Tyrasz od ósmej do szesnastej, od dziesiątej do osiemnastej. Tyrasz — bez marudzenia — bo wierzysz, że to wszystko ma sens. Czujesz, że ktoś powinien się Tobą opiekować, ktoś na górze, który ma niezbywalną władzę i którego myśli — jak sam twierdzi — nie opuszczają Cię nawet na minutę. Oddajesz mu cześć, oddajesz mu pieniądze i krzywisz się na słowa innych. Inni mówią, że to potencjalny psychopata i żebyś sam sprawdził. Nie sprawdzasz, nie musisz.
Dogmaty, rzeczy święte, symbole, tabu i szacunek.
Spowiadasz się w rozmaitych instytucjach. Co robiłeś i po co, co Ci z tego przyszło, że się poprawisz i więcej grzechów nie pamiętasz.
Dzień święty święcisz wódką, dyskoteką i wolnym od pracy.
No i zapierdalasz od ósmej czy też od dziesiątej, bo wierzysz, że po tym złym okresie czekają Cię same dobre rzeczy.
Wierzysz w to i co cztery lata głosujesz. Amen.
August 23rd, 2008 · Tags µGeek | 7 Comments »
Program na BBC. Taki dokumentalny, wiecie. Lektor przemawia angielszczyzną tak wylizaną, że automatycznie macie ochotę wrzucić trochę śmieci do Tamizy lub pożreć fish&chips. Kamera przelatuje nad głowami osób zgromadzonych w sali. Twarze są różne — starzy, młodzi, kobiety i mężczyźni. Typowe dla zgromadzeń szuranie ustaje gdy na scenę wychodzi postać — model Profesor.
Poprawił okulary i przemówił.
“Dziś — proszę państwa — będziemy dalej prowadzić nasze badania nad stresem związanym z publicznymi wystąpieniami.”
Na ekranie za nim pojawia się zdanie “Leczenie stresów związanych z wystąpieniami przez podawanie LSD”
Drogą losowania wybrano pierwszą osobę, która po pewnych przygodach trafia przed mikrofon, unosi rękę i zamiera. Stoi tak przez chwilę po czym zaczyna badać chropowatość mikrofonu. Druga osoba wstaje z miejsca i podchodzi, przygląda mu się przez chwilę i wyciągniętym palcem dotyka go w czoło.
Odbiegają w przeciwnych kierunkach.
Budzę się, sprawdzam pocztę i myślę, że czym lepiej mi się śpi, tym dziwniejsze sny mi się śnią.
Poza tym zapraszam na konferencje LinuxBoat gdzie opowiem o budowaniu systemów “kiosk” przy użyciu Linuksa i Firefoksa. Nie będę brał LSD, ale to właściwie nie robi mi różnicy.
August 20th, 2008 · Tags µGeek | 4 Comments »
Komputery przebyły długą drogę: z laboratoriów naukowców na biurka biznesmenów, potem do domu szalonych zapaleńców i graczy. Dziś są traktowane jak inny sprzęt AGD, no może z tą różnicą, że mniej przyglądamy się pralce (ale serio, oglądaliście kiedyś wirowanie? Prawdziwy substytut sztormu w centralnej Polsce) i nie tolerowalibyśmy tylu awarii lodówki.
“Od zarania dziejów” komputery grały muzykę. Była to muzyka na miarę naszych możliwości. Pamięć była na wagę złota, nie można było się więc obładować samplami i loopami. Autor muzyki musiał więc wiedzieć trochę o fizyce dźwięku, czym się w brzmieniu różni “sinusoida” od “piły” i jak uzyskać dudniący bas z przebiegu prostokątnego. Mimo ograniczeń narzuconych przez sprzęt tupaliśmy nogą do ścieżek z inter dokładanych przez crackerów i soundtracków z gier.
