
Ledwie opublikowałem wczorajszy tekst o konflikcie między wygodą używania cudzych platform i kontrolą nad własnymi produktami a słowo stało się ciałem i Twitter poprosił developerów żeby już więcej nie robili oprogramowania klienckiego. Podobno psują one klimat dookoła platformy swoimi niedociupcianymi i niestandardowymi rozwiązaniami. Jeżeli zdanie takie pada z ust przedstawiciela firmy, która ma stronę z hashbangiem i klienta na Maka, który trzyma w szafie HIG, wypuszcza go w weekendy tylko po to żeby sprać go kijem wykrzykując „who’s your daddy?” to wiadomo, że na rzeczy jest coś innego.
Twitter chce wreszcie zarobić, a to wymaga odstawienia od cyca klientów, które mogą być przyjaźniejsze dla użytkowników (pomijające reklamy) lub tych, które same chcą takie reklamy wstawić.
Blogosfera wybuchła notkami: skandal, skandal, zdrada, zdrada!
Uwaga, będzie bezpośrednia transmisja do waszych mózgów. Dziwię się, że nikt jeszcze czegoś takiego nie zrobił, bo pomysł jest banalny i oczywisty. Rozważmy „timeline” Twittera lub „news feed” Facebooka. Mamy autora, który produkuje treść. Treść trafia na platformę, która zajmuje się repulikacją do czytelników, którzy wyrazili zainteresowanie wpisami autora.
Przeskakujemy chwilowo do dowolnego czytnika kanałów RSS. Czytnik kanałów RSS zbiera dane z URI i prezentuje je zainteresowanemu czytelnikowi. Wszystko jasne?
Połączmy to. Wyobraźmy sobie, że każdy z zainteresowanych uczestnictwem w „naszej platformie” przygotowuje swój własny kanał RSS: domena.tld/microblog.xml, czytnik RSS jest zmodyfikowany tak, aby przypominał timeline na Twitterze. Piszemy krótką notkę przy pomocy ulubionego oprogramowania, publikujemy w odpowiednim kanale, a ludzie, którzy nas „śledzą” otrzymują wpis w swoim RSSTwitterze. Odpowiedzi używają funkcji trackback. Całość nie różni się od tego, do czego przywykliśmy w systemach mikroblogowych.
Co wygrywamy? Absolutną niezależność. Każdy język programowania dorobił się bibliotek do tworzenia kanałów RSS. Jak ktoś się uprze to może nawet sedem przez procmaila. Kompletną decentralizację, pad jednego kanału nie kładzie całego systemu na kolana. Nigdy więcej Panów Oponek i Wielorybów Niepowodzenia.
Problemy? Całkiem wysoka bariera wejścia ze względu na brak gotowych rozwiązań (co oczywiście jest tylko kwestią czasu), większe zużycie sieci (sto tysięcy obserwujących znaczy sto tysięcy odpytań o zmiany, da się oczywiście rozwiązać poprawnymi nagłówkami) i pewien brak standaryzacji w opublikowanych wiadomościach. Są to normalne koszty przy rozwiązaniach bez odgórnej kontroli.
Czy jest sens? Pewnie nie ma. Czy byłoby fajnie? Dla mnie jak najbardziej. Czy to nie kopia pomysłu Diaspory? Tak i nie. Diaspora używa w miarę popularnego protokołu komunikacyjnego XMPP, ale potrzebuje serwera i infrastruktury, RSS przychodzi za darmo z każdym WordPressem, kontem na Blogspocie, galerią na Flickrze a nawet kontem na Twitterze. Nie potrzeba pośredników.
Ostatnią mądrością narodów jest stwierdzenie, że „RSS umiera”. Myślę, że wielu chciałoby zobaczyć go martwym. Jaka jest różnica pomiędzy
http://feeds.arstechnica.com/arstechnica/everything
a
http://twitter.com/arstechnica?
Na jednym Twitter może publikować reklamy.
Zdjęcie na licencji CC, autor: junics. Ten ptak nie jest martwy. Jest oszołomiony i tęskni za fjordami.
2011/03/12 8 komentarzy »

Słynna metafora o staniu na ramionach gigantów opisuje naturę inwencji, która nie zachodzi w próżni. Dzisiejszy wynalazek czy odkrycie naukowe jest możliwe dzięki zakumulowanej wiedzy przeszłych pokoleń. Przekładając to powiedzenie na nasze podwórko otrzymujemy dwa znaczenia, jedno zgodne z ogólnym zrozumieniem przesłania (wzorce projektowe, metodologia) i drugie, które wymaga lekkiej modyfikacji i po zmianie brzmi następująco: “stojąc na platformie gigantów”.
“Zbudujcie, a przyjdą. Zostawcie wiadro z farbą, a pomalują.” — tak mniej więcej wygląda rozwój popularnych projektów webowych. Brak API to faux pas. Kto nie mashapuje ten ma brud za paznokciami. Można wysunąć nieśmiałą tezę, że niektóre projekty nie osiągnęłyby dzisiejszej popularności, gdyby nie łatwy dostęp do danych przez ustandaryzowany protokół.
