rozwiązania problemów, które dla większości świata nie istnieją. Czy mój Ojciec ma mieć własny serwer pocztowy w domu, czy starczy jak zostanie w rodzinie? Babcia może oglądać zdjęcia wnuczki na Flickrze, czy mam czekać, aż zdecydują się wydać wszystkie literki, które to napędzają?
Męczy mnie koszerność. Zadziwiające jak wielu miłośników wolności zgrzyta zębami, gdy używam swojej wolności by robić coś innego, niż sobie umyślili.
October 1st, 2008 · Tags µGeek | 36 Comments »

możesz się też przetestować na frajerstwo pobierając oryginał z “Czerskiego Składnicy Internetowego Zdziwienia“
September 27th, 2008 · Tags Pan ma teraz relaks | 5 Comments »
Każda wymówka jest dobra. Postanowiłem kuknąć w Pythona żeby zobaczyć, co tam się zmieniło od 2005, kiedy to ostatni raz miałem okazję napisać sobie małego toola do monitorowania połączeń między routerami. Miałem już rozwiązanie, szukałem problemu.
Męczę się z seriami obrazków. Mam kilka ładnych komiksów, które cholernie ciężko się przegląda i przegrywa (na przykład na N800), postanowiłem więc zagonić Pythona do generowania jednego, grubego PDF-a, który pozwoli mi robić zakładki i wygodnie czytać na dowolnym urządzeniu.
Spędziłem pół godziny przełączając się między Safari i Vimem. Ostatecznie wyszło coś takiego.
import dircache
import Image
import ImageFilter
from reportlab.pdfgen.canvas import Canvas
from reportlab.lib.pagesizes import A3
from reportlab.lib.pagesizes import A4
import os, sys
from stat import *
class PDFStack:
def __init__(self,filename):
self.filename = filename
self.pdf = Canvas(filename, pagesize = A4)
# debug
print filename
def addToStack(self,file):
#debug
mode = os.stat(file)[ST_MODE]
if S_ISDIR(mode):
print "I haz directory"
tree = ITree(file,self)
print "Adding...",file
try:
im = Image.open(file)
#im.filter(ImageFilter.BLUR)
#im.resize([2338,1654]) #A3 pi*drzwi
#im.resize([595,841]) #A4 pi*drzwi
#im.resize([200,300]);
#im.save('/tmp/'+file, "PNG")
self.pdf.drawImage(file,0,0,570,841) #hardoking, fuck yeah
self.pdf.showPage()
except IOError:
print "Meh, ", file, " is not an image file"
class ITree:
def __init__(self, dirname, stack):
dirlist = dircache.listdir(dirname)
for item in dirlist:
stack.addToStack(dirname +"/"+ item)
stack = PDFStack('/tmp/output.pdf')
tree = ITree('.',stack)
stack.pdf.save()
Wymagania to chyba Python 2.5 (działa ten dostarczony z OS X), Python Imaging Library 1.1.6 i ReportLab 2.2. Oczywiście, zero parametrów, więc jak komuś się chce, to może sobie dopisać obsługę argv. ;-) Mi już się nie chce, uzyskałem swojego PDF-a i mogę się uwalić, poczytać.
Cały kod potencjalnie ssie: choćby rekurencja, którą dopisałem jak przypomniałem sobie o podziale i rozmiary obrazków zakodowane na stałe. Ważne, że weekendowy projekt mam zaliczony i dopisuję sobie dwa i pół nerdpunkta do dzienniczka.
September 20th, 2008 · Tags µGeek | 8 Comments »
Chyba wszyscy widzieli już zdjęcia i filmiki demonstrujące piękno iPhone. Googlając nie natrafiłem jeszcze na jakiś ładny zestaw obrazków z N800, postanowiłem więc zebrać kilka ze swojej zabawki. Miłego oglądania.

Tak N800 wygląda po włączeniu. Górny, prawy róg zajmują tray (czy też “tacka systemowa”) — applet do Bluetootha, Jabber, jasność ekranu, głośność, stan baterii. Po lewej stronie znajduje się menu skrótów do sieci (glob), operacje na kontaktach/poczcie/rozmowach via IM i telefonii IP, oraz “start menu” z aplikacjami. Centralną część ekranu zajmuje desktop z dwoma appletami: zegarkiem i odpalaczką do często używanych aplikacji.

Wbudowany klient pocztowy nie należy do najlepszych rzeczy pod słońcem, dlatego też zdecydowałem się używać Syphleed Claws.

D’uh. Terminal? ;-)


Aplikacje webowe do Wielkiego Gie biegają bez problemu (Google Readera używam w wersji dla iPhone, działa dużo lepiej niż standardowy widok)

Polske łebdwazero też żre. Idealne do obserwowania tagu #lm.

Och, jak ja żałuję, że ta aplikacja jest taka prymitywna. Tak, to narzędzie do robienia sobie szkiców. Odstresowuje wprost idealnie. :-)
YouTube można oglądać na wiele sposóbów — byłem za leniwy żeby robić zrzut z Canoli.

Komiksy, ebooki, PDF-y i tak dalej. Nie zrobiłem zrzutu playera do mediów, bo oczywiście tool do robienia shotów nie umie cyknąć overlaya, a ja nie mam serca szukać gdzie można przestawić rysowanie na X11. Musicie mi wierzyć na słowo. ;-)

Co jednych kosztuje tysiąc dolków inni mogą zainstalować za darmo. ;-)
September 20th, 2008 · Tags µGeek | 8 Comments »