Zanim się obróciliśmy komputery zaczęły odtwarzać moduły muzyczne, które składały się w 90% z sampli The Prodigy, Future Sound of London i Chemical Brohters. Siedemnaście sekund później PC-ty zyskały świadomość i zdolność odtwarzania plików MP3. Orkiestry symfoniczne i kapele rockowe przejęły ścieżki dźwiękowe w grach. Komponowanie muzyki komputerowej przy pomocy trackerów i sampli pisanych w edytorach tekstów stały się domeną demosceny.
Co się działo później?
Muzyka inspirowana grami i brzmieniami lat 80 wróciła pod dwoma postaciami.
Czy nie byłoby fajnie zagrać koncert na którym banda nerdów skacze do tematów muzycznych z kultowych gier? Byłoby. Banda Duńczyków zebrała się więc “w garażu” i zaczęła tworzyć covery. Przybrali nazwę “Press Play On Tape” (triva: to komunikat, który wyrzucał z siebie C64 po wydaniu rozkazu LOAD) i rozpoczęli swoją karierę. Dziś goszczą na wielu imprezach umilając trzydziestolatkom wymienianie się pornografią pisanie dem.
Posłuchaj:
W trochę inną stronę udali się muzycy grający Nerdcore.1 Nerdcore to nic innego jak hip-hop dla nerdów — zamiast panienek, samochodów i “instrukcji obsługi życia w mieście” mamy matematykę, komputery i gry. Najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem gatunku jest MC Frontalot. Oto on w utworze “It is Pitch Black” (19.6 nerdpunktów jeżeli wiesz o jakiej grze jest ta piosenka)
Honorowe miejsce zajmuje oczywiście Wierd Al Yankovic, którego utwory “It’s all about Pentiums” i “White and nerdy” są klasyką dla komputerowych świrów.
To jednak wszystko brzmi mało syntetycznie. Co z ludźmi, którzy chcą posłuchać muzyki, która brzmi jak prawdziwy chiptune brzmieć powinien? Nie ma strachu — historia kołem się toczy i nadchodzi renesans popiskującej muzyki. Na świecie odbywają się koncerty i konkursy na których muzycy grają swoje utwory przy pomocy zmodyfikowanych C64, Gameboyów, NES-ów i cholera wie czego jeszcze. Całość wygląda jak powtórka z Kraftwerku. :-)
Posłuchaj:
No i co? Debile, nie? Wszyscy, którzy nie robią tego co Ty to debile z definicji. (I pokraki)
W Polsce ciężko jest trafić na jakieś chiptuneowe zgromadzenie — można próbować demoscenowego zlotu, ale osobiście nie polecam — podobną koncentrację pijanych i wulgarnych debili można znaleźć tylko na Wiejskiej w Warszawie. Na szczęście w Internecie możemy bez problemu znaleźć stacje radiowe poświęcone trzaskom i buczeniu. Osobiście polecam Slay Radio (C64), Kohina (Atari), AYLand (Spectrum).
Notatka jest zainspirowana linkiem, który przyplątał się w czytniku RSS — na Pitchfork.TV można obejrzeć dokument “Refromat The Planet” traktujący o chiptunowej scenie.
August 16th, 2008 · Tags Pan ma teraz relaks, µGeek | 7 Comments »
Nosiło mnie na zakup jakiegoś gadżetu. Wiecie, są takie chwile, że facet po prostu musi. Wymyśliłem sobie, że chcę mieć coś ultraprzenośnego co pozwoli mi się nudzić wygodniej w domu. Przeglądałem więc artykuły dotyczące Asusa EEE 901 i MSI Winda. Już prawie szykowałem przelew na Winda, gdy przypomniało mi się, że zawsze chciałem mieć tablet Nokii.
Standardowa przebieżka po YouTube, Wikipedii i kilku forach skłoniła mnie do zmiany planów.
Zamówiłem Nokię N800.