Czym projekt popularniejszy, tym więcej developerów grzeje się w odbitym blasku. Niektórzy budują własne małe (lub większe) biznesy w oparciu o żywiciela. Protokooperacyjna symbioza trwa tak długo, aż operator platformy nie staje się duży. Duży i niedożywiony.
Patrzę na Twittera. Przez ostatnie lata klient Twittera powstał chyba na wszystkie platformy, które mają dość pamięci aby wysłać i odebrać dane po HTTP. Aktualizacje statusów z użyciem C64 to najnowszy hipsterski trend. Wszystko było dobrze, programiści trzymali się za ręce, chodzili boso po plaży, jelenie ryczały do zachodów słońca. Wreszcie, jak to w związku, strony rozpoczęły testowanie limitów. Szybko okazało się, że “spodnie w związku” nosi właściciel platformy, który po kilku próbach spieniężenia jego API powiedział, że poligamia go już mocno zmęczyła i spróbuje związku z jedną aplikacją, własną. Która to aplikacja może mieć dostęp do kilku metod na wyłączność. Taki handicap.
Patrzę na mobilny ekosystem Apple. Konkretnie na ostatnie zmiany w temacie subskrypcji i dzielenia się dochodami. Pada teza, że to produkty Apple, dzięki swojej popularności, przynoszą klientów wydawnictwom, ale prawie nikt nie stawia tezy, że to aplikacje i cyfrowa prasa sprzedaje urządzenia kalifornijskich multimiliarderów. I czuję żal wydawców, ale nie zdają sobie oni chyba sprawy, że kiedy masz już założony stryczek, a ksiądz kończy modlitwę nie ma już wiele czasu na składanie apelacji.
Tabakiera dla nosa, czy nos dla tabakiery? To zależy, czy właściciel nosa jest uzależniony.
Anegdota: byłem kiedyś na spotkaniu, gdzie próbowano połączyć ruch open source z anarchizem. To jedna z tych pułapek: parówki są dobre, ale nie chcesz widzieć jak powstają.1 Końcowy produkt jest smakowity, ale pisanie programów czy tworzenie platform zwykle nie ma nic wspólnego z wolnością. Dyktatura jest bardzo efektywnym systemem. Ktoś musi mieć możliwość pieprznięcia ręką w stół.
Martwi mnie wymuszona marketingowo fragmentacja2 i pewna niefrasobliwość twórców. Brakuje mi oderwania produktu od platformy. Czuję, że powtarzamy lata osiemdziesiąte. A szło nam tak dobrze. Wszystko zaczęło się od technologicznej zupy pierwotnej, w której rodziły się i umierały pierwsze domowe komputery. Ze względu na mały potencjał i kompletną niszowość przenośność danych była przecinkiem na wielkim planie rozwoju. C64 nie wyświetało obrazków z Atari, PC nie czytał dyskietek Amigi, Mac miał kosmiczny system plików, który wymagał specjalnej troski. Potem powolutku, powolutku, drogą naturalnej selekcji, udało nam się coś ustalić.
Siedzimy sobie w trzy osoby, trzy laptopy, trzy systemy operacyjne. Możemy się wymieniać danymi bez większych problemów. Mamy wspólne protokoły, dekodery, kodeki. Czasem jest to najniższy denominator (VFAT na pamięciach flash), ale jakoś to się kręci.
Próbowałem dla zabawy zebrać “najlepsze” teksty z blożka i opakować je w coś, co pozwoliłoby rozdać je czytelnikom. No, jest ePub, ale ze wsparciem jest różnie. PDF teoretycznie odczyta się wszędzie, ale co z rozmiarami ekranu? Dystrybucja cyfrowa narzuca na mnie kolejne ograniczenia, a czasem jest niemożliwa ze względu na możliwości techniczne (cyfrowa dystrybucja w Amazonie nie wspiera polskich znaków diakrytycznych). Mogę śmiało powiedzieć, że jestem całkiem kompetentnym gościem jeżeli chodzi o komputery, ale ilość zmiennych i niekompatybilnych systemów zmusiła mnie ostatecznie do podjęcia męskiej decyzji: pieprzyć to.
Jestem oczywiście w komfortowej sytuacji, że nie muszę. Gdyby w grę wchodził czynnik ekonomiczny to prawdopodobnie wybrałbym najpopularniejszą, czy też przynoszącą największe dochody, platformę. I niby nie ma problemu, bo zwycięzcy zwykle piszą historię.
Ale. Jest we mnie ta kropla pryszczerstwa i nitka swetra. Ta, która martwi się, że zmiana w sposobie w jaki zwykły użytkownik używa komputera doprowadzi do ograniczenia dostępu do kultury. Każdej kultury, tej z dużej i tej z małej.
“Nasz” dyktat się skończył. Komputery nie są już zabawkami w rękach gości, którzy żyją i oddychają ich problemami. Firmy po dwudziestu latach walki z nami o różne rzeczy widzą nową, świetlaną przyszłość. Wmówiłem sobie, że zobaczę czas w którym będę krok od twórcy, a twórca krok od moich pieniędzy. Czy nie będzie świetnie pozbyć się tego piątego koła u wozu? Tego wydawcy, dystrybutora, hej! świat jest nasz. Dziś wygląda na to, że zamieniliśmy jedno na drugie. Do tego ten nowy jest dyktatorem i z chęcią sprzeda ci specjalne okulary do czytania jego książki.