Jak można kupować grata Nokii jak już za chwilkę w salonach Orange i Ery dostępny będzie iPhone? Zadecydowało o tym kilka czynników:

Nokia N800 (góra), Blackberry 8700, Nokia E61, Samsung i780
Nokia jest cięższa i większa od iPhone, nie leży też tak dobrze w ręce. W przeciwieństwie do zabawki Apple nie posiada innego widoku niż poziomy — konstruktorzy założyli więc, że będzie trzymana zwykle w dwóch rękach. Sercem tabletu jest procesor TI OMAP taktowany zegarem 400Mhz (w starszej wersji systemu operacyjnego wartość tę obniżono do 330Mhz ze względu na problemy z jednostką DSP). Oczy marnujemy dzięki 4.1-calowemu wyświetlaczowi dotykowemu, na którym uzyskamy rozdzielczość 800×480 w 16 bitach.
Przejdźmy do dziurek i okrągłości. Po zdjęciu sukienki N800 ma dwie dziurki pozwalające na obsadzenie kart SD w standardzie SDHC1, po prawej stronie ukrywa się port USB umożliwiający dostęp do systemu pliku oby dwu kart, port ładowarki oraz port słuchawkowy — “standard” Nokii.
Po lewej stronie ukryto małe oczko kamery, które umożliwia nam robienie zdjęć, kręcenie filmów, oraz prowadzenie rozmów wideo via GTalk i Skype. Nigdy nie odważę się prowadzić rozmowy przy użyciu tej kamery — nie tylko dlatego, że unikam golarki od kilku tygodni — obraz z niej przypomina początkowe sceny horroru SF, gdzie przez interferencje, trzaski i odbarwienia przygląda się nam jakaś przerażona twarz, która z pewnością za chwile poprosi nas o udział w misji ratunkowej.
Zawiodłem się: N800 nie posiada gołębnika — powietrzny transfer pakietów przez gołębie jest raczej wykluczony. Musi mi wystarczyć wbudowane WiFi w standardzie B/G i Bluetooth (obsługuje udostępnianie plików, klawiaturę, podłączenie się do sieci udostępnionej przez telefon komórkowy) — osiągany transfer jest bardziej niż zadowalający i bez problemu udało mi się streamować film z komputera biurkowego.
Guziczków Nokia nie żałowała. Prócz Świętej Trójcy w postaci “ESC”, “Menu” i “Pokaż listę działających programów”2 , trochę wyżej znajduje się standardowy krzyżyk służący do nawigacji. Na samym górnym brzegu umiejscowiono “-”, “Pełen ekran”, “+” i “Power”. “Pełen ekran” się sam tłumaczy. Potrzebujesz pełen ekran w grze, czytając strony lub oglądając film? Klik. Plus i minus pozwala nam skalować zawartość strony. “Power” pozwala nam ugryźć radioaktywnego pająka (pająk zyskuje niesamowite możliwości: tyje i płaci podatki) albo włączyć urządzenie — jeszcze nie jestem zupełnie pewien.
Przyznaję, że mocno obawiałem się o Linuksa na przenośnym urządzeniu. Ostatni raz miałem kontakt z takim duetem w 2004 pod postacią SimPada z Qtopią — działało to, ale nie powalało na kolana. Rozpakowywałem więc pudełko zastanawiając się: czy wykryje WiFi, jak będzie wyglądał system plików, czy “postraszy mnie” gdzieś krzaczkami i komunikatami, których na urządzeniu konsumenckim nie powinno się widzieć? Mi byłoby to bez różnicy — ale chciałem skonfrontować to, o czym czytałem w kwestii mobilnych urządzeń z Linuksem z rzeczywistością3 — czy można pakować te śmieci z /usr/src/kernel na kawałek krzemu, który będzie macany przez Henryka Random i Joannę Null?
Na dziś stwierdzam, że sam system jest niczego sobie. Podczas ładowania widzimy splash i pasek postępu, WiFi ma łany i działający manager połączeń4, podobnie jak w przypadku Nautilusa czy Findera zawartość katalogu domowego jest “przekłamana”, do tego większość aplikacji posługuje się “metafolderami” grupujące typy danych (obrazki, filmy, muzyka). Instalowanie aplikacji odbywa się przez specjalny program (myślcie Adept, KPackages, etc) i nie sprawia większych problemu.
Jeśli chodzi jak kaczor i kwacze jak kaczor, to musi być Linux.
Pomówmy trochę o aplikacjach.
Bardzo spodobało mi się to, co zrobiono z przeglądarką. Mamy jedno UI, bookmarki, historię i dwa silniki: Operę i MicroB. Wybieramy co lubimy i używamy. Dlaczego na desktopie nie mamy takich cukierków? Fajnie byłoby móc wymieniać silniki i zachować całą resztę. Pomarzyć wolno. Strony renderują się w miarę szybko, wyglądają bardzo dobrze (no cóż, tak na serio mamy tutaj Gecko, więc nie ma się czemu dziwić) i bez problemu możemy używać GMaila, Blipa czy innego Flakera. Wszystkie AJAX-owe cudaki, które sprawdzałem ruszyły bez problemu. Jedyne co powoduje śmierć przeglądarki przez przeajaksowanie to Google Reader. To spowodowało, że rzuciłem okiem na dostarczony czytnik RSS…
…który okazał się kompletną klapą. Przepraszam, mam pół tysiąca feedów, a czytnik nie ma importu OPML-a? Na szczęście Google Reader for iPhone działa znakomicie.
Wbudowany player i doinstalowany MPlayer zapewniają nam, że zobaczymy większość formatów filmów wideo. Musimy się oczywiście liczyć z tym, że procesor mamy dość słaby. Odpowiednio dobrane parametry do ffmpeg pozwolą nam przygotować dobrze zachowujący się plik, z odpowiednią rozdzielczością i zdecydowanie mniejszy. Oglądałem już kilka odcinków Ranma½, Chobits i nie zgłaszam zastrzeżeń.
Jeżeli chodzi o umilanie dnia plikami multimedialnymi to nie możemy pominąć jednego programu: Canola2. Odtwarzacz radia internetowego, Last.Fm, filmów, YouTube i przeglądarka zdjęć w jednym, pięknie wykonanym, opakowaniu.
Czuć w tym programie mocną inspirację interface JesusPhone i muszę przyznać, że wyszło mu to na dobre. Mam nadzieję, że przyszłe wersje będą kopały jeszcze mocniej w nerki. ;-)
Gdy chcemy się podzielić ze światem naszymi wspaniałymi przemyśleniami na temat istoty sosu pomidorowego możemy obrać kilka kanałów komunikacji: e-mail, Jabber, GTalk, Skype. Klienta pocztowego i w ogóle obsługi poczty nie ma co opisywać, jest tak nudna i przewidywalna jak tylko się da. I działa. Prócz wbudowanego klienta Jabbera/GTalka, który integruje się z listą kontaktów, możemy użyć specjalnej wersji lubianego przez wszystkich Pidgina. GTalk pozwala na rozmowy głosowe, podobnie jak specjalna wersja Skype.
Gdybym miał przyjaciół to mógłbym przetestować to dokładniej. Teraz muszę zadowolić się faktem, że komunikatory wydają z siebie odgłos logowania się do sieci.
Czytałem, że jest Quake. I Doom. I jeszcze-coś-tam. Możliwe, że są piękne (ale w Quake grać na ekranie dotykowym? Zabijasz fiendy wsadzając im palec w oko?) — ale kogo to obchodzi, gdy istnieje port ScummVM? Mnie nie obchodzi, Guybrusha też nie obchodzi.
(Ale gra się świeeeeetnie!)
(Są też standardowe emulatory: MAME, SNES/NES, Gameboy)
No, mamy sobie SSH, VNCViewer, RDesktop, Sketch, Evince. No od cholery tego. Przez jeden dzień nie udało mi się jeszcze przeklikać do dna.