Sieć opakowana w małe pudełka po 128px i sprzedawana na raty.3 Gdzieś udało się dyktatorom platform przekonać ludzi, że dużo lepiej zainwestować we “własną aplikację” niż w dobrą mobilną wersję strony.
Często jedyną wartością dodaną jest możliwość wskazania ikony i powiedzenia “To my!”. Na salonach należy bywać, bo kto nie bywa ten nie rozdaje wizytówek. W przypadku pudełkowania webu płacimy za to psuciem naturalnego środowiska (czy aplikacja Gazety X może podlinkować do aplikacji Bronikowski.com lub w drugą stronę? A co jeśli jedna z nich jest płatna? Niedostępna na platformie?) i zezwoleniem na kontrolę własnych treści.
Wreszcie możesz uczciwie powiedzieć, że kupujesz Playboy.app dla artykułów.
Mieć, czy być? Najlepiej to i to. Jak? Nie mam pojęcia. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to edukacja użytkowników i technologiczny agnostycyzm. Dobre wzorce. Technologiczne rozwiązania. Lepsze prawo.
Okresu w którym zwycięzcy podzielą łupy nie unikniemy, naszym modus operandi powinno być skrócenie czasu rządów lokalnych książąt i baronów do minimum. Niech Hari Seldon będzie dumny!
Wykazują się niespotykaną nonszalancją puszczam tekst bez redakcji. Eri jest zajęta, a ja postanowiłem mieć pierwszy wolny weekend w 2011. Tekst leży dwa dni i mógł trafić na stronę lub do śmietnika. Najwyżej oddam Wam za abonament.
Fotografia na licencji CC, autor Mike Braid
2011/03/12 12 komentarzy »

Plan był prosty. Zebrać kilka ulubionych dem, dopisać do nich krótki komentarz i dodać linki do YouTube. Dochodzi wpół do trzeciej nad ranem, mam z pół setki dem i nie wiem jakich kryteriów użyć, żeby zostało ich mniej. Pójdę na żywioł i będę pisał tak długo, aż mi się nie znudzi.
TBL. Co można napisać o TBL? To jedna z najważniejszych grup na amigowej scenie. The Black Lotus służyło nam do zaginania użytkowników PC-ta, bo może oni mieli Quake, akcelerowaną grafikę i Windows 95, ale my mieliśmy “Captured Dreams”, o którym muzyk grupy Plastic powiedział kiedyś, że byłby to temat jego śmiertelnego zejścia, gdyby zdecydował się na samobójstwo przez przedawkowanie narkotyków.
Lata mijają, a TBL nadal wydaje dema. “Magia”, “Starstruck” czy “Rain” to produkcje, które wyciskają z biednej Amigi czwarte poty.
Kolejna grupa z historią sięgającą homo erectus. Ich niektóre produkcje (“Glory Stars”) mogą być starsze, niż moi czytelnicy. Ponieważ jestem “nastolatkiem lat dziewięćdziesiątych”, moimi ulubionymi demami są ich późniejsze dokonania: intro “1000%” (jedno z pierwszych wpisujących się w trend “zobaczymy, ile możemy wcisnąć w 64k”) i demo “Alien2”.
Chyba najważniejsza polska grupa w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Zig, Def, Revisq, X-Ceed, Madd, Mustafa, Maq: pierwsza liga demoscenowa. Przez lata wyprodukowali wiele dem, które zapisały się w historii demosceny. Ponieważ jest to moja lista debestof, muszę wybrać: “Datablade 2”, intro “Encore” i “Nadia”.
Pamiętajcie, you get what you deserve.
Historia jakich wiele, “spotyka się dwóch wybitnie utalentowanych gości i…”. W tym przypadku powstaje Potion.1 Grupa napędzana przez kodera (choć Maveyowi bardziej należy się tytuł programisty, bo prócz matmy znał też system) i Skipa, jedynego chyba muzyka na świecie, który nauczył się programować, żeby móc napisać własne narzędzia do generowania sampli i mowy.
Do dziś pamiętam demonstracje generatora tekstur autorstwa Maveya. Po skompilowaniu binarka zajmowała około półtora kilobajta i potrafiła dane długości setek bajtów zamienić w gotową teksturę. Mózg wypadł mi przez ucho.
“Gush”, “Gift” i ostateczny nokaut wszystkiego, co się rusza, “Planet Potion”.
Zawsze oszukuję się, że maczałem palce w sukcesie Potion sprzedając Skipowi w bardzo okazyjnej cenie moją kartę z PowerPC.
Kolejny duet. MDW i Caro. Dwójka najmilszych facetów na scenie. Cichych, skromnych i niezmiernie utalentowanych. Czasem nawet tak skromnych, że chce się bić w mordę, tu anegdota.