Miałem zrobić piękne i profesjonalne filmiki, niestety wszystko wymaga pewnej dawki talentu, której mi brakuje. Musicie się zadowolić dwoma plikami multimedialnymi robionymi aparatem trzymanym przez rękę deliryka.
Przeciętny człowiek obejdzie się zupełnie bez N800. To typowy gadżet, produkt kultury zachodu, gdzie kupowanie rzeczy, których nie potrzebujemy jest równie ważne jak oddychanie. Mimo to to najlepsza zabawka jaką kupiłem od dawna. Robi dokładnie to czego się po niej spodziewałem — nie ma rozczarowania, nie ma euforii.
Biorąc pod uwagę, że cena 16GiB iPoda Touch to ca. 1200 PLN, a za Nokię z kartą SD o tej samej pojemności zapłaciłem 850 PLN to mogę powiedzieć, że zrobiłem niezły interes.
Jeżeli macie jakieś dodatkowe pytania, walcie śmiało w komentarzach.
August 14th, 2008 · Tags Pan ma teraz relaks, Pisanina, µGeek | 12 Comments »
Eri lubi otrzymywać ode mnie e-maile. Nie dlatego, że piszę jakieś niezmiernie ciekawe rzeczy — frajda polega na śledzeniu reklam AdSense, które pojawiają się przy moich listach. Jakiś czas temu zacząłem popadać w lekką paranoję, gdyż reklamy zaczęły się odnosić do starszych listów czy rozmów via Jabber (które GMail archiwizuje w folderze “Chats”. Dopadł mnie lekki syndrom strachu przed Wielkim Bratem. Jak daleko sięga Google? Wcześniej zakładałem, że “przegląda” tylko wyświetlony list.
Na szczęście dla nas, użytkowników, amerykański kongres zaczął kręcić nosem na praktyki reklamowe sieciowych rekinów. Google i Yahoo! wykonały więc ruch wyprzedzający i udostępniły możliwość “wypisania się” (opt-out) z ciasteczek pozwalających na budowanie naszego profilu.
Oczywiście, dużo lepszym rozwiązaniem byłaby polityka “opt-in”, ale chyba nie mamy się co oszukiwać — pytanie użytkownika o to, czy chce być śledziony przez operatora wyszukiwarki spowodowałoby znaczny odpływ ludzi (czyli pieniędzy). “Wypisywanie się” wymaga wiedzy o istnieniu takiej możliwości i podjęcia działania — nie każdy jest “prosumentem”
Wypisz się z Google. Wypisz się z Yahoo.
August 9th, 2008 · Tags Wiadomości, µGeek | 8 Comments »
Mam już naszoklasową fotkę z tlenioną blondynką. Mam drugą fotkę — siedzę na masce samochodu, który zaparkował obok chińskich budek w których jem jedyny ciepły posiłek. Kupiłem używanego Maka żeby nie odstawać na zlotach wyciskaczy klawiszy. Zastanawiałem się nad iPhonem.
Już się nie zastanawiam. iPhone sam w sobie jest symbolem statusu, ukazuje zdolność myślenia out-of-the-box i indywidualność liczoną milionami sprzedanych sztuk. To jednak za mało. Od dziś mogę kupić w App Store aplikację “I am Rich”1 — za jedyne $999.99 stanę się posiadaczem unikalnej ikony, która wyświetli się obok tak trywialnych narzędzi jak klient poczty i lista kontaktów. Co robi ta aplikacja?

Sztuka nie musi nic robić! Jelenie na rykowisku w złotej ramie, barokowy zegar na szafce nocnej z Ikei i czerwona ikona rzucona na estetyczne czarne tło przekazują Ci komunikat — może i nie mam gustu, ale kurwa, zobacz na co mnie stać!