Kiedy Caro był już scenowcem znanym i cenionym, MDW był nadal “zwykłym amigowcem”. To znaczy, że sobie klikał, ale bez jakiegoś konkretnego kierunku. Na party zostałem zagadnięty przez Karola, czy mógłbym podrzucić jakąś dokumentację, kody, co tam mam ciekawego, bo MDW chce się uczyć programować. Coś tam dałem, ale będąc totalnym leszczem, nie mogłem go wspomóc w walce z przewracającymi się bryłami. Dwa lata później Encore wydało “Sulaco”, kod MDW.
Miłośnicy strzelanek mogą sobie zakupić grę “Fortis” ich autorstwa.
Mawi długo pięło się na szczyty demoscenowej góry Olimp. Swój ostateczny sukces zawdzięcza liderowi i kierwonikowy budowy, Azzaro. Facet z charyzmą, generujący jednego przyjaciela na dwóch wrogów. Jego upór zaowocował zebraniem fantastycznej ekipy i “zdetronizowanie” Flopi jako najbardziej rozpoznawalnej ekipy z Polski.
“Amsterdam Blessing”, “Cruel Karma Forms”, “Third Eye Conqueror”.
Loonies i “Impossible”. Dwa kultowe dema Nerve Axis, “Pulse” i “Relic”. Dual Crew Shining z “Klone”, w którym to demie na dużej estradzie debuiutował Bonzaj. Hiszpanie z Ozone produkujący wg zasady “mniej brył, więcej dizajnu” w “Smoke Bomb”.
Wszystkie wystawy sklepowe grały “State of the Art”, nikt nie puszczał “9 Fingers” i “Symbolia”. Omal nie zapomniałbym o “Technological Death”! To też grali. Do wyrzygania. Jedna czwarta programu Dżojstik.
Artystycznie jest ślicznie z “Killerem” CNCD. Mellow Chips zdobyło 1997 demem “Rise”.
Demoscena nie polegała tylko na piciu wódki do kręcących się sześcianów i obrabianiu sobie dup w magazynach dyskowych. Głównie temu, ale nie tylko. Był też czas relaksu, czas konkurencji “crazy/wild compo”. Czasem zabawnie, często żenująco.
PSB (Przyjaiele Stefana B.) z ich wersją “Sabotage”, Brygada RR definiuje scenę w “SCENAriu”, Lamersis nawijają w “FKU”, a Ventures Art powołuje do życia boysband V-Block i nagrywają hit “Ognista bejbe”, który stanie się jedną z ulubionych przyśpiewek do ogórka.
Na koniec NSFW, trailer filmu z RR Meeting 2003. Można się zabawić w “authorspotting”. ;-)
Na demoscenie x86 się nie znam, ale zasięgnąłem języka u obywatela Czerskiego i pozwolę sobie zacytować tu jego rekomendacje.
Future Crew “Second Reality“, Doomsday “Vivid Experiment“, Coma “Control“, Fuse “Chanell88” i “the. product.”, które widział chyba każdy z dostępem do Internetu.
ASCII na górze przygotował Piotr Klimek, kiedyś thung/k0re.^wpz^pT^TL^itakdalej. Źródło .txt dla ciekawskich.
2011/02/19 18 komentarzy »
(Uwaga! Ulało mi się grafo, nie zwracam za biliety)
Na skrzyżowaniu ulic Karola Wojtyły i Lecha Kaczyńskiego, nieopodal alei Poległych Bohaterów, kilka dni przed świętem narodowym, które pokrzepi nasze dusze, obywatelka zamknęła warzywniak.
Na dobre.
Będzie musiała się wprowadzić do syna, przy Chleba i Pracy.
2011/02/16 2 komentarzy »
Żyjemy w kulcie sukcesu. Przeszczepiono nam “American Dream” i zamiast generalskiej buławy w plecaku nosimy w sercu mit pucybuta, starletki i Cukiergórów z Twarzoksiążek. O sukcesie się mówi, sukces się pompuje, kto nie miał sukcesu, ten przegrał życie.
“Moja branża” (czyli ogólny hi-tech-kable-i-ekrany) cierpi na nieuleczalną sukcesomanię. Mamy takie spotkania, na których przychodzimy się chwalić, że nie zawaliliśmy projektu. Widownia klaszcze jak u Rubika.
Wydaje się, że pomiędzy pomysłem, wykonaniem a sukcesem nie może minąć więcej niż trzydzieści dni, bo wtedy ktoś mógłby pomyśleć, że sukces został osiągnięty pracą, a branża nowych technologii stoi chińskozupkowymi standardami smaku, czasu wykonania i nieprzystającymi do rzeczywistości oczekiwaniami zwrotu wyhodowanymi na historiach sukcesu, którymi karmią nas poczytne blogi.
Mamy hall of fame, mamy hall of shame, gdzie wpisujemy najbardziej spektakularne katastrofy celem poprawienia sobie humoru kosztem cudzego projektu. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami są jeszcze błędy, które pomagają nam się uczyć. Te, o których nikt nie mówi1 i te, które są najbardziej wartościowe. Podzielę się z Wami moją ulubioną wtopą w nadziei, że poświęcicie chwilę i napiszecie o swoich. W osobnych notatkach, niech Was zobaczą!
Była wiosna. Rok 2003. Moja pierwsza “prawdziwa praca” (taka z podatkami, w której nie trzeba biegać starszym po wódkę). Byłem jednym z trzech programistów w projekcie wspomagającym rekrutację pracowników z branży medycznej do skandynawskich placówek. Standardowy zestaw: wyszukiwarki, filtry, CV i lista wysyłkowa. Moim zadaniem było dopisanie kilku nowych funkcji do listy wysyłkowej i optymalizacja.
Obudziłem się radosny. Było ciepło, byłem wreszcie programistą i nauczyłem się nawet pić kawę. Dochodziła szósta. Posadziłem odwłok za biurkiem i zalogowałem się na serwer w pracy z myślą o ścięciu godziny z czasu biurowego, którą mógłbym poświęcić na konsumpcję obiadu. Dopisałem na szybko możliwość dodawania załączników do mailingu, poprawiłem trochę główną pętlę, która teraz wysyłała e-maile w paczkach i puściłem test. Serwer myślał i myślał, aż do komunikatu, że jest chory. Machnąłem ręką i zabrałem się za pakowanie do pracy.
Dotarłem do biura o ósmej i rozsiadłem się. Zadzwonił telefon. Zignorowałem, bo nie odbieram telefonów, zwłaszcza z biurka Projekt Manażera. Telefon dzwonił, dzwonił. Około dziesiątej pojawił się Marcin, PM. Nie minął kwadrans, gdy do pokoju wpadł Tomek, ówczesny dyrektor (obecnie prezes) i zadał nam proste pytanie: “Coście, kurwa, uczynili?”.
Cośmy?
Okazało się, że nie usunąłem linii, która wysyła e-maile. To znaczy, że mój testowy przebieg rozesłał wiadomość do wszystkich lekarzy i pielęgniarek zarejestrowanych w systemie. Kiedy zalogowałem się ponownie na serwer i przeczytałem pętlę oblał mnie zimny pot. Podczas dodawania kodu do grupowania wysyłki nie resetowałem tablicy. Wyjaśniam.
Pierwszy użytkownik na liście dostał e-maila. Potem drugi użytkownik otrzymał e-maila, a pierwszy dostał drugi e-mail. Potem trzeci dostał pierwszy, drugi drugi a pierwszy trzeci. Czwarty pierwszy, trzeci drugi, drugi trzeci, pierwszy czwarty. I tak chyba dwa tysiące osiemset razy.
Odwróciłem się do Tomka i wyjaśniłem, czego dokonałem w wolnym czasie. Po opierdolu otrzymałem przykaz odpowiadania na e-maile wściekłych klientów. Nigdy dotąd tyle osób na raz nie kwestionowało mojej seksualności, pojemności czaszki, nie wymieniało chorób, na które potencjalnie zapadłem. Po godzinie “jebany pedał z wodogłowiem” brzmiało jak “Dzień dobry, ja w sprawie tego mojego konta e-mail, które ma pięciomegowy limit”.
Tu mógłbym zakończyć historię, gdyby nie fakt, że testowałem też załączniki.
Dzień wcześniej Bartosz poprosił mnie o przykład szyfrowania metodą Cezara w C. Ponieważ jestem słabiak w C, postanowiłem spróbować. Tego właśnie kodu użyłem jako przykładowego załącznika. Jak się nazywał plik?
penis.c
Spędziłem dzień razem z kierownictwem na wymyślaniu akronimu pasującego do słowa penis, abyśmy mogli wydać odpowiedni PR, że ten załącznik nie nazywa się od męskiego organu. Najlepszy dzień w sali konferencyjnej!
Dwie najważniejsze lekcje, które odebrałem tego dnia:
No i trochę o tym, że nie testuje się kodu na biednych użytkownikach. I trochę o blokowaniu portów. I że wymyślanie skrótów do słowa “penis” zbliża szeregowego pracownika z kadrą kierowniczą, bo kiedy jeszcze masz okazję błysnąć pomysłem wśród decydentów?
Nie zostałem zwolniony mimo okresu próbnego.
PS. blogowanie mi strasznie zbrzydło. Przewiduję kwartał ciszy.
2011/02/11 19 komentarzy »
Nie, nie żądacie prawdy. Prawda jest zbyteczna ludziom, którzy mają już wszystkie odpowiedzi. Prawda jest zwykle bolesna, przewraca spiżowe posągi i pali obrazy. Prawda nigdy nie służy “obozom poparcia wniosków słusznych z uwagi na to, że my je głosimy”, bo nie urodził się jeszcze człowiek, który przez całe życie nie popełniłby draństwa i nie zełgał.
Bardzo łatwo o “prawdę” w zero-jedynkowym świecie sloganów i megafonów, w którym to świecie wróg reprezentowany jest przez Ty*-1.
Kto nie krzyknął, że sędzia chuj, bo dyktuje słusznie rzut karny przeciwko twojej drużynie? I jest to prawo zaangażowanego tłumu. I jest to jego wersja prawdy, której trzeba złożyć hołd podczas wspominania porażki. Jeśli tłum krzyczy dość długo, że sędzia chuj to wreszcie krzyknie prawdę i tym samym upewni się w przekonaniu, że tak było, jest i będzie, że drużyna jego zawsze dostaje złego sędziego.