Ach, status społeczny. Przy obecnej cenie dolara mogę być kimś za dużo mniej niż kiedyś. Globalizacja zrobiła ze mnie kogoś. Na dodatek piszę o tym na blogu! Jeżeli można chcieć czegoś więcej od życia, to ja sobie nie mogę tego wyobrazić. Piszę do autora, może zrobi port na zwykły OS X? Czerwona ikona będzie idealnym dodatkiem do klasowego systemu.
August 6th, 2008 · Tags Pan ma teraz relaks, µGeek | 12 Comments »
(Czy Szekspir miałby profil na Fotce?)
(Pusta scena, po chwili pojawiają się osoby, które przechodzą przez snop światła w różnych kierunkach)
(Dwie osoby stają naprzeciw siebie)
Osoba 1: Lubisz ryby?
Osoba 2: Jeść?
Osoba 1: W akwarium.
Osoba 2: Zostańmy przyjaciółmi.
(Osoby zostają przyjaciółmi. Podróż wypadkowych osób przez snop światła jeszcze przez kilka chwil. Osoba 1 i Osoba 2 nie spotykają się już więcej)
(Pokój, dwie osoby rozdziela stół. Jedna z nich nosi biały kitel sugerujący, że jest lekarzem)
Lekarz: Więc co Panu dolega?
Osoba: Niceo.
Lekarz: Jest Pan pewien, wygląda mi to na agresywny szczękościsk.
Osoba: Spoker! Flaker nie boleo, oko nie flickr.
Lekarz: Pozwoli Pan, że Pana obsłucham?
(przykłada słuchawkę od piersi Osoby. Rozlega się “Blip! Blip! Blip!”)
Lekarz: Jeżeli chce Pan poznać moją oficjalną diagnozę, to wygląda mi Pan na debila.
Osoba: Spierdala.me! ichuj.eu!
(Wchodzi Dziewczyna, suknia do kostek, warkocze, spuszczony wzrok)
Dziewczyna: Kiedyś było inaczej. Kiedyś patrzyliby na mnie nieprzychylnie. Ale dziś! Dziś mogę — mogę być kurwą nie wychodząc z domu. Mam swój profil w jednym i drugim serwisie. Mam zdjęcia, bardzo skromne, ledwie sutek czy kawałek bielizny. Czuję, że chłopcy mnie akceptują, bo dają mi wysokie oceny. Czasem dam się zaprosić na kolację, czasem zostaję na dłużej. Rodzice nie wiedzą, że jestem częścią społeczności. Oni mnie w ogóle nie rozumieją. Moim mottem jest “Jestem jaka jestem”.
(Wchodzi facet)
Facet: Ale fajna z Ciebie dupa, bym Cię wyruchał!
Dziewczyna: (dyga) Dziękuję. (czerwieni się)
(Dwa wygodne fotele, pomiędzy nimi stolik z buteleczką whiskey. Na fotelach siedzą Grube Ryby stylizowane na XIX wiecznych fabrykantów)
Gruba Ryba 1: Szanowny Panie kolego, proszę mi powiedzieć, jak doszedł Pan do pierwszego miliona.
Gruba Ryba 2: Zbudowałem serwis nasza-plantacja. Pomysł był prosty — ludzie to istoty społeczne, lubią się spotykać, poznawać. Pracowali dwie czy trzy godziny na mojej plantacji, za co dostawali bezużyteczne punkty, które mogli po pracy wymienić na mineralną w chillout roomie. Licencja mówiła, że kawa i bawełna zostaje u mnie. Najlepsi mogli — za darmo — przykleić więcej niż dwa swoje zdjęcia w szafce na ubrania robocze.
Gruba Ryba 1: Wyśmienicie! (unosi szklankę) Za budowanie społeczności!
Gruba Ryba 2: Za społeczność!