Bo “prawda” to tylko słowo, tak jak “miłość”. Dla jednych to większa wartość, dla innych penis w waginie. Dla mnie to jednak suma całości: jest prawda czasu, prawda ekranu, prawda?
2011/01/11 11 komentarzy »
My artyści tak zwani niezależni
Mamy powód poważny na zmartwienia
Dosyć mamy sterczenia pod oknami
Czemu nie jesteśmy w końcu doceniani?My artyści tak z kręgu podziemnego
Mamy powód na rozterki gorące
Skoro robimy tak fantastyczne rzeczy
Czemu się nie przekłada to na pieniądze?Kult – Artyści Niezależni
Jednym z najsilniejszych mechanizmów społecznych jest chęć przynależenia do grupy. Oznakowania się, przepasania flagą. Bycie reprezentantem idei, bycie z kimś przeciwko komuś. Bycie marką, nawet jeśli ta marka jest tak słaba jak marka “bloger”.
Fascynuje mnie ruch świadomej blogosfery, który rodzi co jakiś czas spotkania (czy też w nowomowie “iventy”) mentorskie takie jak BlogDays. Uważny obserwator może zauważyć panującą wtedy atmosferę AmWayowego zebrania. Czubek piramidy nadaje komunikat, doły absorbują. Są piosenki, filmy motywacyjne. Uściski rąk i wzajemne całowanie policzków.
Ty, blogerze z dołu piramidy, całe życie będziesz miał zadarty łeb. Będziesz czytał teksty o tym, jak optymalizować treści, jak się marketingowo miziać, może nawet zrobisz jakiś własny “ivent”, na który zrekrutujesz kilku podobnych ci ludzi. Bo przecież to, że ten z czubka piramidy jest tam właśnie, to tylko dlatego, że odkrył skład sekretnego sosu na topowy blog.
Linki do własnych treści? A może udzielanie się w dyskusjach na innych blogach? Pastelowy szablon?
Wiesz, że to działa. Popatrz na ulice w sobotnią noc. Zobacz szeregi lachonów poubieranych w kostiumy Dody i Paris Hilton. One też szukają drogi na czubek piramidy.
I nie chcę cię martwić, ale pewnie jest bardzo niewiele osób, które twój blog interesuje. I nie chcę cię martwić, ale pewnie jest bardzo niewiele osób, które interesuje najbardziej poczytny blog, ten który znasz i liczysz, że zajmiesz jego miejsce.
Po raz kolejny pomyliłeś medium i wiadomość. Kupiłeś sobie bezprogowy bas i okazuje się, że nie grasz jak Les. Upijasz się jak Ernest, a kartka pusta.
Jesteś kapelą, która rozpada się przed pierwszą próbą w wyniku walki o nazwę i o to, czy bardziej jesteście soft-indy-scremo czy też post-punk-synth-indy. Musisz przeanalizować każde działanie, tak jak kobiece magazyny analizują kobiecy orgazm. Masz wyniki badań focusowych, zasiadłeś na panelu, na którym występowały osoby, które też czytały o orgazmie. Hostessy podawały krakersy i mineralkę. Na sugestię jakiegoś niewdrożonego prostaczka, że najlepiej rytmicznie poruszać członkiem w pochwie, zaśmiałeś się dobrotliwie.
Uwaga, radykalny pomysł na 12tej: żebyś przysiadł na dupie i napisał tak od serca, co tam cię kręci, wiesz, te rzeczy, od których jest gęsia skórka. Wrzuć zdjęcie swojego psa.
Nie optymalizuj nagłówków, odpuść sobie “@sethgodin Dude, you need to check this out”, nie publikuj nieudolnych tłumaczeń z TC. Blog miał być tubą, przez którą wykrzyczysz światu swoje żale, opinie i pochwalisz się nieważnymi dokonaniami. Blog ma być głupi. Nie zakładaj krawata do czerwonego nosa clowna i jego szerokich gaci.
Pamiętasz jak Vonnegut, Einstein i Puszkin spotkali się na AtramentDay? Ja też nie.
2010/12/13 33 komentarzy »
Była ciemna i burzliwa noc…
Była ciemna noc, dramatyczna burza…
Była złowieszcza noc…
Było ciemno.
Była noc.
– Nada się.
Pisanie i projektowanie opiera się głównie na wyrzucaniu złych pomysłów i zastępowaniu ich równie złymi, ale perspektywicznymi. Czasem kilka razy próbujemy napisać zdanie. Czasem kilka razy zapisujemy myśl. Czasem piszemy to samo zdanie kilka razy. Często piszemy kilka razy to samo, próbując ująć głębszy sens w mniejszej liczbie celnych słów. Często piszemy i wykreślamy.
Ha! Wykreślamy. Padliśmy ofiarą technologii.1 Nikt nie wykreśla niczego pracując z tekstem na komputerze. Wciskasz CTRL + Delete i znikasz tekst, potem piszesz od zera. Czasem zmieniasz poszczególne słowa. Jeżeli porzucisz tekst i wrócisz do niego później, jesteś pozbawiony historii. CTRL + z nie jest odpowiedzią.
Wiecie, kto pamięta wszystkie zmiany, wszystkie wykreślenia, życie i śmierć tego paragrafu, który miał za dużo metafor i porównań, pięknych jak różanopalczasta jutrzenka?
Kartka papieru.
Wczoraj pokreślona, dziś przypomni ci, że już tego próbowałeś.
I kiedy mówią ci o naturalnym interfejsie aplikacji, to spluń im w oko. Cóż jest bardziej naturalnego niż komunikat na papierze? Przekreślone zdanie? Nie nadaje się. Odkreślony paragraf? Zaczynamy od zera, ale to na górze nie było tragiczne. Kartka pognieciona? Kurwa, kurwa, kurwa. Odcisk kubka? Nie teraz, pracuję. Pusta kartka? Była ciemna i burzliwa noc.
2010/12/09 7 komentarzy »
Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju i długowiecznym futurystą.
Nie jedzenie w pigułce, a fast food. Nie podbój kosmosu, a rzesze ludzi, którzy twierdzą, że na księżycu nie byliśmy. Nie globalny rząd, a globalny nierząd. Problemy sprawia nam upierdliwy pracownik niskiego szczebla działu IT, nie HAL9000.
To wszystko składam na konto nieudolnych techników, którzy nie dorośli do wizji Asimova, Dicka, Lema i Clarke’a. No, może nie szkoda mi trochę dewirtualizacji narkotykowych odjazdów Dicka, ale to temat na inną notatkę.
Każdy artykuł o porażce futurologów musi wspomnieć o jednym kluczowym dla krytyków elemencie krajobrazu przyszłości. O latającym samochodzie.
Latający samochód wydawał się bardzo dobrym pomysłem. Koszta budowy infrastruktury spadają, mamy już wybudowane powietrzne autostrady dzięki braku potrzeby posiadania tychże. I można robić politykę, a nie budować mosty! Parkowanie na dachach to świetne odium na problemy z miejscem. Nigdy więcej samochodu zaparkowanego na chodniku tak, że po drugiej stronie powstaje dyfrakcja. Nie straszny będzie też deszcz czy śnieg, starczy sięgnąć nad pułap chmur i dać wolne wycieraczkom.
Rozważmy klasyczny samochód. Samochód przesuwa się w dwóch wymiarach, jedzie w kierunku Y i skręca przy pomocy X, wszystko w czasie T. Samochód latający otrzymuje trzeci wymiar w postaci Z, wysokości i musimy rozważyć co najmniej dwie zmiany Z: od zera do wysokości lotu i z wysokości lotu do zera w idealnych warunkach, lub więcej modyfikacji wysokości ze względu na warunki lotu.

Po rozważeniu tego stwierdzam, że brak latających samochodów nie jest spiskiem technologów przeciwko społeczności, a wyrazem głębokiego zrozumienia jej potrzeb. Ludzie, jak wynika z wieloletnich obserwacji, są z natury głupi.

Ze wzoru na śmiertelność wyprowadzam więc następujące twierdzenie: człowiek poruszający się z dowolną prędkością w trzech wymiarach jest dużo bardziej morderczy niż człowiek poruszający się w dwóch lub pozostający w spoczynku na kanapie.
Wyobraź sobie pijanego kierowcę. 9/11 w twoim domu. Ile razy kolega jechał ze strzałką paliwa wskazującą E? Zamiast podróży z bakiem na najbliższą stację odbywasz podróż “Z do zera” osiągając 9.81 m/s² w próżni własnej głupoty.
“Panie władzo, nie przejechałem na czerwonym. Przejechałem nad czerwonym!”
Zanim zarzucicie mi czarnowidztwo, chcę powiedzieć, że mam rozwiązanie. Latające tramwaje.
2010/12/08 7 komentarzy »
Życie pryszczersa1 to ciężki kawałek chleba. Całe życie masz świadomość, że rzeczy które możesz sobie napisać w przerwie między papierosem a kawą inni muszą kupić w Sklepie na Aplikacje Przez Program do Słuchania Muzyki. Do tego jesteś przystojniejszy, a dogłębna analiza filmów erotycznych w przyszłości zaowocuje udanym pożyciem seksualnym z partnerką, partnerem, osiołkiem lub dowolną kombinacją powyższych.
Prawdę mówiąc nie mam pomysłu jak zacząć tę notkę, bo ludzie, którzy ją zrozumieją potrzebują dwóch linków do man-pages. Mam spotkanie o czwartej rano (tak, serio) i muszę zmarnować trochę czasu, postanowiłem więc wygrzebać coś z notatnika drewnianego hackera.
Podzielę ten tekst na trzy części: techniczną, liryczną i dramat w jednym terminalu.
Wiecie oczywiście, co to Bluetooth? W dużym skrócie to technologia bezprzewodowej transmisji danych. RS232 2.0. Używana jest popularnie do przesyłania danych między urządzeniami przenośnymi (“Przegraj mi ten dzwonek, ziom”), jako wirtualny kabel pomiędzy urządzeniami wejścia-wyjścia i systemem centralnym (myszki, kontrolery konsol, modem 3G w telefonie, słuchawki) i do rozsyłania spamu.
Urządzenie wyposażone w Bluetooth mogą być widoczne dla innych lub też pozostawać ukryte. Posiadają one, tak jak inne urządzenia sieciowe, swój unikalny numer MAC.