(Mikrofon, wchodzi facet w garniturze, odgrywany sygnał wiadomości telewizyjnych)
Facet: Dzień dobry, dzisiejszy dzień był pełen ważnych wydarzeń, przejdźmy więc od razu do rzeczy. (szpera w kieszeni, wyciąga zdjęcie kota i pokazuje publiczności) “OH HAI! I R NUS REPRTR. KAN I HAZ GRAMI?” (śmieje się do siebie) Wiadomości ze świata: bloger, którego nie znacie, napisał o projekcie, którego nie używacie. iPhone, iPhone, iPhone (przed mikrofonem przebiega Komentator)
Komentator: PIERWSZY!
Facet: Pojedynek script-kiddies zakończył się remisem, gdy większość z nich została wezwana przez matki do snu (i/lub mycia uszu). Z wielkiej firmy zwolnił się jeden człowiek — wszyscy wpadli w panikę. Przegląd filmów ambitnych…
Komentator: Twoja stara prostuje banany, a Polską rządzi spisek masońsko-żydowski, który zabił Ks. Popiełuszkę
(wbiega komentator 2)
(Komentator 2 wali Komentatora 1 pięścią w twarz)
Komentator 2: Zdychaj fanie PiS-u! Pokój, miłość, braterstwo!
(Komentator 2 kopie leżącego Komentatora 1 w nerki i wyciąga go ze sceny)
Facet: …zamieszczonych na serwisie YouTube. “Facet łamiący sobie nogę” (viral pasty do zębów), “Dziewczynka patrząca w webcama” (viral filmy ubezpieczeniowej), “Chuligani Parasola Wrocław ścierają się z chuliganami Orła Ząbkowice”.
(pokój, butelki, laptopy, komputery, części ubrania, zimna kawa, facet przy komputerze)
Facet: No, teraz to już robi się to trochę zbyt meta jak dla mnie.
Kurtyna!
July 27th, 2008 · Tags µGeek | 51 Comments »
Miałem nie pisać takich głupich, jednolinijkowych postów. Ale jak mogę się powstrzymać przed podlinkowaniem czegoś, co jest zabawne — ale tak na serio zabawne.
July 22nd, 2008 · Tags Pan ma teraz relaks | 1 Comment »
Czasy w których posiadanie więcej niż jednego komputera było nieprawdopodobnym luksusem odeszły dawno temu. Komputer na biurku, laptop, sublaptop, komputer w pracy, komputer partnera, dzieci, rodziców. Uh. Co jakiś czas okazuje się, że siedzimy przed “tym złym, mniej używanym komputerem” i właśnie potrzebujemy pliku ze zdjęciem kotka, PDF-a z dokumentacją, którą czytamy, czy też sterowników, który chcieliśmy zainstalować.
Do tej pory ludzie wpadli na kilka sposobów rozwiązywania problemu “nie mam przy sobie tego, czego potrzebuję”. Przy spadających cenach pamięci jednym z podstawowych sposobów przenoszenia danych stały się klucze USB. Tanie to, szybkie no i w tych czasach zadziała nawet pod AmigaOS. Mam jednak problemy natury logistycznej: laptopy cierpią na deficyt portów USB (przynajmniej moje, nie chce mi się targać hubów), a komputer jest ustawiony tak, że trzeba się do niego wczołgać pod stół. Jestem na to mocno za leniwy.
Samba. Samba wydaje się być wprost idealnym rozwiązaniem — szybki dostęp do plików w sieci lokalnej. No i znów lista smutków: zawsze są jakieś problemy z zestawieniem jej dla trzech środowisk1, zasadniczo działa tylko w LAN-ie (mówiłem już, że jestem leniwy i nie chcę budować dodatkowo VPN-ów), dorzućmy jeszcze fakt, że Finder potrafi się zgubić w Sambie2 a komputer z plikiem musi być online i dobre rozwiązanie “przestaje już być bieżące”.