Och, święta naiwności. Ile razy wracałeś do pokoju po wizycie w ubikacji żeby doświadczyć goatse na podkładzie, zmiany statusu związku na Facebooku i e-mail na listę dyskusyjną, w którym przyznajesz się masturbacji podczas oglądania Koła Fortuny?

Twoi biurowi koledzy to gnoje i tylko czekali, aż oddalisz się od komputera aby zniszczyć twoją reputację.2 Nauczony doświadczeniem zmniejszasz czas aktywacji wygaszacza na minutę i przez następny tydzień wpisujesz swoje hasło składające się ze stu znaków (małe-duże-specjalne-runy-lizanie-portu) za każdym razem, gdy sięgniesz po kawę.
Ktoś kiedyś gdzieś wpadł na dobry pomysł: gdyby komputer sprawdzał obecność twojego telefonu i blokował ekran, kiedy opuszczasz pomieszczenie z nim w kieszeni? Genialne w swojej prostocie. Kosztowało chyba dwadzieścia dolarów. Zanotowałem sobie żeby kiedyś zrobić taki hack pryszczer-stajla.
Problem wydawł się banalny. Trzeba sprawdzić narzędzia, które przychodzą z stosem BT i linię poleceń wygaszacza. Zajęło to dokładnie 87 sekund. Pierwszym narzędziem będzie hcitool. Sprawdźcie, czy macie włączony BT i wpiszcie:
emil[~]> hcitool scan Scanning ... 00:18:AF:3E:9E:EE Psot 00:19:4F:DB:DA:F5 Emil's tablet
W zasięgu mojego laptopa znajdują się dwa aktywne, wykrywalne urządzenia. Telefon (Psot) i N800. Ponieważ urządzenia nie mają nadanych adresów musimy je pingnąć po adresie MAC. Tu pojawia się pierwszy problem, l2ping wymaga uprawnień roota, co zdecydowanie ogranicza nasze możliwości, nie każdy ma takie uprawnienia.
emil[~]> l2ping 00:19:4F:DB:DA:F5 Can't create socket: Operation not permitted emil[~]> sudo l2ping 00:19:4F:DB:DA:F5 [sudo] password for emil: Ping: 00:19:4F:DB:DA:F5 from 00:23:4E:F7:7C:57 (data size 44) ... 44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 0 time 33.17ms 44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 1 time 9.66ms 44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 2 time 9.82ms 44 bytes from 00:19:4F:DB:DA:F5 id 3 time 20.79ms 4 sent, 4 received, 0% loss
Będziemy musieli użyć hcitool w naszym skrypcie. To wada, bo jego reakcja na pojawienie się nowego urządzenia jest dłuższa.
Teraz zajmijmy się wygaszaczem. Pisząc to mam dostęp do GNOME, prawdopodobnie da się zrobić podobną sztuczkę w innych systemach biurkowych.
gnome-screensaver-command -a #wygaś gnome-screensaver-command -d #wyłącz
Połączmy to metodą taśma-klejąca-grep-bash:
#!/sh/bash hcitool scan | grep "00:19:4F:DB:DA:F5" > /dev/null if [ $? -eq 0 ]; then gnome-screensaver-command -d else gnome-screensaver-command -a fi
Wrzucić do Crona lub zapiąć we własną pętlę. Dwadzieścia dolarów możecie PayPalem.
2010/12/05 12 komentarzy »

Kolejny weekend, które spędzę w pracy. Żaden z tekstów z notatnika nie nadaje się do publikacji. Pomyślałem, że nabiję Wam trochę rytm: po cztery bity na każdy dzień weekendu.
Odsłuchaj teraz (Link prowadzi do listy odtwarzania w formacie m3u)
Gdybym musiałbym określić gatunek muzycznych wymienionych wyżej utworów stawiałbym na cztery podstawowe grupy tematyczne: acid, WTF, 8bit i Twoja Żona Tego Nie Zniesie.
Jeżeli żyjesz w lesie i nie posiadasz odtwarzacza muzyki, który potrafi wczytać .m3u lub chciałbyś odłaczyć się od nieprzebranych zasobów Internetu, możesz pobrać lokalną kopię zapisując plik na dysku i odesłać wget do brudnej roboty.
wget -i 4bits_plus_4bits_eq_weekend.m3u
Miłego odbioru!
Moi faworyci na liście to: Lemmings in Love, Erleuchte Mich, Kind of Guy, Crazy Bird i The Dark Side of the Jazz. Należy.
2010/11/26 6 komentarzy »
Lśniące włosy spływały rzeką na jej świetnie skrojoną kurteczkę koloru pistacjowego. Głowa poruszała się w rytm niesłyszalnego bębna wybijającego rytm transu. Gdybyś miał odwagę stanąć obok, ujrzałbyś delikatnie zaszklone brązowe oczy dominujące nad bladą cerą.
Jej krótka spódniczka opinała uda, gwałtownie uwalniając zgrabne nogi obciągnięte nylonem. Buty na wysokim obcasie odbijały światła latarni.
Stała wsparta o wiatę przystanku N4 i rzygała.
2010/11/15 11 komentarzy »