Subversion? Subversion jest świetne, nawet da się w nim trzymać dokumenty,3 ale przerzucanie filmiku, serii zdjęć czy muzyki wydaje się lekką przesadą. Możliwość skakania po rewizjach to świetna rzecz, ale na serio, ile rewizji Kokodżambo.mp3 możesz mieć? Większość plików, których potrzebujesz na drugim komputerze, nie będzie podlegała zarządzaniu wersjami (w rozsądny sposób — delta między plikami MPEG jest lekko bezużyteczna). Będą, albo ich nie będzie. Oprogramowanie klienckie obsługujące Subversion jest zbudowane pod kątem potrzeb programistów. Trzeba wytłumaczyć dziewczynie, że po wrzuceniu pliku do katalogu należy mu zrobić add, potem commit i jeszcze ten commit opisać. Dużo kroków.
Kiedy po raz pierwszy wpadłem na projekt Dropbox od razu pomyślałem, że to coś dla mnie. Niestety, okazało się, że nie ma wersji dla Linuksa. Strona trafiła do zakładek, a ja o całej sprawie zapomniałem.
Po jakimś czasie na moje domowe biuro trafił jednak OS X i postanowiłem przetestować czy projekt działa tak sprawnie jak pokazana na “piarowski” wideo.
Po zainstalowaniu Dropboksa na wszystkich komputerach, których używamy, dodajemy je (komputery) do naszego konta w serwisie. Dzięki temu zyskujemy dostęp do specjalnego katalogu, w którym dokonywane przez nas zmiany są automatycznie synchronizowane na wszystkich komputerach.
Przykład z życia wzięty. Mam na OS X fotkę, którą chciałbym obrobić. Niestety, nie udało mi się jeszcze odpalić żadnego z dostępnych portów GIMP-a dla OS X, muszę więc użyć PC pod stołem. Ciągnę fotkę z pulpitu na folder Dropbox i loguję się na Windowsa przy pomocy RDC. Fotka już czeka.


Genialne w prostocie i działa — kombinacja która nie występuje w naturze dość często.
Dodatkowo Dropbox pozwala nam udostępnić pliki dla szeroko rozumianej ludności pozbawionej konta w serwisie (folder “Public”) i współdzielić katalog z innymi użytkownikami Dropboksa (katalog “p0rn”, “torrentz”, “LOLCats”) — współdzielenia nie udało mi się jeszcze przetestować, bo nie mam przyjaciół! ;-(
Zalety:
Wady:
Dziękuję Maciejowi Chojnackiemu za podarowanie zaproszenia. Jeżeli sami chcielibyście potestować Dropboksa, proszę skrobnąć mi e-maila, mam jeszcze dziesięć zaproszeń do rozdania. Chętni do “wspólnego folderu” z komiksami też mile widziani. ;->
July 21st, 2008 · Tags µGeek | 21 Comments »
Ludzie się zmieniają. Myślisz, że ich znasz: lubią się napić, szukają pretekstu żeby kogoś wywrócić i lubią chodzić w krótkich spodenkach — nagle — ni z tego, ni z owego zaczynają grać w rugby. Zastanawiasz się, jak to się stało. Przecież to synowie, ojcowie, matki1 — poważne osoby płacące podatek dochodowy i ubezpieczenie społeczne. Patrzysz na nich z mieszaniną współczucia i niedowierzania.
Mijają miesiące i okazuje się, że oni tak na serio.
Skoro na serio, to wypada mi zaprosić wszystkich zainteresowanych sportem na sparing pomiędzy drużynami Gentlemen’s Rugby Club2 i ŁKS Rugby Team3, który odbędzie się na stadionie Łódzkiego Klubu Sportowego o godzinie 20:30. Chłopaki bardzo się ucieszą słysząc niesamowity doping. Ucieszą się też (bez bardzo), jak po prostu przyjdziecie popatrzeć. Kto wie, może rugby stanie się waszą nową pasją i nie będziecie musieli oglądać Oranż Ekstraklasy, czy jak ten twór bez głowy się teraz nazywa.
Miłość, muzyka, mordobcie — wybierz jedno. ;-)
July 17th, 2008 · Tags Prywata | 7 Comments »